Jak spełnić marzenia przy małym dziecku?

Macierzyństwo nie musi oznaczać porzucenia marzeń, choć ich realizacja staje się dużo trudniejsza.

Kwiecień w tym roku jest dla mnie wyjątkowy. Moje dziecko kończy rok. Skończyłam pisać książkę. Te wydarzenia tylko pozornie nie mają ze sobą związku. Kto mnie zna, wie, że nie mogę żyć bez rodziny. I bez pisania. Kiedyś najbliżsi byli mi mama, tata, siostra. Wciąż są, lecz teraz mam też swoją rodzinę – cudownego męża i cudownego synka, bez których nie wyobrażam sobie życia. To prawda, co mówią – dziecko zmienia wszystko. Tego, co było do tej pory, już nie ma. Jest nowe. Lepsze, gorsze? Nie ma sensu tego oceniać. Jest po prostu inaczej. Własne życie trzeba zdefiniować na nowo.

Rodzina daje mi siłę, lecz pisanie jest dla mnie równe ważne. Uwielbiam pisać, choć to czynność specyficzna, wywołująca we mnie skrajne stany emocjonalne, od euforii do depresji. Rzadko cierpię na niemoc twórczą. Czasem wręcz mi się wydaje, że powinnam dłużej zastanawiać się nad doborem słów. Ale jak tak nie potrafię. Piszę dużo, kompulsywnie, nałogowo. Zawodowo i hobbistycznie. W czasie poświęconym na pracę i w wolnym…

Sęk w tym, że gdy na świecie pojawił się Filip, coś takie jak „czas wolny” praktycznie zniknęło z mojego życia – przynajmniej w pierwszych miesiącach. Na początku byłam zbyt przejęta nową rolą i chyba zbyt zmęczona, by pisać, lecz ten początek był bardzo krótki, a pomysły na kolejne książki bez przerwy do mnie przychodziły. Gdy fabuła nowej powieści już mi się w głowie ułożyła i poczułam, że trzeba działać, Filipek był jeszcze bardzo malutki. Miał może ze trzy miesiące. A ja nie miałam żadnych goniących terminów czy umów wydawniczych, więc pisałam czysto hobbistycznie, dla siebie – w ramach tytułowego spełniania marzeń.

Teraz gdy na proces powstawania mojej ostatniej książki patrzę z perspektywy czasu, widzę, jakim było to szaleństwem.

Filipek nie jest dzieckiem, które przesypia noce. Od roku chodzę niewyspana! Na palcach jednej ręki mogę policzyć nocki, kiedy przespałam ciągiem cztery godziny. Wciąż karmię piersią i jest dokładnie tak, jak powiedziała mi koleżanka – jeśli się karmi piersią, to się nie śpi. Filipek nocami czasem daje nam nieźle popalić. Potrafi nie spać przez godzinę, np. od 3 do 4. Rady typu „Spróbuj dać mi mleka modyfikowanego albo trochę wody, to dłużej pośpi” w ogóle nie mają do niego zastosowania. Próbowałam, porażka.

A co w ciągu dnia? Są dwie babcie, ale one mają swoje życie, obowiązki i jedno zdrowie. Pomagają, gdy je o to poprosimy, tylko że my z Rafkiem jesteśmy tacy, że o tę pomoc zbyt często nie prosimy. Nie ma opcji, żeby w ciągu dnia siedzieć przed komputerem, gdy obok kręci się dziecko. Mały zaraz się wspina i chce, by wziąć go na ręce. Normalka. Poza tym trzeba zajmować się wychowywaniem: spacerami, zakupami, gotowaniem, praniem i prasowaniem, usypianiem dziecka na drzemki itp. A jeszcze chciałoby się czasem spotkać z koleżanką czy wyskoczyć do fryzjera.

Kiedy więc pisać? Wieczorami. Moja książka powstała w zasadzie tylko o tej porze dnia. A, i jeszcze w czasie niektórych drzemek Filipka – ta druga opcja miała miejsce znacznie rzadziej, bo podczas pierwszej (najdłuższej) drzemki małego zwykle nie wiem, w co włożyć ręce: pisać zaległy artykuł, prać, gotować, coś załatwić czy może odespać noc? Czasem stwierdzam, że mam wszystko gdzieś i muszę się położyć, a potem w ciągu dnia nadrabiam. Przez ostatni rok mnóstwo było dni, gdy myślałam „byle do wieczora”, a wieczorem nie miałam siły ruszyć palcem…

A jednak napisałam powieść. Na prawie trzysta stron. Powieść, z której jestem dumna i naprawdę zadowolona. Czeka mnie jeszcze redagowanie i poprawianie – mogę tutaj zacytować Katarzynę Bondę: „Tego nienawidzę, ale to już z górki”. To zupełnie inny rodzaj powieści niż „Błękitne Dziewczyny”, choć niezmienne jest to, że piszę dla kobiet i o kobietach.

Pisałam „Wściekłe” wieczorami, choć mój mąż wielokrotnie mówił: „Połóż się”. Dziwił się, że siedzę jeszcze przy komputerze, skoro Filip najtwardszy sen ma w pierwszej połowie nocy, mniej więcej do godziny 24, po której zaczyna następować seria pobudek… O 1, 3, 5… itd. Jasne, mogłam się położyć wcześniej. Czasem się kładłam. Czasem. Tłumacząc to tak:

„Jeśli nie będę pisać, to będę nieszczęśliwa. A ja wolę być niewyspana, ale szczęśliwa niż wyspana, ale nieszczęśliwa”.

I tutaj dochodzimy do odpowiedzi na pytanie, jak spełnić marzenia przy małym dziecku. Nie mam uniwersalnej rady dla wszystkich. Jako młoda matka wiem natomiast jedno – nie należy, nie wolno (!) porzucać marzeń, nawet jeśli ma się w domu niemowlaka. Bez marzeń i bez pasji można zgłupieć. Pisałam „Wściekłe” przez kilka dobrych miesięcy. Czasem tylko po stronie dziennie, bo brakowało sił, weny, pomysłu… A jednak powoli, w tempie wyznaczanym przez małego człowieka, brnęłam do przodu. Dziś mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć: jestem z siebie dumna. Dałam radę!

Oczywiście grzechem byłoby nie wspomnieć o kimś, bez kogo ta książka nigdy by nie powstała. Jestem wielką szczęściarą, że żyję z człowiekiem, który bezgranicznie we mnie wierzy. Który odciąża mnie w obowiązkach, mobilizuje, dopinguje, jest głosem rozsądku (choć nie zawsze go słucham). Bez Rafała nie dałabym rady! A gdy teraz o tym myślę, to przychodzi mi do głowy przewrotna myśl, że bez Filipa ta książka też mogłaby nie powstać. Być może ociągałabym się z pisaniem, pracowała na luzie… Przy małym dziecku luzu jak na lekarstwo: i może to jest właśnie klucz do sukcesu?

Napisałam powieść o kobiecie walczącej z systemem. O protagonistce, non-konformistce, buntowniczce, aktywistce, anarchistce. Podczas pracy nad książką zadawałam Rafałowi takie pytania, że oczy robiły mu się wielkie jak pięciozłotówki. Rafał jest zawsze moim pierwszym redaktorem – ciekawe, jakie będzie miał oczy podczas czytania pierwszej wersji…

Spełnianie marzeń przy małym dziecku jest ekstremalnym wyzwaniem. Kobiety odczuwają to szczególnie – gdy któraś postanowi zrobić coś dla siebie, musi liczyć się z tym, że usłyszy, że jest złą matką i egoistką. Kobieta nie może (przynajmniej zazwyczaj) po prostu zostawić niemowlęcia i spełniać marzeń. Chociażby z technicznego punktu widzenia: niemowlę bez matki, np. karmione piersią, by umarło. Bo jednak jest tak, jak powiedział niedawno Rafał, a z czym przez długi czas nie chciałam się zgodzić – że wbrew temu, o co walczą feministki, matka jest matką i nikt jej nie zastąpi.

Zgoda.

Ale matka jest też kobietą.

Która ma marzenia, potrzeby i pasje. Moim zdaniem rezygnacja z nich, nawet gdy w domu jest absorbujące niemowlę, to duży błąd. Gdybym nie pisała, to być może byłabym bardziej wyspana. I nic poza tym. Byłabym przede wszystkim nieszczęśliwa i miała poczucie utraty. Niczym tej pustki bym nie wypełniła. Bo miłość do dziecka, owszem, jest bezkresna, lecz na zmianie pieluszek i pchaniu wózka życie się nie kończy!

Ewa

fot. Unsplash

4

  • „Jeśli nie będę pisać, to będę nieszczęśliwa. A ja wolę być niewyspana, ale szczęśliwa niż wyspana, ale nieszczęśliwa” – niektórym jest trudno zrozumieć, że można zrezygnować ze snu po to, żeby pracować/pisać/rysować. Czasem ten sen naprawdę traci na ważności, gdy walczy się o coś większego 🙂 🙂

    Brawo Ewcia! Nie mogę się już doczekać tej książki 🙂

    • Ewa PN

      <3

  • Bardzo, bardzo dobry wpis. Trafiasz nim w sedno bycia matką: zaangażowaną, kochającą, oddaną, ale i posiadającą własne pasje i pomysły na siebie. Ostatnio nachodzą mnie podobne refleksje. Wcześniej szło wszystko z automatu, działałam, tworzyłam… bez zastanowienia. Cóż… z czasem tego pola manewru jest nieco mniej, bo i niemowlę rezygnuje z drzemek dziennych. I to jest dopiero wyzwanie – wówczas tworzysz wyłącznie nocami. Za dnia nie ma w zasadzie szans na zebranie myśli. Ten czas zyskamy dopiero za kilka lat 🙂 A wtedy znając życie zatęsknimy za tym obecnym kołowrotkiem. Pozdrawiam – literatko 🙂

    • Ewa PN

      A ja ciągle wierzę, że z czasem będzie coraz lepiej… Nie wyprowadzaj mnie, proszę, z tego błędu! 😉 Pozdrawiam serdecznie! Ewa

      • Wiesz… ja mam dwoje takich mikroludzików i to z małą różnicą wieku, więc mogę nie być do końca miarodajnym źródłem wiedzy 😉 Zresztą pewnie tylko moje Zaciechy siedzą nieustannie u mojej nogi, a inne dzieci są nieco bardziej wyemancypowane 😀 Pozdrawiam!

  • Annnathalie blog

    Gratuluję ukończenia powieści Powodzenia w dalszej realizacji celów. Trzymam kciuki!
    .

    • Ewa PN

      <3

  • Gratulacje! W takim razie już się nie mogę doczekać, aż książkę przeczytam. Kiedy ma pani zamiar wydawać? 🙂 szacuje pani już ten czas?

    Pozdrawiam!

    • Ewa PN

      Na razie książka jest w fazie redagowania, a jak mówią piszący, dopiero wtedy zaczyna się największa zabawa… 🙂

  • Pingback: Własna firma a wychowanie dziecka - macierzyństwo na freelansie()