Znajdź 45 minut, by obejrzeć ten serial

Tak, wiem, że dla nowoczesnej kobiety (i dla nowoczesnego mężczyzny) – szczególnie jeśli są rodzicami – znalezienie 45 minut nierzadko graniczy z cudem. Ale warto się o ten cud postarać.

Na wstępie jestem wam winna wyjaśnienia – 45 minut potrzeba na początek, bo tyle trwa jeden odcinek, a ten serial ma ich siedem. 45 x 7 = 315, co daje ponad 5 godzin. Tak, to całkiem dużo! Sama raczej nie oglądam seriali. Nie pozwalam sobie na to, bo doba ma tylko 24 godziny, a jest tyle rzeczy, które chciałabym zrobić, że zwyczajnie nie chcę się wciągać w żaden telewizyjny maraton. Kilku serialom dałam jednak szansę – i nie żałuję.

O jednym z nich chciałabym wam opowiedzieć.

To „Wielkie kłamstewka”.

O tym wyprodukowanym przez HBO miniserialu słyszałam dużo dobrego. Nawet go sobie nagraliśmy z zamiarem obejrzenia w „wolnym czasie”. Włączyłam go któregoś pięknego dnia, tuż po tym, jak Filip zrobił nam pobudkę skoro świt. Rafek poszedł pobiegać, mały bawił się na dywanie, a ja korzystałam z ostatnich leniwych minut, nim dzień rozkręcił się na dobre. Włączyłam telewizję, zajrzałam do listy nagranych filmów i seriali. Widząc „Wielkie kłamstewka”, pomyślałam, że dam im szansę.

Dałam. I przepadłam!

Rzecz dzieje się w uroczym, położonym nad oceanem miasteczku Monterey w stanie Kalifornia. Nie zdradzę za dużo, jeśli napiszę, że serial zaczyna się jak u Hitchcocka – trzęsieniem ziemi. Konkretnie: morderstwem. Odtąd mamy dwa plany czasowe. Główny to retrospekcja. Drugi to przesłuchanie mieszkańców Monterey. „Być może nie doszłoby do tego wszystkiego, gdyby Madeline Mackenzie się nie potknęła” – zauważa jeden z nich.

Ma rację. Bo od potknięcia właśnie wszystko się zaczyna i prowadzi do znakomitego finału.

Madeline Mackenzie to Reese Witherspoon.
Gdy potyka się i upada na środku drogi, z pomocą rusza jej Jane Chapman.
Jane to Shailene Woodley. Jest tutaj nowa, o jej przeszłości wiemy niewiele, choć nietrudno się domyślić, że nie była łatwa. Przeprowadza się do Monterey z siedmioletnim synem, by zacząć nowe życie.
Dobrze znana w lokalnej społeczności, charyzmatyczna, choć nie przez wszystkich lubiana Madeline bierze zagubioną Jane pod swoje skrzydła. Do ich duetu dołącza Celeste Wright, przyjaciółka Madeline.
Celeste Wright to Nicole Kidman. Żyjąca w niebywałym luksusie, była prawniczka, obecnie zajmująca się domem i wychowująca dorastających bliźniaków kobieta.
Celeste i jej mąż Perry to małżeństwo nietuzinkowe. W pierwszym odcinku poznajemy ich jako parę niemalże idealną. Piękni, bogaci. Ona oddana rodzinie. On w niej i w synach zakochany do szaleństwa. Nie przestaje jej komplementować, obdarowuje kosztownymi prezentami. Nazywa ją swoją boginią.
Szybko jednak okazuje się, że to tylko pozory. Że w tym domu coś jest nie tak.

Generalnie na tym opiera się ten serial. Na pozorach. Na tym, że coś jest nie tak.

W „Wielkich kłamstewkach” wszystko się zgadza. Świetny scenariusz. Świetna gra aktorska. Świetne zdjęcia. Świetna muzyka. I trudno się temu dziwić, skoro twórcy serialu nakręconego na podstawie powieści Liane Moriarty to nie są ludzie przypadkowi.

Scenariusz napisał David E. Kelley, scenarzysta takich hitów jak „Ally McBeal”, „Boston Public” czy „Gdzie diabeł mówi dobranoc” (przy okazji ciekawostka – David E. Kelly to prywatnie mąż Michelle Pfeiffer).

Reżyserem „Wielkich kłamstewek” jest Jean-Marc Vallée, który ma na koncie takie perełki jak obsypany nagrodami „Witaj w klubie” (Matthew McConaughey i Jared Leto za swoje role w tym filmie zgarnęli po Oscarze) czy moją ukochaną „Dziką drogę” z Reese Witherspoon.

A skoro już jesteśmy przy Reese Witherspoon… Jako nastolatka chyba z tysiąc razy obejrzałam „Szkołę uwodzenia”. Reese była w nim niezła, ale później nie widziałam jej w zbyt wielu rolach, które by mnie zachwyciły. OK, za „Spacer po linie” dostała Oscara. Tego filmu jeszcze nie obejrzałam. Ale później częściej słyszałam o jej rozwodach i kolejnych związkach niż o wielkich filmowych sukcesach. Aż zobaczyłam „Dziką drogę”, a potem „Wielkie kłamstewka”. Po latach dochodzę do wniosku , że Reese jest naprawdę świetną aktorką i ogląda się ją z przyjemnością. Nie powtarza po sobie, każdą rolę gra inaczej – i w każdej jest równie przekonująca.

Nicole Kidman to klasa sama w sobie. Jej również dawno nie widziałam na ekranie. Trochę obawiałam się jej występu w „Wielkich kłamstewkach”, sama nie wiem, dlaczego. Być może z powodu ostatnich zdjęć, na których Kidman wyglądała jak ofiara operacji plastycznych… Niepotrzebnie. Jej rola w tym serialu jest doskonała – a nie była łatwa. Razem z Alexandrem Skarsgårdem stworzyli przekonujący duet, grając trudne małżeństwo. Żeby za dużo nie zdradzić, napiszę tylko tyle, że Skarsgård niezwykle przekonująco zagrał totalnie antypatycznego bohatera, którego w pierwszym odcinku kochamy, by z czasem go znienawidzić…

I jeszcze Shailene Woodley. Przyznaję, że miałam coś do tej dziewczyny. Pierwszy raz zobaczyłam ją w „Spadkobiercach” i nawet zapamiętałam – głównie ze względu na imię i nazwisko, które mi się spodobały. Sama Woodley niespecjalnie. Widziałam ją w „Niezgodnej” i „Gwiazd naszych wina”. Nie zrobiła na mnie wrażenia, a nawet z niewiadomej przyczyny trochę mnie irytowała. Ale rolą w „Wielkich kłamstewkach” zrehabilitowała się. Na tle takich gwiazd jak Witherspoon, Kidman czy Dern wypadła naprawdę nieźle, wcale nie ustępując im warsztatem.

Pisząc Dern, mam na myśli Laurę Dern, która w „Wielkich kłamstewkach” zagrała nadzianą kobietę biznesu i kochającą matkę Renatę Klein, z którą Jane, czyli Shailene Woodley, już od pierwszego odcinka ma na pieńku. Notabene Dern z Witherspoon przed paroma laty spotkała się na planie „Dzikiej drogi”, a z Woodley – w „Gwiazd naszych wina”(w obu, co ciekawe, zagrała ich matkę).

W serialu pierwszy raz zobaczyłam również Zoë Kravitz, córkę Lenny’ego Kravitza i Lisy Bonet. Zagrała naprawdę dobrze, chętnie obejrzę ją w innych rolach.

Wymieniam przede wszystkim role kobiece, bo to one w „Wielkich kłamstewkach” są pierwszoplanowe. Główne bohaterki to silne, nowoczesne kobiety sukcesu. Ale przede wszystkim matki. Matki zaślepione miłością. Matki jednocześnie tak różne i tak do siebie podobne.

Będę niesprawiedliwa, że pominę męskie role w tym serialu. Oprócz Skarsgårda na ekranie pojawia się jeszcze kilku mniej znanych aktorów (James Tupper jako Nathan Carlson, Adam Scott jako Ed Mackenzie – nigdy za nim nie przepadałam; tutaj niezła rola tak zwanego „domowego pierdoły”, Jeffrey Nordling jako Gordon Klein). Wszyscy zagrali dobrze, wywiązali się z powierzonego zadania. Oraz dzieci. Dzieci są w „Wielkich kłamstewkach” znakomite. Dla nich też warto znaleźć 45 minut.

„Wielkie kłamstewka” to serial o pozorach. O tym, że za zamkniętymi drzwiami imponujących posiadłości często rozgrywają się prawdziwe ludzkie dramaty. O tym, że nie ma winy bez kary. O toksycznych związkach. O ludzkiej naturze. O tym, że każdy czyn ma swoje konsekwencje. Że życie w społeczności nie jest łatwe, a już szczególnie jeśli jest to tak mała społeczność, w której na pozór wszyscy się kochają, a tak naprawdę każdy by każdego utopił w łyżce wody. Mam wrażenie, że dla bohaterek ważniejsze od własnego szczęścia jest to, w jaki sposób są postrzegane. Pragną uchodzić za chodzące ideały, co sprawia, że duszą się życiem, jakie wiodą.

Fabuła jest poprowadzona mistrzowsko i choć mniej więcej w połowie domyśliłam się zakończenia, to w zasadzie nie ma to większego znaczenia – bo to opowieść z gatunku tych, w których ważniejsze od pytania „kto zabił?” staje się pytanie „jak do tego doszło?”.

Obejrzałam ten serial z przyjemnością i zaciekawieniem. Poświęciłam kilka wieczorów i nie żałuję. To nie jest płytki, babski, lekki serialik. „Wielkie kłamstewka” zainteresują zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Polecam go każdemu, kogo nie interesuje nieskomplikowana, mdła fabuła. „Wielkie kłamstewka” zaspokoją nawet wybredne gusta.

Znajdźcie tych 45 minut, a konkretnie 45 x 7 – dla zdjęć i zachwycających plenerów, dla obsady, dla samej historii, dla refleksji, które potem będziecie mieć. I dla muzyki. O tak, zwłaszcza dla muzyki!

Ewa

plakat: Filmweb

3

  • Pawel Komosa

    Wiem, że dostane zapewne od Ewy po łepetynie za takie gadanie, ale to zdecydowanie serial dla kobiet. Może naprawdę jest coś w tym marketingowym przekonaniu, że istnieją ściśle określone grupy docelowe. I właśnie tak jest z tym serialem, tu jest jasno określona grupa docelowa. To dobry, świetnie zrobiony, dobrze zagrany serial dla kobiet. Choć dla mnie nieco przegadany. W zasadzie cała akcja opiera się tu na opowiadaniu tego, co mogłoby się wydarzyć lub tego, co się wydarzyło a my tego nie widzieliśmy. To dobry serial dla kobiet i przy tym będę obstawał.

    • Ewa PN

      Coś w tym jest!

  • Poczuj na Nowo

    Słyszałam o nim, ale nigdy nie widziałam. Zostałam skuszona obsadą i byłam już skłonna zabrać się za House of Cards, ale teraz mam mętlik.
    Pozdrawiam i zapraszam w wolnej chwili 🙂 http://poczujnanowo.blog.pl/

  • Nigdy jakoś specjalnie serialowa nie byłam, wkręciłam się jedynie w plotkarę (żaden ambitny film, ale oglądam na ororo.tv z angielskimi napisami, żeby się uczyć angielskiego, a fabuła dosyć wciągająca), ale tak mnie zachęciłaś tą reklamą, że powiem szczerze, chętnie bym obejrzała ten serial!

    PS Przypomniało mi się właśnie, że kiedyś namiętne Grę o Tron oglądałam, a to też produkcja HBO:)

  • Karolina Kwiatkowska

    Recenzja mocno zachęcająca, biorę się za oglądanie 🙂

  • Klaudia Lisiecka

    Obejrzałam zwiastun i wow! Wydaję się naprawdę dobry. W dodatku ile znanych aktorów! Nie kojarzę, żeby jakiś serial miał tak dobrą i znaną obsadę, pewnie gra aktorska na najwyższym poziomie. Dzisiaj obejrzę, bo uwielbiam produkcje HBO!

  • Angelika Dudzinska

    Zwiastun jest na prawdę super muszę go obejrzeć 😉 Zapraszam do mnie

    http://malykawalekmnie.blogspot.com/

  • Pingback: Musisz przeczytać tę książkę - Co na to Natorscy()

  • Musze koniecznie zapoznać się z tym serialem 🙂

  • Pingback: Lara Croft i Steve Jobs wzięli ślub - Co na to Natorscy()