Wielkie rżnięcie, czyli przyroda w służbie ludzkości

Las powinien służyć człowiekowi – przekonuje obecny szef ministerstwa środowiska, resortu, z którego nazwy proroczo wyrzucono parę lat temu słowo „ochrona”. Za tymi niewinnymi z pozoru słowami kryje się prawdziwa groza, o czym niedawno przekonałem się osobiście…

To nie jest tysiącletnia puszcza, którą można przemierzać całymi dniami nie napotkawszy żywej duszy, a co najwyżej żubra, jelenia lub stado wilków. Ot, po prostu niewielki kompleks leśny, ze wszystkich stron otoczony przez cywilizację – drogi, wioski, pola uprawne, wyrastające jak grzyby po deszczu osiedla domków jednorodzinnych.

Jednak dla mnie od najmłodszych lat była to oaza natury i dzikości. Znam tutaj każdą ścieżkę i ścieżynkę, które już jako nastolatek przemierzałem z kumplami rowerami. Na ulubionej górce wciąż odnajduję kamienny krąg, gdzie niegdyś rozpalaliśmy ognisko i piekliśmy kiełbaski albo po prostu kromki chleba, gdy  brakowało kasy na coś bardziej konkretnego. Później leniuchowaliśmy na pobliskiej polanie skrytej wśród sosen, niekiedy popijając piwko, a zazwyczaj po prostu bezmyślnie wpatrując się w płynące po niebie chmury.

W przeciwieństwie do wielu magicznych zakątków z dzieciństwa, ten las nie zniknął z mojego życia. Wręcz przeciwnie. Nie przestałem go odwiedzać także po wejściu w dorosłość, a kilka lat temu odkryłem go przed Ewą, stał się celem naszych wypraw rowerowych, miejscem, gdzie piknikujemy i zbieramy jagody, a od kiedy urodził się Filip, także celem niedzielnych spacerów, choć muszę szczerze wyznać, że naszego synka na razie bardziej fascynuje miejski gwar niż spokój natury.

Problem w tym, że mój ukochany las umiera.

Nie jest to zjawisko całkiem nowe, bo penetrując tutejsze ostępy w zasadzie od zawsze napotykałem ścięte pnie, ale wtedy był to wyrąb, który nie powodował większego spustoszenia. To tak jakby wyrwać kilka włosów z głowy – trochę poboli, ale fryzura pozostaje w zasadzie nienaruszona.

Pozostając w stylistyce fryzjerskich metafor, kilka dni temu odkryłem, że las został oskalpowany. Był wczesny świt (od przyjścia na świat latorośli odkrywam uroki porannych treningów), pedałowałem co sił, by utrzymać równowagę na piaszczystej dróżce, zmierzając w kierunku dawno nie odwiedzanego zakątka, wyjechałem z zagajnika i… zgłupiałem. Nie wiedziałem, gdzie jestem, co mnie zaszokowało, bo przecież znam okolicę jak własną kieszeń. Dopiero po chwili pojąłem, że dotarłem do skrzyżowania leśnych ścieżek, przez które przejeżdżałem wielokrotnie. Tyle, że wcześniej wokół rosły drzewa, w tym charakterystyczna skrzywiona sosna, stanowiąca świetny punkt orientacyjny.

Teraz został po niej tylko solidny pieniek ociekający jeszcze świeżą żywicą, niczym łzami. Ten sam los podzieliło kilkadziesiąt, a prawdopodobnie nawet więcej innych drzew. Spustoszony krajobraz robił przygnębiające wrażenie. Nastroju nie poprawił mi nawet widok sarny, która żwawo wyskoczyła z krzaków, po czym też stanęła jak wryta. Nie wiem, czy na mój widok, czy również poczuła się zaskoczona skalą drwalskiej aktywności.

Widok leśnego klepiska naznaczonego smętnymi kikutami, z których niegdyś wyrastały dostojne sosny i jodły towarzyszył mi jeszcze długo po powrocie do domu.

Jakby tego było mało, po włączeniu komputera od razu natknąłem się na relację z protestu ekologów blokujących pracę ciężkiego sprzętu skierowanego do wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej, ostatnim na naszym kontynencie tak dużym fragmencie pierwotnego lasu,  gdzie przez 12 tysięcy lat wszystkimi procesami świetnie regulowała sama natura, a dopiero teraz wyszło na jaw, że przyroda jest bezradna i nie poradzi sobie bez ministra Jana Szyszki i jego dzielnych podwładnych z Lasów Państwowych.

Odwiedziłem Białowieżę dwa lata temu, a wędrówka po udostępnionym turystom skrawku puszczy objętym ścisłą ochroną, pozostawiła niezapomniane wrażenia. Mieszczuch czuje się tam onieśmielony dzikością, naturą oraz wszechogarniającą przyrodą. Chłonie widoki i zapachy, z nadzieją rozgląda się wokół, licząc, że z zarośli wyłoni się zwalisty żubr. Ścieżka prowadzi między zwalonymi pniami potężnych drzew, wokół których kwitnie nowe życie.

Martwe dęby, lipy, świerki czy jesiony stanowią ponoć 30 proc. całej masy drzewnej rezerwatu ścisłego, co wydaje się całkiem zrozumiałe, bo przecież tak od tysiącleci wygląda prastary las, gdzie śmierć i zgnilizna stanowią niezbędny motor rozwoju.

Jednak minister środowiska nie zgadza się z tym prymitywnym rozumowaniem. Zdaniem Jana Szyszki nieusuwanie chorych i martwych drzew przyczyniło się do dzisiejszego dramatu puszczy, czyli gwałtownego zwiększenia populacji żarłocznego chrząszcza – kornika, zżerającego coraz większe połacie lasu, a powstrzymać go może tylko masowa wycinka chorych drzew.

Czy to dowodzi, że bez ingerencji człowieka las sobie nie poradzi? Otóż z tej historii wynika dokładnie odwrotna konstatacja. Warto wiedzieć, iż kornik ubóstwia przede wszystkim świerki, którymi w ostatnich dziesięcioleciach obsadzano na potęgę puszczę, zaburzając ekosystem i w zasadzie zapraszając szkodnika do żerowania. Zatem sami stworzyliśmy problem, a teraz próbujemy go bohatersko rozwiązać, choć zdaniem wielu poważnych naukowców (a nie ekologów z nurtu lewicowo-libertyńskiego, jak lubi mawiać minister Szyszko), należałoby po prostu zaprzestać jakiejkolwiek ingerencji, dać naturze spokój i szansę na powrót do stanu dziewiczego. Kornik jest naturalną częścią ekosystemu, a uszkodzony przez niego świerk ustąpi miejsca drzewu lepiej przystosowanemu do aktualnych warunków.

Do cholery, przecież to odwieczny cykl przyrody, dla której intruzem jest człowiek i jego harwestery – maszyny potrafiące ściąć, pociąć na kawałki i okorować kilkaset drzew w ciągu doby.

Dlaczego zacząłem pisać o wycince małego lasu, a teraz rozwodzę się na temat Puszczy Białowieskiej? Wbrew pozorom łączy je bardzo dużo, przede wszystkim wspólny wróg, czyli przekonanie, że natura powinna służyć człowiekowi, co zresztą podkreśla w licznych wywiadach obecny minister środowiska, twórca jednego z największych legislacyjnych bubli w dziejach RP, czyli niesławnej „lex Szyszko” – nowelizacji ustawy umożliwiającej praktycznie niekontrolowane wycinanie drzew przez właścicieli prywatnych gruntów. To prawdopodobnie jej zapisy, a przy okazji także zwiększone zapotrzebowanie na drewno, spowodowały nadaktywność drwali w moim lesie, bo nie podejrzewam, żeby ścięte sosny były masowo zaatakowane przez kornika.

Trzeba jednak przyznać, że w przekonaniu o służalczej roli przyrody Szyszko jest konsekwentny. Dziesięć lat temu (był wówczas ministrem środowiska w rządzie Jarosława Kaczyńskiego) promował pomysł poprowadzenia obwodnicy Augustowa przez unikatową dolinę Rospudy, bo jak twierdził „jest ona tworem człowieka i nic się nie stanie, gdy przejdzie przez nią droga szybkiego ruchu”. Na szczęście niedługo później doszło do przyspieszonych wyborów parlamentarnych, które zwaliły ministra ze stołka, a kolejny rząd pod naciskiem protestów społecznych i gróźb Brukseli zmienił przebieg trasy.

Dziś Jan Szyszko znów siedzi za ministerialnym biurkiem.

W jednym z publicznych wystąpień zakomunikował niedawno: „Zasoby przyrodnicze są użytkowane zgodnie z boskim stwierdzeniem: czyńcie sobie ziemię poddaną”.

Chętnie zatem dowiedziałbym się, co ten pan, tak chętnie powołujący się na religię i brylujący na wszystkich imprezach organizowanych przez ojca Tadeusza Rydzyka, sądzi o słowach  papieża Franciszka, który kilka miesięcy temu, podczas katechezy wygłoszonej na placu św. Piotra mówił: „Często mamy pokusę, by myśleć, że stworzenie jest naszą własnością, czymś co posiadamy i możemy wykorzystać według własnego uznania i z czego nie musimy się przed nikim rozliczać. Gdy człowiek daje się zawładnąć przez egoizm niszczy najpiękniejsze rzeczy, jakie zostały mu powierzone. Tak stało się z naturą, zewsząd dochodzi jęk natury i ludzi”.

Ten jęk najwyraźniej nie dociera do gabinetu ministra, ponoć wielkiego zwolennika teorii tzw. kompensacji przyrodniczej, według której człowiek może obficie korzystać z zasobów natury, pod warunkiem, że zrekompensuje jej poniesiony uszczerbek, czyli jak zetnie drzewo, powinien zasadzić nowe, a może nawet dwa. Czasem marzę o wprowadzeniu innej zasady, nazwijmy ją umownie kompensacją polityczną, polegającej na masowym usunięciu dzisiejszych decydentów, starych i zepsutych, niczym białowieskie świerki spustoszone przez stado korników, a następnie zastąpieniu ich młodszymi, a przede wszystkim mądrzejszymi egzemplarzami.

Rafał

Ps. Dla jasności chciałbym zaznaczyć, że ten tekst nie jest inspirowany przez tajne siły lewicowo-liberytyńskie, ponieważ politykę mam głęboko w dupie, gdy chodzi o poszanowanie natury i świata, w jakim przyjdzie żyć mojemu synkowi.

fot. Pixabay

4

  • Honorata Dyjasek

    Dokładnie to samo stało się z lasem, w którym się wychowywałam. Jakkolwiek to brzmi. Lata, w których nie straszne były komary, kleszcze i wszystko, co czaiło się dookoła, były najpiękniejszymi latami mojego dzieciństwa i takie same wakacje chciałabym zapewnić swoim córkom. Tylko, że lasu, który znałam jak własną kieszeń już nie ma. Byłam zasmucona widokiem.

  • Patrycja Sobolewska

    U nas teraz w Białymstoku też wykarczowali połowę lasu, wygląda to strasznie i ponuro, jednak las to tętniące życie przede wszystkim 🙂

  • agnesssja

    Smutne…lata mojego dzieciństwa kojarzą mi się również z laskiem nieopodal miejsca naszego zamieszkania, ale on juz tylko w pamięci
    agnesssja.blogspot.com