Szatański fidget spinner, czyli diabeł tkwi w zabawkach

Ofensywa księcia piekieł na branżę rozrywkową trwa w najlepsze. Diabelska drużyna, w której grają już pokemony, figurki Lego, Harry Potter, Hello Kitty i My Little Pony wzbogaciła się właśnie w nową broń…

„Ludzie zazwyczaj nie wiedzą, czego chcą do momentu, kiedy im tego nie pokażesz” – stwierdził kiedyś genialny wizjoner Steve Jobs i ten cytat współtwórcy firmy Apple jest niezwykle celnym mottem dzisiejszego świata i czasów, w których ktoś bez przerwy kreuje nasze potrzeby, by następnie na nie z rozmachem zareagować. Co chwila na rynku pojawiają się produkty szybko stające się przedmiotem powszechnego pożądania, szczególnie wśród młodych ludzi, choć znam też wielu facetów w moim wieku, którzy daliby się pokroić za nowy model iPhone’a czy chociażby Samsunga Galaxy, już o dronach oraz innych tego typu zabawkach nie wspominając.

Najbardziej podatne na konsumpcyjną propagandę są jednak dzieciaki, na które czyha najwięcej pokus.

Ostatnio stał się nią niepozorny gadżet złożony z łożyska oraz skrzydełek wykorzystujący efekt żyroskopowy i wprawiony w ruch efektownie wirujący na dłoni. Cały świat zakochał się w fidget spinnerze, choć zabawka wcale nie jest żadną nowością; amerykańska inżynier Catherine Hettinger opatentowała wynalazek już w 1993 r. Hitem okazała się dopiero 24 lata później, gdy opisał ją magazyn „Forbes”, przypominając, że początkowo miała przede wszystkim pomagać w polepszeniu koncentracji oraz redukowaniu lęków i niepokoju u dzieci z ADHD i autyzmem.

Choć terapeutycznych właściwości fidget spinnera nigdy nie udowodniono, wystarczyło uruchomić marketingowo-promocyjną machinę, by fidget spinner zyskał miano kolejnego globalnego „must-have”, o czym przekonałem się kilka dni temu, robiąc zakupy na osiedlowym bazarku. Największa kolejka ustawiła się do gościa, który między straganami z kapustą i truskawkami handlował wirującą zabawką.

Gadżet budzi jednak kontrowersje. Nie tylko dlatego, że z całego świata napływają doniesienia o nieprzyjemnych zdarzeniach z udziałem fidget spinnera – jakiś maluch połknął jego element, inny omal nie stracił wzroku, kręcąc jak oszalały skrzydełkami, a jeszcze kolejny wpadł pod samochód, bo był tak skoncentrowany na testowaniu nowej sztuczki z udziałem zabawki.

Ale nie to budzi największy niepokój. Znacznie bardziej przerażające okazało się odkrycie, kto tak naprawdę stoi za pozornie niewinną popierdółką. Fidget spinnera zdemaskował Mały Dziennik – internetowy serwis firmowany przez najbardziej katolickie małżeństwo w naszym kraju, czyli Małgorzatę i Tomasza Terlikowskich, przy których nawet papież Franciszek czuje się zapewne człowiekiem małej wiary.

I to właśnie dociekliwości autorów tej strony zawdzięczamy ujawnienie prawdy o przebrzydłym amerykańskim gadżecie, który okazał się po prostu narzędziem… szatana. Co??? – zapyta pewnie w tym momencie przerażony rodzic, jeszcze niedawno szczęśliwy, że sprezentował dziecku wymarzoną zabawkę.

Otóż twórcy Małego Dziennika dostrzegli podczas wirowania skrzydełek liczbę 666, utożsamianą zwykle z Antychrystem. „(…) Musicie być świadomi – szatan indoktrynuje dzieci za pomocą tych zabawek” – alarmują Terlikowscy.

Czujecie grozę? Ja na pewno, choć trochę uspakaja mnie fakt, że mój synek jest jeszcze zbyt mały, by wkręcić się w szaleństwo z fidget spinnerem. Na razie do pełni szczęścia wystarczy mu zabawa własną stopą, ewentualnie pilotem od telewizora, co w sumie też powinno budzić mój niepokój, bo przez przypadek (a może zgodnie z diabelskim planem) może włączyć przecież jakiś odcinek przygód Harry’ego Pottera, którymi nieustannie bombardują widzów rodzimi nadawcy. A chyba wiecie, co symbolizuje piorun na czole młodego czarodzieja, jak się okazuje sympatycznego tylko z pozoru?

Nieprzypadkowo przecież cykl, który przyniósł sławę i fortunę J.K. Rowling, jest przez wielu księży uznawany za promocję satanizmu, a nawet jeszcze gorszych rzeczy. „Pamiętam osobę, która pewnie sama była zdziwiona, dlaczego kropla wody święconej, jaka spadła na nią z kropidła – gdy rozpoczął się obrzęd egzorcyzmu – okazała się tak ciężka, że niemal wgniotła ją do wnętrza dużego, solidnego fotela, na którym akurat siedziała. Oprócz z pewnością niesatysfakcjonujących relacji w jej rodzinie, nie potrafię do dziś wskazać innej przyczyny jej przykrych dręczeń niż lektura wszystkich tomów Harry’ego Pottera” – zakomunikował w rozmowie z magazynem „Egzorcysta” ks. dr Wiesław Jankowski.

Przed czarodziejem walczącym ze straszliwym Lordem Voldemortem (to wersja oficjalna, bo podprogowy, diabelski przekaz jest zgoła odmienny i to w Potterze czai się prawdziwe zło, infekujące niewinnych młodocianych czytelników) ostrzegał już kilka lat temu charyzmatyczny kaznodzieja, ks. Piotr Natanek, który – jak sam twierdzi – telefonicznie komunikuje się z Panem Bogiem i ma „gorącą linię” z niebiosami.

Widzowie jego internetowej telewizji ChristusVincit TV mogli zresztą dowiedzieć się, że szatańskim narzędziem jest nie tylko Harry Potter, ale również cykl „Gwiezdne wojny” czy historie o pokemonach.

Te ostatnie stworzenia to faktycznie prawdziwe demony, wszak ich nazwa pochodzi od określenia „kieszonkowe potwory”. „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci – również nasz największy wróg – szatan bardzo dobrze zna tę prawdę, dlatego też już najmłodszym wtacza on w serca najprzeróżniejsze wady i grzechy. Tak jak niegdyś chłopcy, bawiąc się w żołnierzy i rycerzy, uczyli się męstwa, bohaterstwa i obrony najsłabszych; zaś dziewczynki, pielęgnując lalki, przygotowywały się do ofiarności i poświęcenia w przyszłych rolach żon i matek, tak dziś Barbie ukazuje pychę, próżność i kult ciała, zaś Harry Potter i pokemony uczą magii, reinkarnacji i sadyzmu. Rodzice, którzy naprawdę kochają swoje dzieci, nie mogą pozwalać na to, aby bawiły się one w pokemony, narażając w ten sposób swoje życie doczesne oraz wieczne…” – wzywa tygodnik „Niedziela” w artykule pod znamiennym tytułem „Pokemony wciąż atakują”.

Jeszcze wam mało przykładów ingerencji diabelskich sił w świat dziecięcych zabaw? To co powiecie na fakt, że Hello Kitty, czyli słodka kotka z czerwoną kokardą, to tak naprawdę wróg religii i symbol szatana? Przynajmniej tak przekonuje w kazaniach proboszcz jednej z gdańskich parafii. Z jego informacji wynika, że maskotkę stworzył ojciec dziewczynki z Hiszpanii, która umierała na raka i jedynym ratunkiem było zawarcie paktu z diabłem. W zamian za uratowanie dziecka Lucyfer zażądał ponoć wymyślenia symbolu czczonego na całym świecie. Wprawdzie nie bardzo wiem, jak ma się to do faktu, że Hello Kitty tak naprawdę narodziła się w Japonii, ale „hell” w nazwie zakrawa na iście szatańską złośliwość. Acha, i w dodatku nie ma ust, co przecież jednoznacznie symbolizuje milczącą aprobatę dla oddania maluchów w szpony demona.

Nie mniej zdradzieccy są bohaterowie serialu „My Little Pony”, w którym aż gęsto od wątków okultystycznych, z czego pewnie nawet nie zdawaliście sobie sprawy.

Na szczęście możemy liczyć na dzielnych egzorcystów, takich jak ks. Marek Wasąg, nauczyciel religii w Myczkowie, tłumaczący: „Oglądając bajki, w tym o kucyku Pony, dziecko wchodzi w świat fikcji jak w świat realny. To otworzenie furtki w swoim sercu komuś, kogo oznacza ta rzecz – a oznacza piekielnika. Strategia szatana jest taka: niszczyć pod pozorem niewinności”.

Czas wyznać to otwarcie, demon zawładnął światem zabawek. Jeszcze niedawno snułem plany, że niedługo będę tworzył z Filipkiem imponujące konstrukcje z klocków Lego, które w czasach młodości stanowiły marzenie każdego chłopaka z mojego pokolenia, zazwyczaj nieosiągalne, ponieważ duńskie zestawy można było kupić tylko w Pewexie, za ciężkie dolary. Dziś są dostępne na każdym kroku, ale co z tego, skoro w ich upowszechnieniu najwyraźniej maczali brudne paluchy wysłannicy piekieł? Jak bowiem twierdzi katolicki specjalista od zagrożeń w popkulturze, ks. Sławomir Kostrzewa, najnowsze serie klocków Lego „budzą niepokój, dominują w nich nekroestetyka, ciemność, odwołania do świata śmierci, pojawiają się postaci rodem z horrorów i filmów grozy”. „Takie zabawki niszczą dusze dzieci, sprawiają, że odpływają one w stronę ciemności” – przekonuje kapłan.

Co zatem robić, by skierować syna na jasną stronę mocy? Postanowiłem własnoręcznie wyciosać Filipkowi zabawkę z kawałka rodzimego, prapolskiego drzewa. I wtedy dostrzegłem, że słoje na przekroju ewidentnie układają się w rogatą postać, w dodatku odrażająco uśmiechniętą. Chyba nie ma już dla nas ratunku…

Rafał

fot. Pixabay

4
  • Pozostaje zrobić dziecku samolot z dwóch deseczek – jak bum cyk cyk przypomina krzyż 😉

    • ale czy to nie zakrawa na naigrywanie się z symboli religijnych??? 😛

      • Ja tam twierdzę, że nawet Jezus miał poczucie humoru. Jakby nie miał to by z apostołami nie wytrzymał!