Wiedeńskie zachwyty, czyli zakompleksiony Polak w podróży

„Mają rozmach skurwisyny” – te pamiętne słowa Siary z kultowej komedii „Kiler” nieodmiennie towarzyszą mi podczas spacerów po Wiedniu. I nie ma w tym cienia złośliwości, za to dużo kompleksów…

Nie będę ukrywał, że podczas każdej wizyty w austriackiej stolicy czuję się lekko przytłoczony bezmiarem wypielęgnowanych kamienic, wyłaniającymi się zewsząd bryłami zabytkowych gmachów, wyszorowanymi do białości pomnikami oraz zapierającymi dech w piersiach parkami, gdzie każde źdźbło trawy i gałązka krzewu są starannie przycięte.

Prawdopodobnie moje odczucia wynikają z kompleksów mieszkańca kraju, w którym od lat, a może nawet wieków, panuje bylejakość, choć trzeba przyznać, że zawsze świetnie uzasadniona.

Niszczejące zabytki to przecież konsekwencja pogmatwanej sytuacji własnościowej obiektów, nierozwiązywalnej dla dzielnych urzędników, przynajmniej do czasu, aż budynek się nie zawali. Za zaniedbane tereny zielone z połamanymi ławkami oraz walającymi się wszędzie śmieciami oskarżamy chuliganów i wandali. Jednak najpopularniejszym wyjaśnieniem wszystkich naszych niedociągnięć jest oczywiście brak pieniędzy, choć miliardy płynące w ostatnich latach z Unii Europejskiej trochę wybiły ten argument rozmaitym decydentom.

Ok, publicystyczna premedytacja powoduje, że trochę przesadzam, bo w ostatnim czasie sporo się w Polsce zmienia i nasz kraj bez wątpienia pięknieje, ale wystarczy krótki pobyt w Wiedniu, aby przekonać się, jak duży dystans cywilizacyjny mamy jeszcze do odrobienia. I nie chodzi o to, żebyśmy nagle zaczęli stawiać imponujące pałace w stylu Belwederu – barokowej posiadłości Eugeniusza Sabaudzkiego czy Schönbrunn  – letniej rezydencji cesarskiej. Zacznijmy od trochę bardziej przyziemnych spraw, na przykład sprawnie działających służb komunalnych.

U nas wszystkiemu winne jest niechlujne społeczeństwo, które zaśmieca ulice i jeszcze bezczelnie domaga się, by je regularnie sprzątać. Wbrew pozorom w Wiedniu też brudasów nie brakuje, o czym przekonałem się mieszkając w dzielnicy Favoriten, cieszącej się kiepską opinią, głównie za sprawą nadreprezentacji imigrantów zarobkowych z różnych stron świata. Wielu z nich nie przywiązuje zbyt dużej wagi do estetyki otoczenia, dlatego na tutejszych ulicach bywa brudno, ale zwykle tylko do zmroku. Wieczorem zjawiają się tam ekipy porządkowe i z austriacką precyzją pucują chodniki i jezdnie, co miałem okazję podziwiać podczas nocnych powrotów do domu.

Favoriten to w ogóle ciekawy i egzotyczny zakątek, gdzie znacznie łatwiej spotkać ponadprzeciętnie śniadego mężczyznę czy kobietę w burce niż rdzennego wiedeńczyka. Przyjaciel, u którego mieszkałem, opowiadał, że niedawno w sąsiednim budynku siły specjalne przeprowadziły spektakularną operację, a następnie zatrzymały kilku gości podejrzewanych o działalność ekstremistyczną i planowanie zamachów terrorystycznych. Nie ukrywam, że miałem tę historię w głowie podczas samotnego, nocnego powrotu do domu. I co? Strachy na lachy. Po drodze spotkałem wielu uśmiechniętych i ewidentnie przyjaznych Turków, Pakistańczyków oraz Syryjczyków. W jednym z licznych tutejszych barów zjadłem późną kolację – absolutnie genialnego döner kebaba, pytany kilkakrotnie przez właściciela, czy na pewno mi smakuje.

Jeśli lubicie rozmaite kebabowe wariacje, musicie koniecznie odwiedzić Favoriten, bo tutaj naprawdę potrafią przyrządzać tego typu smakołyki.

Zasada wyboru lokalu jest prosta – im bardziej obskurny przybytek i im więcej gromadzi się w nim śniadej klienteli, tym większe prawdopodobieństwo, że skosztujemy fast fooda, po którym szeroko reklamowane produkty amerykańskiego koncernu spod znaku wielkiego „M” będą smakowały jak mortadela zaserwowana w gąbce.

No i nie zbankrutujemy, bo ceny są tutaj przyjazne i porównywalne do tych z oferty polskich barów z kebabami, które często są tak naprawdę wyrobami kebabopodobnymi.

Cholerka, miałem pisać o atrakcjach Wiednia, a rozwodzę się o sprzątaniu ulic i jedzeniu. Choć z drugiej strony może właśnie tak przyziemne zagadnienia wcześniej czy później stają się kluczowe dla każdego turysty. Przecież po wielogodzinnym zwiedzaniu nawet najpiękniejszego miasta marzymy tylko o tym, żeby odpocząć (na przykład w czystym i zadbanym parku) i wrzucić coś na ząb.

Austriacka stolica z entuzjazmem odpowiada na te potrzeby. Terenów zielonych jest tutaj bez liku, każdy z nich wspaniale utrzymany, wypielęgnowany, udekorowany pięknymi rzeźbami i fontannami. Strudzony wędrowiec nie ma problemu ze znalezieniem wolnej ławki, co niestety w wielu polskich parkach jest standardem. Niekiedy nawet pojawia się element nadgorliwej przesady, za przykład może służyć Rathauspark – w parku rozciągającym się u podnóża przepięknego neogotyckiego ratusza stoi więcej ławek niż drzew. Ten lekko groteskowy widok zobaczycie w galerii pod artykułem.

Jeśli jednak przedziwnym zbiegiem pechowych okoliczności nie uda nam się natrafić na miejsce do siedzenia, możemy po prostu rozłożyć się na trawie. W Wiedniu, podobnie zresztą jak w większości cywilizowanych miast, nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby wbijać w murawę tabliczkę z napisem „Nie deptać trawnika”, wszechobecnych w naszym pięknym kraju. Może dlatego jesteśmy tak smutnym narodem? Nawet krótki odpoczynek na świeżej trawie potrafi bowiem skutecznie naładować akumulatory i poprawić nastrój.

Szczyt „chilloutowości” osiągniemy, sącząc w tym czasie winko lub piwko, co w Wiedniu nie jest niczym nadzwyczajnym, ponieważ tutaj nie obowiązuje zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych.

I dziwnym trafem nie ziszczają się mroczne wizje polskich polityków sprzeciwiających się liberalizacji naszych średniowiecznych przepisów w tej dziedzinie, którzy przekonują, że zezwolenie rodakom na wypicie piwa na parkowej ławce zamieni sielską krainę między Bugiem a Odrą w Dziki Zachód.

W Wiedniu generalnie można odnieść trochę szokujące dla Polaka wrażenie, że urzędnicy i rozmaite służby istnieją to, żeby uprzyjemniać, a nie uprzykrzać życie miejscowym obywatelom, imigrantom czy turystom. Tutaj nawet policyjny radiowóz uprzejmie przepuszcza pieszego, który przełazi przez ulicę na czerwonym świetle czy w niedozwolonym miejscu. Oczywiście, jeśli nie zagraża sobie albo innym użytkownikom drogi. Zaskakujące, ale z moich obserwacji wynika, że ten system sprawdza się całkiem nieźle.

Na zakończenie miałem napisać parę zdań o zabytkach Wiednia, ale właśnie uznałem, że nie ma to większego sensu. W sieci bez trudu znajdziecie mnóstwo wirtualnych przewodników po tym pięknym mieście, z dokładnymi opisami poszczególnych atrakcji, których tutaj nie brakuje. Austriacka stolica potrafi wszak zachwycić nawet najbardziej wybrednego miłośnika estetycznych doznań. Co chwila natykamy się na przepiękne kamienice, pałace, kościoły i pomniki. Ich wyliczanka trwałaby bardzo długo i pewnie poczulibyście się znużeni, a najlepiej po prostu zobaczyć to na własne oczy.

Wiedeń to także raj dla podniebienia. Wielbiciele słodyczy mogą posiedzieć w uroczych kawiarenkach serwujących prawdziwe rarytasy, ze słynnym tortem Sachera na czele (który – moim skromnym zdaniem – jest mocno przereklamowany). Fani dobrych trunków zaszywają się w lokalnych piwiarniach i winiarniach oferujących setki gatunków przeróżnych napojów wyskokowych. Wiedeń jest miastem multikulturowym, dlatego każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Podczas ostatniego pobytu trafiłem do australijskiego pubu, gdzie nie tylko przetestowałem rozmaite piwa z antypodów, ale także skosztowałem tamtejszej przekąski w postaci smażonej w głębokim tłuszczu… szarańczy.

Gdy już zaliczycie obowiązkowe punkty turystycznego programu: katedrę św. Szczepana i  Stephansplatz, Hofburg, Belweder, Schönbrunn, Operę Wiedeńską czy Prater, warto poimprowizować i odkryć miasto od trochę mniej znanej strony.

Najlepiej po prostu wsiąść do metra lub innego środka transportu publicznego (a ten jest w Wiedniu zorganizowany perfekcyjnie, polecam zakup 24-, 48- lub 72-godzinnego biletu sieciowego obowiązującego we wszystkich linach autobusowych, tramwajowych i metra), przejechać parę przystanków i wysiąść w dowolnym miejscu. Z dużym prawdopodobieństwem odkryjemy wówczas coś ciekawego.

W moim przypadku była to spalarnia śmieci w dzielnicy Spittelau zaprojektowana przez szalonego artystę Friedricha Hundertwassera. Tego typu obiekty kojarzą się zwykle ze smutnymi, szarymi i śmierdzącymi bryłami. Tymczasem wiedeńska spalarnia zachwyca kolorowymi fasadami, drzewkami i krzakami rosnącymi na dachu, a przede wszystkim błękitnym kominem przypominającym minaret, z charakterystyczną złotą kulą. Jeśli lubicie taką odjechaną architekturę, musicie koniecznie zobaczyć inne wiedeńskie dzieło Hundertwassera, czyli słynny Hundertwasserhaus, kolorowy budynek stojący na rogu ulic Kegelgasse i Löwengasse, z nierównymi podłogami i ścianami oraz drzewkami wyrastającymi z niektórych okien.

O Wiedniu można by pisać jeszcze długo, ale jednak w tym miejscu skończę i oddam miejsce zdjęciom, które – mam przynajmniej taką nadzieję – ukażą piękno i niezwykłość tego miasta.

Rafał

 

 

6

  • agnesssja

    Ostatnie zdjęcie-piękne 🙂

    agnesssja.blogspot.com

  • Nie zgadzam się, że wszystkie nasze miasta są „be i fe”, ostatnio byłam w
    Gdańsku i mój zachwyt nad wypieszczonymi kamieniczkami i czystymi
    uliczkami był ogromny. Polecam też miasteczka zdrojowo-turystyczne,
    można się pozytywnie zdziwić:)