Tymi książkami żyłam w 2018 roku

Przede wszystkim polscy autorzy, ale też poczciwy Stephen King, zagraniczni debiutanci i pretendowana do literackiego Nobla Margaret Atwood. To ich książki w 2018 roku liczyły się dla mnie najbardziej.

Ubiegły rok był dla mnie, jako pisarki, bardzo ważny. Opublikowałam trzecią powieść – „Wściekłe”, ale oprócz tego czytałam tak dużo, jak tylko się dało. Pewnie dałoby się więcej, gdyby nie drobny szczegół: w maju urodziłam drugiego synka, a mój starszak z każdym dniem stawał się coraz bardziej żywiołowy i domagał się matczynej uwagi. Mimo to – głównie za sprawą podarowanego przez męża czytnika – udało mi się przeczytać całkiem sporo książek, głównie podczas karmienia ;-). Poniżej najważniejsze tytuły mijającego roku.

„Pokochała Toma Gordona” Stephen King
Do przeczytania mającej przeszło 20 lat (!) powieści namówił mnie Rafał. Ta niedługa książka Stephena Kinga ukazała się również pod tytułem „Dziewczyna, która kochała Toma Gordona”. Rafał opowiadał mi o niej (o książce, nie dziewczynie 😉 już kiedyś. Wysłuchałam, zapomniałam. Ponieważ jednak od jakiegoś czasu pracuję nad powieścią o kobiecie samotnie wędrującej po lesie, pomyślałam, że warto Kinga przeczytać. Nie żałuję. Wujek Stevie niewątpliwie był w tamtym okresie u szczytu literackiej formy. Kapitalnie wczuł się w psychikę małoletniej dziewczynki postawionej w obliczu, lekko pisząc, dość nieciekawej sytuacji. Oto dziewięcioletnia Trisha, w czasie spaceru z mamą i bratem po lesie, chowa się za krzaczkiem, by zrobić siusiu, a gdy zza niego wychodzi, orientuje się, że mama i brat zniknęli, a ona jest sama jak palec w głuszy. Jest tutaj wszystko, z czego słynie Stephen King – groza, lęk przed potworami, ale też hart ducha i niezłomność, które King stawiał na piedestale od zawsze. Polecam.

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha
To był kapitalny rok dla Wichy – za tę powieść, a w zasadzie esej spłynął na niego deszcz nagród, m.in. Nike (nagroda jury i nagroda czytelników), Paszport Polityki oraz Nagroda Literacka im. Witolda Gombrowicza (notabene radomska). I choć początkowo coś nie grało – czytałam, ale mnie nie wciągało – w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że tutaj nie będzie gwałtownych zwrotów akcji czy efektownych cliffhangerów. Esej Wichy to opowieść pogrążonego w żałobie narratora (autora), który wspomina matkę, porządkując rzeczy, które po niej zostały. I choć Wicha pisze, że jego matka „była tak zwaną trudną osobą”, opowiada o niej z czułością i bez oceniania. Prostolinijne i bezpretensjonalnie „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” zaczarowały mnie.

„Hashtag” Remigiusz Mróz
Szalona opowieść, która nie da czytelnikowi ani chwili wytchnienia. Główna bohaterka, chorująca na otyłość Tessa, otrzymuje przesyłkę, choć niczego nie zamawiała. Daje to początek – jak u Mroza – lawinie wydarzeń, często kompletnie nieprawdopodobnych. W „Hashtagu” jest chyba wszystko: myśli greckich filozofów, tweety od zaginionych osób, krytyka kapitalizmu, zaburzenia osobowości, konstelacje gwiazd, łacińskie sentencje. Istny róg obfitości. To wszystko w zasadzie nie miało prawa trzymać się kupy, a jednak się trzyma – do tego stopnia, że książkę przeczytałam w kilka dni, co zdarza mi się raczej rzadko. A zakończenie, przyznaję, wprawiło mnie w osłupienie. Często o nim myślę.

„Mam na imię Lucy” Elizabeth Strout
W sposobie pisania autorki nagrodzonej Pulitzerem za „Olive Kitteridge” jest coś tak cudownie prostego i przejrzystego, a jednocześnie szczerego i ujmującego, że chylę czoła, zazdroszcząc talentu. Strout nie operuje górnolotnymi metaforami, jej fraza nie jest ani nowatorska ani unikatowa, a jednak powieść „Mam na imię Lucy” skradła moje serce. Książka to zapis konfrontacji pomiędzy przebywającą w szpitalu kobietą a odwiedzającą ją matką. Rozmawiają, wspominają bliskich, zaglądają do przeszłości. Czytelnik dowiaduje się, że główna bohaterka dorastała w trudnym domu, a mimo to jest daleka od jakichkolwiek ocen. „Mam na imię Lucy” to dla mnie kwintesencja literatury pięknej. I pięknej literatury.

„Opowieść podręcznej” Margaret Atwood
Powieść, którą kanadyjska autorka napisała 30 lat temu, ponownie święci triumfy za sprawą serialu emitowanego w Showmaxie. Ta szokująca dystopia o kobietach pozbawionych elementarnych praw nie tylko zaskakuje aktualnością, ale przede wszystkim zachwyca językiem. Może to śmiesznie o takiej autorce jak Atwood pisać, że jest dla mnie odkryciem, ale to prawda. Zachwycił mnie język tej powieści, zachwycił mnie pomysł, zachwyciło przesłanie. O „Opowieści podręcznej” mówi teraz cały świat. I niech mówi. A przede wszystkim niech czyta.

„Żywego ducha” Jerzy Pilch
Jerzego Pilcha cenię i szanuję. Zasłużenie uważany jest za jednego z najwybitniejszych żyjących (i nie tylko) polskich pisarzy. Pomysł na książkę ciekawy – oto na świecie zostaje ostatni człowiek i jest nim rzecz jasna narrator. Niestety, potencjał „Żywego ducha” zmarnowano. Nie można odmówić autorowi erudycji i, owszem, są tutaj zdania-perełki, jednak podstawowy problem z tym tytułem to brak wciągającej fabuły. Momentami miałam też wrażenie, że Jerzy Pilch po sobie powtarza i zaczyna zjadać własny ogon. Tak, to on jest ojcem takich określeń jak „w sensie ścisłym” czy „powiedzieć, że… to nic nie powiedzieć”. Nie należy tego jednak upychać na siłę w każdej swojej następnej powieści. Zatem „Żywego ducha” jako pozycja dla koneserów plastycznego języka – tak. Dla całej reszty – niekoniecznie.

„Inni ludzie” Dorota Masłowska
Mówią, że to bodaj najlepsza książka w dorobku Masłowskiej. Powiedziała to chyba zresztą sama autorka. I choć to „Wojna polsko-ruska” już na zawsze zostanie najważniejszą powieścią autorki, „Inni ludzie” są świetni. Książka napisana jest językiem stylizowanym na rap. Z rymami w odpowiednich miejscach i wieloma przekleństwami, które momentami mi przeszkadzały. Ale nie w tym rzecz. Masłowska dostała od Bozi wielki talent do wnikliwej obserwacji ludzi i z tych obserwacji wyciągania kapitalnych wniosków. Te wnioski są zdumiewająco trafne, ale też bezlitosne. Język Masłowskiej wciąż jest świeży i melodyjny. Masłowska dokonuje wiwisekcji życia szarego Polaka, co może wkurzać, ale niepotrzebnie, bo „Inni ludzie” to powieść o nas wszystkich.

„Opowiadania bizarne” Olga Tokarczuk
Tokarczuk jest wielką pisarką, o czym świadczy przyznany jej w ubiegłym roku Booker (wow!). Ale jej opowiadania bizarne, czyli po prostu dziwaczne, to podobnie jak u Pilcha zmarnowany potencjał. Tematyka tych krótkich form jest, przyznaję, bardzo ciekawa, ale wynika z tego niewiele. W większości opowiadań zabrakło mi puenty, tego czegoś, co skradłoby moje serce i rozłożyło na łopatki. „Opowiadania bizarne” zebrały dobre recenzje, więc być może to ze mną, nie z autorką jest problem. Po pisarce takiej jak Tokarczuk mam jednak prawdo spodziewać się dużo więcej.

„A ja żem jej powiedziała” Katarzyna Nosowska
Wielki bestseller Katarzyny Nosowskiej przeczytałam z zainteresowaniem. Momentami mnie bawił, momentami zmuszał do myślenia, a momentami drażnił. Nosowska jest szczera, autentyczna, inteligentna i dowcipna – oto cechy deficytowe wśród współczesnych gwiazd. Jej felietony czyta się jednym tchem. Chwilami drażnił mnie jednak fakt, że autorka wypowiada się niczym demiurg, alfa i omega od wszystkiego. Z drugiej strony ratuje ten tytuł bez końca puszczane do czytelnika oko. Dobra lektura dla rozluźnienia.

„Nieodnaleziona” Remigiusz Mróz
Moje pierwsze spotkanie z Remigiuszem Mrozem okazało się zaskakująco udane. Nie mogłam się od tej książki oderwać. „Nieodnaleziona” to dobrze skonstruowana, przemyślana, dynamiczna powieść pełna, jak na Mroza przystało, zdumiewających zwrotów akcji i trudnych do rozwiązania zagadek. Niewykluczone, że autor podbije nią zagraniczne rynki, do czego zresztą się przymierza. Trzymam kciuki i kibicuję.

Największe rozczarowania:

„Ulga” Natalia Fiedorczuk
Po dobrych i ważnych, bo podnoszących temat depresji poporodowej „Jak pokochać centra handlowe” „Ulga” nie przyniosła ulgi. Przeciwnie – rozczarowała do bólu i zmęczyła. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tym razem autorka nie miała wiele ciekawego do powiedzenia.

„Elegia dla bidoków” J.D. Vance
Podobno najważniejsza książka o Ameryce ostatnich lat. Serio? Na pewno nudna jak flaki z olejem i nie najlepiej napisana. Nic specjalnego.

„Nikt nie idzie” Jakub Małecki
Moje pierwsze spotkanie z cenionym skądinąd Jakubem Małeckim nie należało do udanych. Powieść – jak wynika z opisów czytelników – to prawdziwy wyciskacz łez. Ja w tej książce nie znalazłam niestety niczego wyjątkowego i w przeciwieństwie do wielu w stylu autora się nie zakochałam.

„Legenda o samobójstwie” David Vann
Wiele dobrego słyszałam o tej powieści – powieści o samobójstwie, które miało miejsce z udziałem ojca autora – a jednak, mimo że temat ważny, czegoś mi tutaj zabrakło. Efektu „wow” nie było.

Ewa Podsiadły-Natorska

0