Natorscy komentują, Natorscy polecają

W oczekiwaniu na beatyfikację Anny Przybylskiej…

Tytuł tego tekstu jest prowokacyjny, ale tylko troszeczkę, bo jeśli trzecia rocznica śmierci gwiazdy (której największym dokonaniem było pozostanie zwyczajną babką) wywołała takie lukrowe szaleństwo w mediach, aż strach pomyśleć, co wydarzy się w przyszłości.

Pod koniec września księgarskie półki w całej Polsce zostały przywalone stertami egzemplarzy książki o tytule niepozostawiającym wątpliwości, co do zawartości: „Ania. Biografia Anny Przybylskiej”. „Łobuziara z urodą nastolatki i głosem Jana Himilsbacha, w zasadzie nie musiała niczego grać. Pojawiła się w polskim kinie znikąd i od razu stała się fenomenem: przed kamerą bardziej naturalna od szkolonych aktorek, utożsamiała polski sen lat 90. – była idealną dziewczyną z sąsiedztwa, która trafiła na okładki magazynów i do telewizji w szczytowych godzinach oglądalności. Ania Przybylska została Królową Serc w kraju, w którym ludzie sukcesu – zwłaszcza piękni i młodzi – nigdy nie mają łatwo” – czytamy w notce od wydawcy.

Kilka dni temu miałem wątpliwą przyjemność przeczytać w Onecie wywiad z twórcami tego dzieła, czyli Grzegorzem Kubickim i Maciejem Drzewickim, który niestety potwierdził moje niepokojące przeświadczenie, że jesteśmy świadkami kreowania legendy niemającej kompletnie żadnych sensownych podstaw.

Domyślam się, że podczas tej rozmowy obaj panowie starali się (przynajmniej zwykła chłopska logika nakazuje, że powinni) wykazać, iż zmarła trzy lata temu aktorka była nietuzinkową osobowością, w pełni zasługującą na hołdy, uwielbienie, zainteresowanie i grubaśną biografię, o jakiej może tylko pomarzyć wielu innych artystów odchodzących z tego świata.

Czego zatem dowiedzieliśmy się z wywiadu o Ani Przybylskiej? Z wypiekami na twarzy i coraz szybszym oddechem przeczytałem, że:

„To była kobieta z krwi i kości, która nigdy nie udawała, nie grała, niczego nie robiła pod publikę”;

„Wszyscy nasi rozmówcy potwierdzali, że przeklinała. Robiła to jednak z tak dużym wdziękiem, że nikomu to nie przeszkadzało”;

„Potrafiła też być niemiła, jak każdy z nas. Wielu osobom wydawało się, że jej nie wypada, ponieważ jest gwiazdą. Ale ona nie była gwiazdą. Była taka, jak każdy z nas”;

„Często denerwowała się, że dziennikarze zadają jej wciąż te same pytania”;

„Rodzina była dla niej zawsze na pierwszym miejscu. Nie grała, kiedy była w ciąży. Zanim zdecydowała się na jakiś projekt, zawsze sprawdzała, ile jest dni zdjęciowych. Nie chciała spędzać zbyt wiele czasu bez bliskich i bez dzieci”.

Wstrząsające, nieprawdaż? Po przeczytaniu tego wywiadu nie mam już wątpliwości, że Anna Przybylska zasługuje jeszcze na kilka kolejnych książek i z niecierpliwością wyczekuję zapowiadanego od jakiegoś czasu filmu biograficznego, który – według medialnych doniesień – przygotowuje Radosław Piwowarski. Jeden z portali plotkarskich zastawiał się nawet niedawno, jakie będzie jego zakończenie, co może sugerować, że spodziewa się chyba zmartwychwstania aktorki.

Ok, wiem, że w złym tonie jest naigrywanie się ze zmarłych, ale polskie media robią naprawdę dużo, by dać do tego pretekst.

W ostatnim czasie, z okazji trzeciej rocznicy odejścia Przybylskiej, internet dosłownie oszalał. Dowiedzieliśmy się, że cierpiała na depresję, mogliśmy oglądać „ostatnie zdjęcie, jakie wrzuciła na Instagram” i czytać wynurzenia obecnej partnerki owdowiałego Jarosława Bieniuka wyznającej, że „Przybylska zawsze jest jej obca, a jednak bliska” i żałującej, iż nie mogą po prostu pogadać. Choć jednocześnie doniesiono, że sam Bieniuk odcina się od rodziny zmarłej żony. I tak dalej…

Czy zatem powinniśmy dziwić się komentarzom, które pojawiły się pod wspomnianym już wywiadem z autorami biografii gwiazdy? Oto kilka z nich, w kolejności, w jakiej się ukazywały, bez wybiórczości:

„Ileż można? Czy ona jedna umarła młodo, mając dzieci?”;

„Anna nie byłaby chyba zadowolona z tej książki, przecież bardzo chroniła swoją prywatność. Nie dawała się fotografować paparazzi, chroniła przed nimi swoje dzieci i rodzinę. Mocno oddzielała pracę od życia prywatnego”;

„Tydzień bez Przybylskiej to tydzień stracony? Nie przesadzacie? Była słodką i średnią aktoreczką. Po co legendy dorabiacie? Filmy, książki, pomniki. Bez przesady”;

„Dajcie już spokój kobiecie. Wybitną aktorką nie była, o co ten cały szum wokół jej osoby?”;

„Opanujcie się z tym tematem… zaczyna mdlić. W reklamie trzeba mieć wyczucie!”;

„Potraficie obrzydzić wszystko i wszystkich. Może ją beatyfikować?”.

Śmierć jest najlepszym promotorem – stwierdził kiedyś Zbigniew Hołdys i trudno nie przyznać mu racji. Zgon gwiazdy nie tylko nie kończy jej kariery, ale często staje się początkiem kwitnącego biznesu. Niektórzy ze zmarłych muzyków czy aktorów zarabiają krocie. Na przykład na konto Michaela Jacksona, a dokładniej jego spadkobierców, wpłynęło w ubiegłym roku – według wyliczeń magazynu „Forbes” – … 825 milionów dolarów.

Takich przykładów jest mnóstwo. Płyta Davida Bowie, która ukazała się chwilę po jego śmierci, rozeszła się w gigantycznym nakładzie i przyniosła ponad 10 mln dol. zysku. Świetnie sprzedaje się nawet Albert Einstein – sprzedaż gadżetów wykorzystujących wizerunek i nazwisko genialnego fizyka (np. tabletów edukacyjnych zaprojektowanych przez firmę Fourier Systems) przynosi rocznie kilkanaście milionów dolarów.

Jednak istnieje pewna subtelna różnica między wymienionymi postaciami, a bohaterką tego tekstu. Jackson, Bowie, już o Einsteinie nie wspominając, pozostawili po sobie gigantyczny dorobek.

A jaką spuściznę otrzymaliśmy po Annie Przybylskiej, oprócz tego, że była fajną babką i wzorcową matką?

W notce biograficznej na popularnym portalu lifestylowym widnieje informacja, że jej największe osiągnięcie zawodowe to rola sympatycznej Marylki, policjantki z komisariatu na warszawskim Dworcu Centralnym z serialu „Złotopolscy”. Trochę to śmieszne, bo o tej telenoweli nie pamiętają już najstarsi telemaniacy, a w dodatku postać kreowana przez Przybylską była w niej mocno drugoplanowa.

Z ręką na sercu, drogie Czytelniczki i Czytelnicy, kto potrafi wskazać choć jedną jej wybitną kreację aktorską? Oczywiście, można wspomnieć o „Karierze Nikosia Dyzmy”, „Złotym środku” czy serialu „Daleko od noszy”, ale chyba nie warto, bo szybko sami się zawstydzimy.

Trzeba otwarcie przyznać, że Przybylska była aktorką co najwyżej przeciętną. Nie skończyła szkoły teatralnej,  a warsztatu uczyła się w praktyce, m.in. na planie „Złotopolskich”. Nic dziwnego, że swego czasu uraziły ją słowa Michała Żebrowskiego, który w jednym z wywiadów niepochlebnie wyraził się na temat aktorów bez zawodowego wykształcenia. „Dla mnie to protekcjonalne przykryte kompleksami hasło: „Pisarze do piór, a operatorzy do kamer” (…). Dżentelmen nie mówi takich rzeczy kobiecie. Kompleksy, po prostu kompleksy… On jest chyba jedyną osobą w branży, która ma problem z aktorami bez szkoły aktorskiej” – stwierdziła w rozmowie z „Playboyem”. Co ciekawe, w jej biografii Żebrowski zachwyca się koleżanką po fachu. Ot, chichot historii. A może dowód na zakłamanie współczesnego show-biznesu.

Przybylska była przede wszystkim celebrytką, a o jej popularność i rozpoznawalność regularnie dbały tabloidy oraz portale plotkarskie, gdzie gościła bardzo często, choć oficjalnie chroniła życie prywatne, walcząc z natrętnymi paparazzi.

Dwukrotnie rozbierała się też dla „Playboya”. Za pierwszą sesję w najsłynniejszym męskim magazynie zarobiła podobno tyle, że mogłaby spokojnie kupić mieszkanie w Sopocie.

Na jej konto spływały także potężne pieniądze za udział w licznych reklamach – zachęcała do używania kosmetyków, picia wody mineralnej, robienia zakupów przez internet czy jedzenia drobiu („To zdrowe i wartościowe mięso dla całej mojej rodziny” – zapewniała seksownym głosem w filmie, w którym towarzyszył jej mąż oraz dwójka starszych dzieci).

Czy to wystarczy, żeby stać się legendą? W dzisiejszym świecie niestety tak. I to jest najbardziej przerażające.

Rafał

Fot. Florian Klauer(Unsplash)