Natorscy przeżywają

Hurts – „Faith”. Powrót w wielkim stylu

Jeśli słuchanie piosenek wywołuje u mnie łzy wzruszenia, to znak, że mam do czynienia z czymś wyjątkowym. I tak jest z „Faith”, najnowszą płytą brytyjskiego duetu Hurts.

W Hurts jestem zakochana od 2010 roku, kiedy pierwszy raz usłyszałam utwór „Wonderful Life”. To był międzynarodowy hit, a ja wciąż lubię wracać do tej piosenki. W ogóle debiutancki krążek Theo Hutchcrafta i Adama Andersona nazwany niezwykle pięknie, bo „Happiness” to świetna płyta, która chłopakom z Manchesteru przyniosła popularność na całym świecie.

Od 2010 roku zmieniło się wiele. Dziś panowie są po trzydziestce, wyglądają inaczej niż u progu kariery (Theo zapuścił włosy, które fani natychmiast okrzyknęli mianem „quarantine hair”), zagrali masę koncertów, sprzedali mnóstwo płyt, zgarnęli niemało nagród i właśnie zaprezentowali swój piąty album – „Faith”.

Po krążkach „Surrender” i „Desire”, które były niezłe, ale gorsze od dwóch pierwszych, moje oczekiwania względem piątego albumu były duże. Premiera „Faith” odbyła się 4 września. Ku mojej radości płyta od razu pojawiła się na Tidalu. Jest na niej 11 utworów. Krążek otwiera singiel „Voices” – był to pierwszy utwór Hurts puszczony w świat po długim milczeniu.

Mogę z ulgą i radością ogłosić, że „Faith” to stare, dobre Hurts, choć jednocześnie czuć, że chłopaki nie chcą odcinać kuponów od tego, co najbardziej podoba się fanom. Nieustannie idą pod prąd, eksperymentują, mieszają gatunki. W piosenkach słychać inspirację takimi artystami jak Depeche Mode (niezmiennie – i chwała im za to), Moby, George Michael, a nawet… Billie Eilish. Może to przypadek, bo zarówno Hurts, jak i Billie świetnie odnajdują się w melancholii, „robią w smutku”, potrafią człowieka swoją muzyką wybebeszyć, opowiadając o rzeczach najmroczniejszych. Theo mówi w wywiadach, że jako zespół on i Adam chcą się stale rozwijać i ja to kupuję. Na „Faith” to po prostu słychać.

Kocham Hurts za to, że w świecie nadmiaru, jednosezonowych gwiazdek i ogólnego przeciętniactwa oni podążają swoją drogą, dostarczając słuchaczom nieprawdopodobnych emocji.

Są na „Faith” utwory doskonałe. Jak „Darkest Hour”, który dosłownie zwalił mnie z nóg. Już dawno, bardzo dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak ta piosenka. Kiedy jej słucham, płaczę ze wzruszenia. Jestem Theo i Adamowi wdzięczna za takie emocje.

„White Horses”, „Suffer”, „Slave to Your Love” to Hurts w najlepszym wydaniu.

Dla mnie symboliczny jest zwłaszcza tytuł albumu. W piosenkach często pojawia się motyw wiary (dosłownie, jako religii, oraz metaforycznie, jako duchowości), zwątpienia, poszukiwania nadziei, odkupienia (również dosłownie – utwór „Redemption”). To nie przypadek, że taki krążek chłopaki z Manchesteru podarowują nam w dobie pandemii koronawirusa. Z ich strony odbieram to jako pomocną dłoń wyciąganą do słuchaczy. A przy okazji również do… siebie. To album osobisty i dopieszczony w każdym calu, choć na etapie jego powstawania chłopaki mierzyli się z wieloma kryzysami, przede wszystkim natury twórczej i osobistej. Byli w dołku, na wiele miesięcy zamilkli. A teraz Theo twierdzi, że to jego zdaniem ich najlepsza płyta. Tak. Jest świetna. Po kolejnym przesłuchaniu stawiam ją na równi z „Exile”, drugim krążkiem Hurts, który uwielbiam.

Słuchanie głosu Theo to czysta przyjemność. Gość ma moc i dar opowiadania historii. Nie byłoby jednak tej mocy bez Adama, który odpowiada za muzykę i aranżacje. Zanurzanie się w cały album „Faith” zwyczajnie sprawia, że czuję się szczęśliwa.

6 kwietnia Hurts wystąpi na warszawskim Torwarze. Nie mogę się doczekać, aż posłucham tej muzyki na żywo! Nigdy nie zapomnę koncertu promującego album „Exile”. Tamten koncert był dla mnie doznaniem transcendentnym, wprowadził mnie w stan absolutnej euforii. Żaden inny współczesny muzyk tego nie potrafi.