Co to znaczy, że nie jesteś feministką?

Współczesność ma z feminizmem problem. I to poważny, skoro mężczyźni uważają go za lewacką modę, a kobiety się od niego odcinają.

O feminizmie znowu głośno, choć nie jest to bynajmniej rozgłos, który działałby na korzyść feminizmu. Grupa kobiet zrzeszonych wokół portalu Idź Pod Prąd zainicjowała akcję #NieJestemFeministką. Piszą tak:

Stwierdziłyśmy, że jako kobiety chcemy zabrać głos i powiedzieć, że nie interesuje nas świat zaprojektowany przez feministki. Mamy w nosie genderyzm, teorie queer, ekologizm i inne ich lewackie wymysły. Mamy dość tego, że jakaś niezadowolona z życia feministka będzie nam mówić, jakie mamy być, gdzie mamy pracować i w co się mamy ubierać. Jesteśmy sobą i będziemy sobą, niezależnie od tego, że chcecie z nas zrobić chłopobaby! 😉 Wkurza nas, że o kobietach mówią tylko feministki i lewaczki. A normalne kobiety są pomijane. Czas pokazać feministkom, że ich ideologia jest głupia i szkodliwa dla wszystkich kobiet!

W filmiku promującym akcję tłumaczą, dlaczego nie są feministkami.

Bo feminizm jest głupi. Jest przeciwko rozumowi, a ja rozum sobie bardzo cenię.

Ponieważ feminizm jest niekobiecy.

Bo czuję się wspaniale, mogąc prosić mojego męża o to, żeby mi w czymś pomógł.

Lubię, kiedy mężczyzna okazuje mi szacunek, kiedy przepuszcza mnie w drzwiach, kiedy mogę się czuć przy nim bezpieczna.

Nie wyobrażam sobie, że to ja mogłabym bronić i dawać bezpieczeństwo mojemu mężowi.

Feminizm odziera kobietę z jej naturalnych cech takich jak wdzięk, piękno, wrażliwość, prawo do bycia słabszą. Jakby zmusza do udowadniania, że mogę być taka jak mężczyzna.

No dajcie spokój, to mają być w końcu pozmywane te talerze czy mają być brudne? No zastanówcie się. Jak mają być pozmywane, to facet musi zarobić na zmywarkę.

Jestem szczęśliwa. Szanuję siebie i swoje ciało.

Obejrzałam ten film z wielką złością i z jeszcze większym smutkiem. Nawet w swoim otoczeniu mam nowoczesne, postępowe kobiety, które zarzekają się: „Nie jestem feministką!”. Jak gdyby był to powód do wstydu. Co jest właściwie grane? Jak to możliwe, że przez dziesięciolecia kobiety walczyły o elementarne prawa, wydrapywały je pazurami, a współczesne kobiety o rewolucji, którą zapoczątkowały ich babki i prababki, mówią z obrzydzeniem?

Myślę, że genezą problemu jest niezrozumienie, czym jest feminizm. Sięgnijmy więc do definicji.

Wikipedia: Feminizm (łac. femina ‘kobieta’) – ideologia, kierunek polityczny i ruch społeczny związany z równouprawnieniem kobiet.

Britannica: Feminism, the belief in the social, economic, and political equality of the sexes*.

* Feminizm – przekonanie o społecznej, ekonomicznej i politycznej równości płci.

Tak zwany feminizm pierwszej fali związany był z walką europejskich oraz amerykańskich kobiet o równouprawnienie w XIX i na początku XX wieku. Walczyły przede wszystkim o przyznanie kobietom praw wyborczych. W 1903 roku w Wielkiej Brytanii powstała zrzeszająca sufrażystki organizacja Women’s Social and Political Union (ruch zwolenniczek dopuszczenia kobiet do urn wyborczych). Przez lata ruch feministyczny ewoluował, powstało wiele jego nurtów. Feministki drugiej fali (lata 60. i 70.) walczyły nie tylko o dostęp do edukacji i prawa wyborcze, ale również o równouprawnienie na rynku pracy. Zaczęły mówić o kobiecej seksualności, podziale obowiązków przy dzieciach, poruszyły kwestię aborcji.

Podstawowe założenie feminizmu jest jednak niezmienne: to przeświadczenie o równości płci.

Gdyby nie działania feministek, kobiety wypowiadające się dla akcji #NieJestemFeministką nie mogłyby tego zrobić. Bo równość płci, choć wydaje się naturalna, nie jest niestety oczywista. Mężczyźni są płcią uprzywilejowaną, kobiety przez stulecia pozostawały w ich cieniu. Nie miały żadnych praw. Nie mogły się kształcić, podróżować, prowadzić samochodu, głosować, pracować, obnosić z poglądami.

Do dziś, a mamy XXI wiek i Elon Musk właśnie wysłał w kosmos rakietę Falcon Heavy, są kraje, w których kobiety nie mają praktycznie żadnych praw i są całkowicie zależne od mężczyzn. Tak jest np. w Afganistanie, gdzie nie mogą się kształcić, pracować, czytać książek, opuszczać domu bez towarzystwa męskiego członka rodziny. Większość Afganek to analfabetki. Ten kraj to dla kobiet prawdziwe piekło.

Feministki wywalczyły dla kobiet elementarne prawa.

Dziś, żyjąc w nowoczesnym kraju, w którym wolno wszystko i panuje swoboda obywatelska, nie pamiętamy o tym, że nie zawsze tak było. Co się więc takiego stało, że pojęcie feminizm zostało wypaczone i zaczęło budzić pejoratywne skojarzenia?

Bardziej niż na kobiety z filmu #NieJestemFeministką wściekła jestem na niektóre (podkreślam – niektóre) współczesne feministki. Barbara Nowacka, bohaterka dzisiejszych emancypantek, to mądra kobieta i słucham jej z uwagą, ale oburzają mnie jej słowa: żołądź to nie jest dąb; jajko to nie jest kura; a płód, zarodek, zygota i zlepek komórek nie jest dzieckiem (w czasie obrad Sejmu nad projektem „Ratujmy Kobiety 2017”). Wychodzimy tutaj daleko poza fundament feminizmu, a wkraczamy w kwestie światopoglądowe.

Współczesne feministki zrobiły wiele niedobrego. Publiczne planowanie, że się dokona aborcji w Wigilię (Katarzyna Bratkowska, 2013) nie służy absolutnie niczemu i idei feminizmu zwyczajnie szkodzi. Dziś feministka kojarzona jest głównie z rozkrzyczaną, ogoloną na łyso babochłopką, która chodzi na czarne marsze wyposażona w transparenty z napisami: Kościół taki gibki, że wchodzi nam do cipki, Kurwa mać! albo Odpierdolcie się od naszych macic.

W dniu czarnego marszu sama ubrałam się na czarno, bo uważałam plany zaostrzenia ustawy aborcyjnej za barbarzyństwo i choć w kwestii aborcji trudno mówić o dobrym rozwiązaniu, to obecny kompromis aborcyjny stanowi tzw. mniejsze zło i powinien zostać utrzymany.

Ale łysa babka, która mówi, że ma w dupie facetów, to maskulinistka, a nie feministka.

Niezrozumienie pojęcia krzywdzi dorobek emancypantek. Bo kobieta, która mówi: No dajcie spokój, to mają być w końcu pozmywane te talerze czy mają być brudne? No zastanówcie się. Jak mają być pozmywane, to facet musi zarobić na zmywarkę – wbrew temu, co się jej wydaje, jak najbardziej jest feministką, bo gdyby nią nie była, uznałaby z pokorą, że zmywanie naczyń to jej obowiązek i robiłaby to bez mrugnięcia okiem.

Jestem feministką, bo jestem za równym traktowaniem płci, choć spotkałam się ostatnio z męską opinią, że „owszem, kiedyś kobiety walczyły o ważne sprawy, ale teraz zajmują się bzdurami”. To nieprawda. Polki zarabiają średnio o 20% mniej niż mężczyźni, choć mają takie same kwalifikacje. Wciąż to one głównie zajmują się dziećmi i osobami starszymi, przez co wypadają z rynku pracy i mają niskie emerytury. Kobiety są też znacznie częściej ofiarami przemocy domowej i ofiarami gwałtów. Wiele jest więc jeszcze do zrobienia.

Feminizm wciąż jest bardzo, bardzo potrzebny (zapraszam do tego tekstu, w którym opisałam nierówności płac w Polsce i w Hollywood) – współczesne kobiety nie muszą po prostu używać siły i ginąć dla idei. Matka Meryl Streep mówiła do niej: Jesteś zdolna, Meryl. Jesteś zdolna i możesz zrobić cokolwiek postanowisz. Strach pomyśleć, co by było, gdyby nie zaszczepiła w niej tego przekonania. Jednocześnie Streep podkreśla w wywiadach, że nie mogłaby żyć bez rodziny. Od czterdziestu lat żoną tego samego mężczyzny, urodziła czwórkę dzieci. Przy okazji premiery filmu „Sufrażystka” w 2015 roku zwróciła się do kobiet słowami: „Nie poddawajcie się, to jeszcze nie koniec!”. Owszem, nie koniec. Dwa lata później internet podbiła akcja #MeToo, a Islandia jako pierwszy kraj na świecie ustawą zakazała nierówności płac pomiędzy kobietami i mężczyznami.

Jestem feministką, bo interesują mnie dokonania kobiet. Interesuje mnie samorozwój, wolność wyboru, partnerski podział obowiązków w związku. Ja też, podobnie jak pani z filmu #NieJestemFeministką, bardzo sobie cenię rozum. I nie czuję się niekobieca. Również czuję się wspaniale, mogąc prosić mojego męża o to, żeby mi w czymś pomógł. Ba, robię to bardzo często! I także lubię, kiedy mężczyzna okazuje mi szacunek, kiedy przepuszcza mnie w drzwiach, kiedy mogę się czuć przy nim bezpieczna. Nie czuję się też odarta ze swoich naturalnych cech takich jak wdzięk, piękno czy wrażliwość.

Dzięki feministkom mogę sobie sama wybrać partnera (przypominam, że wciąż są kraje, w których dziewczynki wydawane są za mąż za obcych mężczyzn), zdobyłam wyższe wykształcenie, noszę spodnie, prowadzę samochód, głosuję. Mogę robić, co chcę i nie czuję się gorsza od żadnego mężczyzny. Jestem żoną i matką, która lubi prowadzić dom, opiekować się mężem i synem, gotować. Lepienie pierogów i pieczenie ciast bardzo mnie uszczęśliwia ;-). Ale jest to moim wyborem, a nie przymusem, za co feministkom BARDZO DZIĘKUJĘ.

Oczywiście, nie każda kobieta chce żyć zgodnie z feministycznym światopoglądem.

Są kobiety, które nie chcą pracować, nie zależy im na edukacji, doskonale czują się w domu całkowicie zależne od mężczyzny. Ale wypowiedzi kobiet ze wspomnianego filmu nie są tego świadectwem – są świadectwem totalnej ignorancji. Wyrażają poglądy antyfeministyczne. Jestem ciekawa, czy bohaterki akcji naprawdę chcą męskiej dominacji w społeczeństwie i całkowitego podporządkowania się kobiety mężczyźnie? Ten wolny wybór, którego może dokonać współczesna kobieta, jest spadkiem po feministkach, które walczyły o to, by kobieta nie musiała żyć pod przymusem.

Współczesne feministki zrobiły o jeden krok za dużo, gdy zaczęły wmawiać kobietom, że wszystkie powinny żyć tak jak one. A przecież narzucanie komukolwiek swojego światopoglądu nie ma z feminizmem absolutnie nic wspólnego.

Miażdżąca większość współczesnych Polek, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy, ma poglądy feministyczne i korzysta z dorobku emancypantek. Tak, nawet kobiety, które idą zagłosować na Prawo i Sprawiedliwość, bo są wdzięczne tej partii za program 500+, korzystają z praw, które wywalczyły dla nas sufrażystki i feministki. Dlatego proszę, nie mówmy, że feminizm jest głupi i szkodliwy. Bo nie jest, nigdy nie był i nigdy nie będzie.

Ewa

15

  • Z jednej strony się zgadzam z drugiej – z tego tekstu pobrzmiewa, że feministką można być. Pod warunkiem, że jest się feministką konwencjonalnie atrakcyjną (odpadają „łyse babochłopki”), nie przeszkadza ci rodzenie niechcianego dziecka i bynajmniej nigdy nie pokazującą zwyczajnego wkurwienia traktowaniem kobiet (vide: „Odpierdolcie się itp.”).

    No okej, wśród feministek są „łyse babochłopki”, tylko że – co z tego? Wśród męskich polityków są starzy, łysi, kompletnie nieatrakcyjni i niemęscy faceci. I jakoś ich wygląd nie jest nigdy argumentem przeciwko czegokolwiek. A przy kobietach zawsze podnosi się szczek, że jakaś łysa, gruba i nieatrakcyjna, a więc w domyśle – jej głos mniej znaczy niż ładnych i szczupłych.

    A co do aborcji – dla mnie to nie jest żaden kompromis, to jedynie przymus rodzenia, jeśli zajdę w ciążę. Tj. teoretycznie, bo praktycznie po prostu wyjechałabym na weekend na Słowację, jak tysiące innych Polek.

  • Sara Kędzierska

    te koszulki w tym filimu z kobietami tak bardzo zmuszają do stereotypowego myślenia, bo jak mogą mówić o swoich poglądach (opartych na katolickiej propagandzie i niewiedzy) ubrane w chrześcijańskie symbole

  • eV

    Wszystko w tym tekście jest tak oczywiste, tak banalne… a mimo to wciąż nie trafia do tylu osób. Gdyby tylko osoby atakujące feminizm postanowiły poznać jego definicję, wszystko wyglądałoby inaczej. Ale to jest walka dla samej walki. Oni/one muszą pokazać, że są lepsze i z tylko tego powodu wykreowali sobie niewidzialnego wroga. Bo przecież feminizm im nie robi przecież nic złego… Jest wręcz przeciwnie.