Śmierć w Himalajach. Czy warto umierać dla pasji?

Polscy himalaiści znów przypomnieli światu, że nasza ułańska fantazja pozwala dokonywać w górach prawdziwych cudów. Jednak tragedia Tomasza Mackiewicza ponownie uczyniła też aktualnym pytanie, po jaką cholerę się tam pchają…

Ależ to były emocje! Nawet rozegrany kilka godzin wcześniej konkurs skoków w Zakopanem, w którym nasze orły zdeklasowały rywali, nie wywołał u mnie takiego rozgorączkowania jak śledzenie prowadzonej na żywo transmisji z wydarzeń rozgrywających się na zboczach potężnego himalajskiego masywu Nanga Parbat, dziewiątego co do wielkości szczytu świata.

Jego zdobycie było obsesją Tomasza „Czapkinsa” Mackiewicza, bez wątpienia niezwykłego faceta, który uzależnienie od heroiny zamienił na szaleńczą potrzebę wspinania się po najbardziej niedostępnych górach. Na Nanga Parbat bezskutecznie wchodził sześć razy. Za siódmym podejściem prawdopodobnie odniósł wymarzony sukces, stając na szczycie z Francuzką Élisabeth Revol. Jednak zmęczenie organizmu i załamanie pogody doprowadziły do dramatu. Polak zapadł na śnieżną ślepotę, wystąpiły też objawy choroby wysokościowej. Był w stanie agonalnym, gdy jego partnerka postanowiła samotnie rozpocząć zejście z góry. Z powodu odmrożeń okazało się to niemożliwe. Revol wysłała wiadomość z prośbą o ratunek.

Na pomoc ruszyli członkowie polskiej ekspedycji przygotowującej się do wejścia na K2, legendarny ośmiotysięcznik, który nigdy jeszcze nie został zdobyty zimą. To, co zrobili Adam Bielecki i Denis Urubko (Rosjanin z polskim paszportem) bez wątpienia przejdzie do historii światowego himalaizmu. Początkowo planowano, że dotarcie do Revol zajmie około szesnastu godzin, jednak oni dokonali tego w osiem, pokonując ponad 1000 metrów przewyższenia, w ciemności i temperaturze sięgającej minus 40 stopni. Udało im się bezpiecznie sprowadzić do bazy Francuzkę, na pomoc Mackiewiczowi zabrakło już sił oraz warunków – nad Nanga Parbat nadciągała burza śnieżna.

„Lodowi wojownicy”, „bohaterowie”, „herosi” – media z całego świata rozpływały się nad dzielnymi uczestnikami akcji ratunkowej.

Łyżkę dziegciu do beczki miodu dodała jednak Vanessa O’Brien, amerykańska zdobywczyni korony ziemi, która na Twitterze brutalnie oznajmiła: „Nie mogę uwierzyć, że nie poszli wyżej. Krew Tomka jest teraz na rękach wszystkich, którzy się cieszą z uratowania Revol”. Krzysztof Wielicki, szef ekspedycji na K2 przekonywał jednak, że nie było szansy na uratowanie Mackiewicza, a wspinanie się po jego zwłoki zagroziłoby życiu himalaistów.

Dla Adama Bieleckiego zarzuty nie są zresztą niczym nowym.

Pięć lat temu został negatywnym bohaterem dramatycznej historii zdobywania Broad Peaku, na szczycie którego stanął z Arturem Małkiem, Maciejem Berbeką i Tomaszem Kowalskim. Dwaj ostatni nie wrócili do bazy. Ciało Kowalskiego odnaleziono kilka miesięcy później i pochowano na zboczu góry. Po Berbece ślad zaginął.

W raporcie Polskiego Związku Alpinizmu zarzucono Bieleckiemu i Małkowi, że odłączyli się od kolegów i złamali zasadę mówiącą o utrzymywaniu kontaktu wzrokowego z członkami wyprawy. Jak podkreślano, rozdzielenie się zespołu mogło mieć destrukcyjny wpływ na samopoczucie tych, którzy schodzili na końcu stawki, spowodować u nich uczucie osamotnienia i braku nadziei na ewentualną pomoc. Bieleckiemu wytknięto także zejście z obozu, zanim akcja ratunkowa została całkowicie zakończona. On sam ubolewał, że zrobionego z niego „kozła ofiarnego”.

Nie mam wiedzy i śmiałości, by oceniać, jak było naprawdę, ale bez wątpienia swoim spektakularnym rajdem po Nanga Parbat Bielecki odkupił swoje ewentualne winy i udowodnił, że polski himalaizm to coś więcej niż tylko odhaczanie kolejnych zdobytych szczytów.

Jednak medialna euforia wywołana wyczynem naszych rodaków nie powinna przysłonić jego rzeczywistej przyczyny, czyli tragedii Mackiewicza i Revol, której finałem była śmierć „Czapkinsa”. W ten sposób trafił na liczącą blisko 60 nazwisk listę Polaków – ofiar Himalajów i Karakorum.

Otwierają ją Stefan Bernadzikiewicz i Adam Karpiński, którzy na kilka tygodni przed wybuchem II wojny światowej zginęli pod lawiną podczas wspinaczki na Tirsuli, ale prawdziwe śmiertelne żniwo przyniosły dopiero wyprawy z lat 70. W 1975 r. Marek Kęsicki, Bohdan Nowaczyk i Andrzej Sikorski zginęli, schodząc z Broad Peak Middle (był to pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty przez Polaków), a cztery lata później do domu nie wróciło trzech uczestników ekspedycji na Annapurnę Południową.

Mackiewicz nie jest pierwszą polską ofiarą Nanga Parbat. W 1985 r. zginął tam pod lawiną Piotr Kalmus. W tym samym roku na stoku Broad Peak utonęła Barbara Kozłowska, ze ściany prowadzącej na Lhotse oderwał się Rafał Chołda, a w trakcie wspinaczki na szczyt Ganesh zginęli Andrzej Kartman, Karol Sopicki, Bogusław Janczała i Krzysztof Przystał. W 1986 r. krwawą ofiarę przyjął szczyt K2 – śmierć na zboczach tej góry poniosło troje Polaków.

Tragiczny los stał się także udziałem także największych rodzimych gwiazd himalaizmu.

W 1989 r. w dwukilometrową przepaść spadł usiłujący pokonać niezdobytą południową ścianę Lhotse Jerzy Kukuczka, który jako drugi człowiek na Ziemi zameldował się na wszystkich głównych ośmiotysięcznikach. W 1992 r. z Kanczendzongą, drugą najwyższą górą Himalajów zmierzyła się Wanda Rutkiewicz (jako pierwsza Europejka stanęła na Mount Evereście i jako pierwsza kobieta na K2). Była wówczas chora i zmęczona, ale nie posłuchała partnera namawiającego Polkę do zejścia. Postanowiła przeczekać noc i rankiem kontynuować wejście. Nigdy nie wróciła do obozu, a jej ciała do dziś nie odnaleziono.

W latach 70. i 80. Polacy stanowili niekwestionowaną elitę światowego himalaizmu. W poszukiwaniu wolności rzucili wyzwanie innym wspinaczom i wyznaczyli nowe standardy w ekstremalnej dziedzinie, jaką jest zdobywanie wysokich szczytów zimą. W latach 80. wszystkie pierwsze wejścia zimowe na ośmiotysięczniki należały do Polaków, których ochrzczono wówczas mianem „lodowych wojowników”.

Mnóstwo tych wojowników poległo jednak w górach. „My Polacy byliśmy uznani za najaktywniejszą nację w tym sporcie, ale z perspektywy lat mam wątpliwość, czy rzeczywiście rozegraliśmy tę partię profesjonalnie, czy pewna granica wariactwa, wyścigów i konkurencji nie została przekroczona. Bo rachunek nam historia wystawiła bardzo wysoki i ta polska potęga himalajska się po prostu wzięła i zabiła w tych górach. Tak to trzeba nazwać” – przyznał szczerze w jednym z wywiadów Artur Hajzer, który niedługo później spadł w półkilometrową przepaść, wracając z wyprawy na Gaszerbrum I.

Czyhająca wokół śmierć nie zniechęca jednak kolejnych pokoleń śmiałków, którzy w pogoni za marzeniami zostawiają na wiele tygodni bliskich, by wspinać się tam, gdzie wykonanie jednego kroku wiąże się z niewyobrażalnym wysiłkiem.

Bez wahania przekraczają tak zwaną strefę śmierci, której granicę stanowi wysokość około 7800 metrów. Powyżej niej utrzymanie funkcji życiowych staje się nie lada wyzwaniem, komórki organizmu obumierają, niedobór tlenu wywołuje obrzęk płuc i mózgu, zaś potwornie silne promieniowanie UV powoduje ślepotę śnieżną oraz oparzenia słoneczne.

W tym momencie warto zadać pytanie: po co?

Nie potrafię znaleźć na nie odpowiedzi. Choć cenię ludzi z pasją, tej po prostu nie mogę zrozumieć.

Może dlatego, że nigdy specjalnie nie przepadałem za górskimi wędrówkami, już o wspinaniu się nie wspominając?

Może nie mam tak dużej potrzeby wyrzutów adrenaliny, bo w zupełności wystarczy mi jej zwiększona dawka podczas biegowych treningów?

Może nie nadaję się do wielotygodniowego siedzenia w namiocie (i słuchania bicia w jego ściany wiatrów – jak wspominał Kukuczka – doprowadzających do szaleństwa), mycia na mrozie, jedzenia wciąż tych samych wysokobiałkowych posiłków i oczekiwania, aż otworzy się okienko pogodowe, które da iluzoryczną szansę na zdobycie szczytu?

Może nie potrafiłbym się pogodzić z porażką, gdyby się to nie udało?

A może po prostu zbyt kocham swoje życie, by tak ewidentnie je narażać?

Mimo to podziwiam himalaistów. Także za to, że potrafią niekiedy ciekawie uzasadnić, dlaczego pchają się tam, gdzie natura ewidentnie ich nie chce.

Włoch Simone Moro, który dokonał pierwszego zimowego wejścia na Nanga Parbat, tłumaczy w jednym z wywiadów: „Żeby być dobrym człowiekiem i wspinaczem, trzeba zrozumieć siebie i pozwolić na odczuwanie różnych stanów. Ale jak możesz zrozumieć siebie, żyjąc w świecie, w którym wszystko jest zorganizowane i który we wszystkim cię wyręcza? Jeśli jest ci zimno, włączasz ogrzewania. Jeśli jest ci smutno, włączasz telewizor i oglądasz zabawny program. Czasami, żeby nauczyć się siebie, musisz być daleko od miejsca, w którym czujesz się bezpieczny. Przebywanie w takim miejscu daje ci możliwość zrozumienia tego, czego się boisz, z czego jesteś dumny i świadomość tego, co możesz zrobić, a czego nie”.

Wspinacze mają też dość specyficzne poglądy na kwestie ostateczne.

Wanda Rutkiewicz była świadkiem, jak jej ukochany mężczyzna – niemiecki himalaista Kurt Lyncke odpadł od ściany Broad Peak i spadł w 400-metrową przepaść. Wiele osób prawdopodobnie na dobre wyleczyłoby się wówczas z chęci wchodzenia na górę wyższą niż Gubałówka. Jednak jej nie powstrzymało to przed kolejnymi wyprawami. „Człowiek nie rezygnuje z takiej pasji jak wspinaczka nawet wtedy, gdy ma do czynienia ze śmiercią. Życie smakuje najlepiej, gdy można je stracić” – przekonywała.

Kukuczka twierdził, że nagrodą za wszelkie trudy była chwila, gdy do szczytu dzieliło go już tylko kilka kroków, kiedy wiedział, że już nic nie stanie mu na przeszkodzie i że zwyciężył. Nie górę czy pogodę, lecz przede wszystkim siebie, swoją słabość i swój strach. „Od śmierci w dolinach zachowaj nas, Panie” – to słowa modlitwy powtarzanej przez naszego najwybitniejszego himalaistę. Opatrzność go wysłuchała i zakładam, że umarł szczęśliwy.

Zazdroszczę, ale chyba jednak pozostanę na nizinach.

Rafał

Fot: Greg Rakozy (Unsplash)

10

  • Fajne spojrzenie na tą sprawę, o której jest tak głośno.