Współczesny patriotyzm Lany Del Rey

Jadę samochodem przez pustkowia… Wygrzewam się w blasku słońca, leżąc na plaży… Jem lody w środku lata… Siedzę w zadymionym barze, obok mężczyźni w kowbojskich kapeluszach grają w bilard… Mam to wszystko, gdy słucham „Lust for Life”, nowego albumu Lany Del Rey.

Nazywają ją perfekcyjnie zaplanowanym produktem. Fakt, ta akcja marketingowa udała się świetnie. Gdy w 2011 roku świat poznał Lanę Del Rey za sprawą utworu „Video Games”, wszyscy chcieli wiedzieć, kim jest ta dziewczyna. Dziewczyna z ewidentnie powiększonymi ustami, mocnym makijażem, teledyskiem stylizowanym na amatorski i głosem, głosem jak dzwon.

Szybko wyszło na jaw, że to żadna debiutantka, która marzy o wielkiej karierze, umieszczając swoje pierwsze wokalne próby na YouTubie. Lana Del Rey to Elizabeth (Lizzy) Grant, wcześniej blondynka o wąskich wargach, która wydała nawet płytę! Ponieważ jednak płyta nie wzbudziła większego zainteresowania, uruchomiono pieniądze ojca (multimilionera), zatrudniono specjalistów od kreowania wizerunku i tak oto narodziła się Lana Del Rey: rudowłosa piękność w wianku na głowie, makijażem na Elizabeth Taylor, trochę Lolita, trochę buntowniczka, jednocześnie dziewczyna z sąsiedztwa i kobieta z innej epoki.

Jedno się w niej jednak nie zmieniło: głos. Tak hipnotyzujący, że gdy popularność Lany dotarła do Polski, po przesłuchaniu jej piosenek wysłałam siostrze SMS-a: „Lana Del Rey – wow! Jeszcze nigdy nie słyszałam kogoś, kto śpiewałby w ten sposób!”.

Lana Del Rey jest Ameryką

Pokochałam muzykę Lany Del Rey od pierwszej nuty. „Lust for Life” (2017) to jej kolejny longplay – po „Born to Die” (2012), „Ultraviolence” (2014) i „Honeymoon” (2015). Z każdą kolejną płytą Lana jest dojrzalsza, pewniejsza siebie, a jednocześnie niepowtarzalna w swoim stylu, którym wciąż zachwyca. Jest w tej wokalistce coś, co nie pozwala uznać, że się zaszufladkowała, mimo że w jej muzyce wciąż pojawiają się te same motywy, a ona sama śpiewa w bardzo charakterystyczny sposób.

Te motywy to miłość, starsi mężczyźni, lato, słońce, plaża, zmysłowość, współczesna Ameryka. Lana Del Rey jest Ameryką. Śpiewa o Topandze (słynnym kanionie będącym miejscem spotkań neuropatów, homeopatów, indywidualistów), pistoletach, Jezusie, festiwalu Coachella, białym fordzie mustangu, dzieciach-kwiatach. Wciąż stylizuje się na dziewczynę z lat 60. Raz jest zagubiona, innym razem jest wyuzdana. W swoim śpiewie to prawie się modli, to szepcze, to klnie jak szewc, to znów spóźniona jest o pół nuty. W utworze „God Bless America – And All The Beautiful Women In It” w tle słychać wystrzały. Kto, jeśli nie Del Rey, może sobie na to pozwolić?

lana del rey lust for life

Królowa dream popu

Nie ulega wątpliwości, że płyta „Lust for Life” jest świetna. Spójna, przemyślana, porządna, interesująca. „Love”, „13 Beaches”, „Cherry”, „Lust for Life” (duet z The Weekndem), „Summer Bummer”, „Groupie Love”, „Beautiful People Beautiful Problems” to kapitalne kawałki. Moim faworytem jest „White Mustang”, utwór, którego trzeba słuchać głośno podczas jazdy samochodem.

Nazywają Lanę królową dream popu. Ale Del Rey po raz czwarty udowadnia, że nie jest tylko słodką idiotką śpiewającą wpadające w ucho, choć puste piosenki. Ta dziewczyna ma coś do powiedzenia. W przejmującym utworze „When the World Was At War We Kept Dancing” pyta:

„Is it the end of an era?

Is it the end of America?”.

Nie znam żadnej współczesnej wokalistki, która dziś śpiewałby tak o Polsce – niestety, młode polskie piosenkarki wolą teraz śpiewać, że wszędzie wiszą lustra albo że nie umieją być suką. Lana Del Rey jest patriotką (nie wiem, czy jest nią Lizzy Grant, ale Lana owszem). Na zdjęciach zamiast pledem owija się amerykańską flagą. W zasadzie bez przerwy śpiewa o swojej ojczyźnie.

W jednym z wywiadów wyznała, że feminizm nie jest tematem, który w jakikolwiek sposób by ją interesował, lecz to nieprawda. Lana Del Rey wielokrotnie śpiewa o sile i jedności kobiet. Ale jednocześnie nie robi z nich samowystarczalnych robotów – miłość, pożądanie, oddanie, małżeństwo są stałymi tematami, wokół których Amerykanka się porusza.

Czy więc Del Rey, ta piękna dziewczyna o zabójczych rzęsach, jest produktem? Szczerze mówiąc, mam to w głębokim poważaniu. Jedno wiem na pewno: jest genialną piosenkarką.

Czekam na kogoś takiego w Polsce.

A płytę „Lust for Life” polecam z całego serca.

Ewa

fot. http://lanadelrey.com/

2