Tak, śpimy z dzieckiem!

Gdy ktoś pyta mnie, jak tam ze snem u mojego niespełna dwulatka, odpowiadam, że bardzo dobrze – przesypia praktycznie całe noce. Nie zawsze dodaję jednak, że jest w tym haczyk: śpimy razem.

Mam wrażenie, że dzieci dzielą się na te, które od początku śpią wzorowo i szybko przechodzą od 3–4 godzin ciągłego snu do 5–6, by błyskawicznie zacząć przesypiać całe noce, oraz na te, które budzą się bez przerwy i za nic nie chcą zrezygnować z tego nawyku.

W tej drugiej grupie częściej są dzieci karmione piersią niż butelką, choć absolutnie nie jest to regułą. Oraz dzieci, które potrzebę ssania zaspokajają sobie smoczkiem. Tymczasem te piersiowe, bezsmoczkowe i niebutelkowe urwisy lubią budzić się co 2–3 godziny. Albo co godzinę. Co piętnaście minut. Co dziesięć. Cóż, bywa i tak.

U nas nie było dramatu, ale Filipek nigdy nie był typem śpiocha, który odłożony zasypiał sam i budził się dopiero nad ranem. Od początku nocami jak w zegarku robił nam pobudkę co ok. 3 godziny. Karmiony był piersią i nie uznawał smoczka, to fakt. Niekoniecznie miał też ochotę na butelkę. Zresztą, spróbowałam kiedyś mleka modyfikowanego i prawdę powiedziawszy, wcale się nie dziwię.

Przez ponad 14 miesięcy nasze dziecko spało w swoim łóżeczku.

Nie chciałam współspania, bo nasłuchałam i naczytałam się straszliwych historii – o śmierci łóżeczkowej i o tym, jak to dzieci śpiące z rodzicami budzą się bez przerwy i nie uczą się samodzielności, nie wspominając już o tym, że współspanie ukatrupia małżeństwo. Wydawało mi się, że jeśli Filip będzie spał u siebie, to będzie spał po prostu lepiej. Bardzo się myliłam!

Być może sami zepsuliśmy sen naszego dziecka. Bo, że Filip budził się jako noworodek, to w porządku. Ale jako niedoświadczeni rodzice pewnie często „wymuszaliśmy” na nim sen. Lulanie, bujanie, kołysanie były u nas na porządku dziennym. Mieliśmy barierę psychologiczną, żeby po prostu go odłożyć i dać mu szansę zasnąć w samotności. Trudno się więc dziwić, że nie sypiał biedak najlepiej.

Gdy miał jakieś pół roku, zapisaliśmy się na internetowy kurs samodzielnego zasypiania. Wynieśliśmy z niego dużo dobrego – stałe pory drzemek, zaciemnienie pokoju i rytuały przed snem zrobiły swoje. Ale już sama nauka okazała się dla nas nie do przebrnięcia. Niby poczyniliśmy jakieś kroki, zmuszaliśmy syna do samodzielnego zasypiania, ale nigdy nie przeprowadziliśmy nauki do końca i szybko wróciliśmy do dawnych przyzwyczajeń. A już metody typu 3–5–7 nigdy do mnie nie przemawiały (dla niewtajemniczonych: gdy dziecko się budzi, za pierwszym razem czekasz 3 minuty i dopiero interweniujesz. Za drugim razem czekasz 5 minut, za trzecim 7. Tak, choć twoje dziecko w tym czasie wyje z rozpaczy, cierpliwie patrzysz na zegarek). Tak jak rady Tracy Hogg, według której dziecko zawsze powinno spać w jednym miejscu, czyli u siebie.

Z czasem Filip faktycznie zaczął spać lepiej, ale o samodzielnym zasypianiu czy przesypianiu nocy wciąż nie było mowy. Musiały być rączki i tulenie, noszenie. Przełom nastąpił, gdy miał ponad 14 miesięcy, a ja podjęłam definitywną decyzję, że kończę z karmieniem. Głównym powodem był właśnie fakt, że budził się z przyzwyczajenia – i to coraz wcześniej. Trzeba go było w nocy tulić i nosić, bo wciąż miał stałe nocne pory pobudek. Którejś nocy, gdy popłakiwał, a Rafał próbował go pocieszyć, powiedziałam: „Dobra, daj go tutaj”.

Rafał położył Filipka obok mnie, a ten zasnął w sekundę.

Nie przespał nocy, ale wystarczyło go przytulić albo poklepać, żeby zasnął odpłynął. I tak już zostało. Mały wylądował między nami, a potem od ściany. Pierwszą noc w całości (20–7) przespał na wakacjach, mając jakieś 17 miesięcy. Trochę się naczekaliśmy! Śpimy razem do dziś. Przed snem (czy to na drzemkę, czy to na noc) kładziemy się na łóżku, czytamy książeczki (oto prawdziwa obsesja naszego syna – bywa, że mam dość, zwłaszcza że mogę te wszystkie czytanki recytować z pamięci, a czasem oczy mi się kleją, ale mały nie odpuści), chwilę gadamy albo nie, wspominamy dzień albo nie, tulimy się albo nie i dziecko zasypia. Spokojnie, w ciszy i radości, bez płaczu.

Współspanie okazało się w naszym przypadku rozwiązaniem wszystkich problemów. Kursowałam między łóżkami przez ponad 14 miesięcy. Dziękuję, postoję. Teraz nie muszę wstawać w nocy – wystarczy, że dotknę synka albo powiem mu, żeby spał, a on śpi dalej. Gdy słucham opowieści koleżanek, które w nocy po kilka razy wyskakują ze swoich łóżek do dziecka albo dzieci, to podziwiam je i im współczuję. Mój limit na nocne wędrówki się wyczerpał. No jasne, że wolałabym, aby mój syn zasypiał zupełnie sam w 5 minut i spał od 20 do 9 bez jednego mruknięcia. Tak być może byłoby w idealnym świecie, ale idealny świat niestety nie istnieje.

Wspólne spanie, co ciekawe, bardzo przypadło do gustu Rafałowi.

Cieszy się, że nie muszę budzić się w nocy, a dobrze wie, jaka jestem okropna, gdy się nie wyśpię. Poza tym, jak sam przyznał, nocne popłakiwania Filipa i moje do niego wędrówki sprawiały, że sam miał poszarpany sen. Teraz ten problem nie istnieje. W nocy jest błoga cisza i spokój. Chyba że Filipek zacznie chrapać, co potrafi nas nieźle rozśmieszyć. Ja wiem, że Rafał po prostu lubi, gdy śpimy wszyscy we troje. Kiedy czasem sugeruję, że może już czas wyeksmitować Filipa do jego łóżeczka, Rafał do tej koncepcji nie podchodzi z euforią.

W spaniu z Filipkiem odkryliśmy też jeszcze jeden urok: bliskość z dzieckiem, od której można się uzależnić. Mały szuka mnie przez sen, łapie za rękę, za twarz. Aż żal nie przytulić tego maleńkiego ciałka!

Niektórzy czasem się dziwią: Ale wysypiacie się? Filip na ciebie nie wchodzi? Nie spadacie z łóżka? Tak. Nie. Nie! Wszystko jest pod kontrolą, choć wiem, że niektórzy rodzice nie lubią spać ze swoimi dziećmi, a niektóre dzieci nie lubią spać ze swoimi rodzicami. Szczególnie spanie z noworodkiem wymaga ogromnej uwagi i odwagi ze strony rodziców. Nie mówię również, że nauka samodzielnego zasypiania jest zła. Absolutnie. Wręcz żałuję, że sama nie mam tyle samozaparcia, by przeprowadzić ją od A do Z. Ostatecznie myślę sobie jednak, że syn nie będzie spał z nami do osiemnastki i przyjdzie taki moment (pewnie szybciej, niż mi się wydaje!), gdy zamknie się w swoim pokoju bez „dobranoc”, a nam zostaną tylko wspomnienia.

Ewa

7