Czy „To” jest właśnie to – refleksje po obejrzeniu filmu

Stephen King obejrzał ponoć ten film dwa razy pod rząd, co powinno być najlepszą rekomendacją, gdyż „król horroru” raczej sceptycznie podchodzi do ekranizacji swoich dzieł. I słuszne, bo zwykle są to gnioty. Czy „To” faktycznie zasługuje na entuzjastyczne opnie?

Lepiej najpierw przeczytać książkę, czy obejrzeć nakręcony na jej podstawie film? – to mój odwieczny dylemat, który raczej nigdy nie doczeka się jednoznacznego rozstrzygnięcia. Każde rozwiązanie ma bowiem swoje zalety. Wcześniejsza lektura literackiego pierwowzoru pozwala na dogłębniejsze wgryzienie się w fabułę oraz lepsze poznanie bohaterów, z kolei filmowy seans umożliwia strawniejszą wizualizację opowieści, już nie wspominając o tym, że jest kuszącym rozwiązaniem dla czytelniczych leni, nie zawsze mających ochotę na mierzenie się z grubymi nieraz tomiszczami, a mimo to chcących poznać opisywaną w nich historię.

„To” Stephena Kinga jest takim właśnie tomiszczem. Wydawnictwo, które jako pierwsze zaprezentowało powieść polskim czytelnikom, podzieliło ją nawet na trzy tomy. Był rok 1993 i poziom edytorstwa pozostawiał wówczas wiele do życzenia, nic dziwnego, iż posiadane przeze mnie egzemplarze przy każdorazowym otwarciu gubią kilka kartek. A otwierane były i są naprawdę często, bo „To” zajmuje miejsce w ścisłej czołówce moich ukochanych dzieł „króla horroru”. W tym wypadku nie jestem nawet przerażony perspektywą przebrnięcia przez blisko 1,2 tysiąca stron, co w wielu innych przypadkach byłoby okolicznością zniechęcającą.

Cieszę się, że najpierw przeczytałem książkę, a dopiero później obejrzałem oparty na niej film, a uściślając filmy, bo mało kto pamięta, że 27 lat przed ekranizacją, która właśnie święci triumfy na ekranach kin (w momencie pisania tego tekstu na liczniku producentów wpływy sięgnęły pół miliarda dolarów), światło dzienne ujrzał telewizyjny miniserial na podstawie powieści Kinga, z genialną kreacją Tima Curry’ego w roli demonicznego klowna Pennywise’a.

„To” było jedną z pierwszych kaset wideo, którą obejrzałem dzięki nowiutkiemu magnetowidowi zakupionym przez tatę w Pewexie (młodszym czytelnikom wyjaśniam, że w słusznie minionej epoce PRL-u tak nazywała się sieć sklepów sprzedających luksusowe i niedostępne towary za dolary, których posiadania było wówczas teoretycznie… nielegalne, ot taki PRL-owski idiotyzm). Miałem świeżo w pamięci książkowy pierwowzór, dlatego tamten film niespecjalnie mnie zaskoczył czy nastraszył, ponieważ autorzy serialu pozostali dość wierni powieści, co ma swoje dobre i złe strony. W sumie po co zmieniać coś, co jest świetne?

A jednak ktoś, kto wcześniej czytał powieść, szczególnie tak dynamiczną i straszną jak „To”, w głębi duszy liczy na trochę zaskoczenia. W serialu oczekiwałem go na próżno.

Twórcy najnowszej ekranizacji podeszli do literackiego pierwowzoru bardziej kreatywnie, niezrażeni wiążącym się z tym ryzykiem. I wyszło to filmowi na dobre, czego najlepszym potwierdzeniem są entuzjastyczne słowa samego Kinga, który ponoć obejrzał „To” już dwukrotnie. „Miałem nadzieję, ale nie byłem chyba przygotowany, że film będzie tak dobry. „To” jest jednocześnie zupełnie inne, a także bardzo znajome. Widzowie polubią tych bohaterów. Dla mnie to w nich drzemie największa siła. Gdy polubisz postaci i będzie ci na nich zależało, strach naprawdę zadziała” – ekscytuje się pisarz w jednym z wywiadów.

Warto zaznaczyć, że King rzadko chwali filmy zainspirowane swoimi opowieściami, czemu zresztą trudno się dziwić, bo większość z nich to klasyczne produkcyjniaki, które mają zarobić trochę dolców dzięki nazwisku pisarza na plakacie. Jednak nie spodobało mu się nawet kultowe „Lśnienie” w adaptacji Stanleya Kurbicka, przez wielu uznawane za arcydzieło światowego kina. „Jack (Nicholson) wydaje się szalony od samego początku, natomiast Shelley Duvall jest tam tylko po to, by krzyczeć i być głupią. To nie jest kobieta, o której pisałem” – narzekał pisarz w rozmowie z BBC.

Już sam fakt, że King wypowiada się o „To” z entuzjazmem, powinien stać się powodem do wizyty w kinie.

Dla mnie był, gdyż początkowo sceptycznie traktowałem informacje o ekranizacji jednej z moich ulubionych powieści, obawiając się, że z zasady skrótowa formuła filmowej opowieści nie udźwignie złożoności historii opisanej na ponad tysiącu stron. Na szczęście się udało i to całkiem zgrabnie.

Widz przenosi się do Derry w stanie Maine. „To po prostu nieźle prosperujące małe miasto, w niespecjalnie mocno zaludnionym stanie, gdzie nieprzyjemne rzeczy zdarzają się nazbyt często… i gdzie mniej więcej co ćwierć wieku następuje eskalacja zbrodni i okrucieństwa” – opisuje King. W tutejszych kanałach zalęgło się To. Bliżej nieokreślone, przybierające najróżniejsze postacie – klauna, ogromnego ptaszyska, trędowatego czy po prostu głosu w rurach. Polujące na dzieci, bo tylko one potrafią dostrzec zło.

I to one stają z nim do walki. Przynajmniej w pierwszej części, bo wytwórnia już zapowiedziała, że za dwa lata na ekrany kin trafi kontynuacja przerażającej historii, w której przekonamy się, czy bohaterowie po staniu się dorosłymi dadzą radę upiornemu klownowi, odnajdując w sobie dziecięcą wiarę, lojalność i odwagę, by skutecznie stawić czoła demonom. Jestem bardzo ciekawy, jak twórcy filmu sobie z tym poradzą, bo kingowskie zakończenie historii okazało się dość słabe, co niestety zdarza się pisarzowi często. Jak nikt inny potrafi bowiem snuć wciągającą opowieść, tworzyć pełnokrwistych bohaterów, których czytelnik kocha lub nienawidzi, budować niepokój i strach, aż w końcu prowadzić do banalnego, a niekiedy nawet głupiego finału.

Dlatego przed reżyserem i scenarzystą drugiej części „To” stoi nie lada wyzwanie. Jeśli podobnie jak teraz, wyciągną z powieści to, co najciekawsze, odpowiednio pożonglują wątkami i postaciami, mają szansę wejść do historii, jeśli nie kina, to na pewno filmowego horroru.  W pierwszej części dostrzegli bowiem, że King nie skupia się tylko na walce bohaterów ze złem, ale przede wszystkim na ich życiu, wewnętrznych przemianach i dojrzewaniu, malując jednocześnie barwny portret amerykańskiej prowincji.

Na tym właśnie polega siła jego pisarstwa.

Choć czasem w jego książkach pojawiają się wampiry, nawiedzone domy czy samochody o morderczych skłonnościach, tak naprawdę King wciąż mierzy się z demonami, które tkwią w nas samych.

„Fakt, że ten facet trzyma palec na spuście broni nuklearnej jest gorszy niż jakikolwiek horror, który w życiu napisałem” – stwierdził niedawno na Twitterze King, oczywiście mając na myśli Donalda Trumpa. Bo prawdziwe zło nie ma oblicza klowna Pennywise’a, o czym warto pamiętać wybierając się do kina na „To”.

Rafał

Fot. New Line Cinema

2

  • Nie jestem w stanie jakkolwiek odnieść się do tematu, albowien nic Kinga nie czytałam. Jedzie do mnie „Ręka mistrza”, ale tylko dlatego, że polecono mi powieść ze względu na kunszt literacki autora i stadium postaci. Zobaczymy, co z tego wyniknie…

    • Rafał

      Akurat „Ręki mistrza”, wbrew tytułowi, nie uważam za najbardziej mistrzowską z powieści Kinga, ale jeśli Cię wciągnie i zechcesz sięgnąć po inne jego książki, na pewno doświadczysz czytelniczej rozkoszy 😉 Przynajmniej tego życzę…

      • Za godzinę, w wannie pełnej piany sprawdzę, czy do mnie przemówi 🙂

        • Rafał Natorski

          W takich okolicznościach to nawet słabe opowieści potrafią przemówić 😉

  • Pawel Komosa

    Tak naprawdę to nie miałem się czego czepić, więc czepie się czegoś tak na marginesie. A konkretnie o rozchodzi się o „dolary, których posiadania było wówczas teoretycznie… nielegalne” a można było za nie nabywać w PEWEX-ie. Faktycznie w 1945 r. minister skarbu obwieszczeniem przypomniał dekrety prezydenta RP z 26 kwietnia 1936 r. i 2 września 1939 r. zakazujące obrotu dewizami. Za łamanie przepisów groziła kara pięciu lat więzienia i grzywna 200 tys. zł, a nawet dożywocie. Ustawa karnodewizowa z 28 marca 1952 r. łagodziła sytuację, grożąc tylko karami już tylko od 2 do 15 lat za handel dewizami, a dożywociem dla zawodowych handlarzy. I teraz do sedna: od listopada 1956 r. kiedy to minister finansów poinformował, że posiadanie walut nie jest nielegalne, można je było posiadać, ale nie nimi handlować. Za to „przestępstwo dewizowe” groziło kara do trzech lat więzienia. Czyli było legalne ich posiadanie, a nielegalne handlowanie nimi. Z poważaniem itd.

    • Rafał

      oj tam, czepialstwo, wtręt o dolarach to taka licencia publicistica 😉

  • Clauditta

    Nie czytałam wiele jego książek. Jestem po Joylandzie, który nawet mi się podobał, a ostatnio zakupiłam „Komórka” i jak na razie nie wciągnął mnie, aż tak, jak się tego spodziewałam 🙂 Filmu również na razie nie miałam okazji obejrzeć, ale nie słyszałam wielu pozytywnych opinii od znajomych, którzy film ten już widzieli.
    Osobiście wolę się przekonać i ocenić.

  • Roksana Ryszkiewicz

    Czytałam książkę ale w kinie niestety nie byłam. Muszę to zmienić !