Jak się żyje z dwójką dzieci

To jest tekst o tym, jak dzieci weszły nam na głowę. To jest tekst o tym, jak wygląda wychowanie bezsmoczkowe. Ten tekst to samo życie.

Występują:
• Filipek – 2,5 roku.
• Krzyś – 6 miesięcy.
• Mama, czyli ja & tata, czyli Rafał.

Pobudka 6.36. To jak na nasze dzieci dość wcześnie – częściej budzimy się między 7 a 8. Młodszy Krzyś śpi po mojej prawicy, od ściany – zasypia w swoim łóżeczku (nie, żeby sam, skąd), a po pierwszej pobudce ląduje u nas, gdzie zostaje do rana, karmiony w nocy piersią sto milionów razy. Dzięki Bogu kupiliśmy w IKEI największe łóżko.

Filipek budzi się po mojej lewej stronie – między mną a Rafałem, którego dzisiaj nie ma, bo zerwał się 5.30, żeby iść pobiegać. Filipek jest więc mocno zdziwiony, szuka taty, denerwuje się, wiem już, że dłużej nie pośpi. Jakimś cudem udaje mi się ich przetrzymać w łóżku do 7 – w tym czasie Filipek tuli się do młodszego brata jak wariat. W końcu jednak znudzony biegnie do swojego pokoju, który jest dokładnie naprzeciwko naszego, i zaczyna się bawić. Ja leżę chwilę z Krzysiem, przez parę minut czytam książkę na czytniku (obecnie Nikt nie idzie Jakuba Małeckiego); wraca Rafał – zadowolony, że nie witamy go histerią, co zdarzało się nieraz. „Zawsze wracam z biegania z duszą na ramieniu, co zastanę po powrocie” – powiedział mi kiedyś.

Dziś nie jest źle. Ok. 7.30 lądujemy w kuchni. Filipek w swoim wysokim krzesełku, Krzyś na bujaczku. Przypominam sobie, by dać Krzysiowi lekarstwo na infekcję, która go ostatnio dopadła. Filip zaczyna mieć humory: „Krzyś nie, mama nie, ja tak, tata tak”. Ponieważ jest nie po jego myśli, uderza w płacz. Ale za chwilę się uspokaja – gdy między robieniem pasty z awokado, zagadywaniem do Krzysia, parzeniem herbaty i dokarmianiem Filusia, bo ostatnio nie chce jeść sam, czytam mu na głos książeczki.

Filip modli się nad jedzeniem, a w pewnym momencie przypomina sobie, że po śniadaniu zawsze ogląda bajki (nie popełniajcie tego błędu), więc zaczyna ryczeć: „Baję, chcę baję!”. Na nic zdają się tłumaczenia, że najpierw śniadanie, potem bajka, że za wcześnie itp. Ma być baja, a ponieważ daliśmy naszym dzieciom wejść sobie na głowę, idziemy włączyć mu bajkę (tzn. ja idę, na co słyszę: „Mama nie, tata”. Więc idzie tata).

Kończymy we względnym spokoju śniadanie. Ogarniamy bałagan, przypominamy sobie o lekach (mniej więcej o tej porze zaczynam się zastanawiać, czy na pół godziny przed śniadaniem wzięłam Euthyrox na niedoczynność tarczycy. Wzięłam. Chyba), podstawiamy Filipowi nocnik, ścielimy łóżka, wydreptujemy po mieszkaniu dziesiątki kilometrów. Cierpliwość jęczącego na leżaczku Krzysia zostaje wystawiona na ciężką próbę, więc lituję się nad nim i biorę go do mycia. Pamiętać o umyciu pierwszych ząbków, pamiętać o jego lekarstwach i witaminach, pamiętać o obcięciu paznokci, pamiętać o wymasowaniu problematycznego kanalika łzowego. Bawimy się przez chwilę na przewijaku, nosimy się po mieszkaniu. Rafał w tym czasie jest już przy komputerze, gdzie zasuwa, bo koniec miesiąca.

Ok. 9 Krzyś robi się śpiący – oczywiście nie nauczyłam moich dzieci samodzielnego zasypiania, miękka jestem jak plastelina, więc muszę się z nim położyć i Krzyś będzie leżał przy piersi, aż zaśnie. Przy szumisiu, któremu szwankują baterie i co chwila się wyłącza. W ciągu 10–15 minut młody zasypia, co nie jest złym wynikiem. Wychodzę, biorę się za Filipka – mycie (z bonusem w postaci jego pojękiwania, bo akurat się bawił i wściekły jest, że go odciągam od zabawek), przebieranie się, szykowanie do wyjścia.

Krzyś pewnie niebawem się obudzi, więc w ekspresowym tempie szykuję siebie: pierwsze lepsze spodnie (kiedy ostatni raz byłam na zakupach? W sensie, że kupiłam coś sobie, a nie dzieciom?), bluzka, która się nie gniecie (prawdziwy cud w szafie matki), makijaż robiony w 5 minut, układanie włosów – chwała Bogu za keratynę, dzięki której względnie wyglądam jak człowiek. Rafał dalej zasuwa. W końcu budzi się Krzyś (całe 30 minut drzemki!), ubieram go – zaczyna marudzić. Nadchodzi najgorsza pora roku, te wszystkie swetry, kurtki, czapki, kominy, szaliki, oszaleć można. Przypominam sobie, że go nie nakarmiłam, więc karmię. Filip się już niecierpliwi, chce wyjść.

Plan mam ambitny: biorę kluczyki, bo chcę zabrać dzieci do galerii, gdzie mamy swój utarty szlak – kącik zabaw, gdzie przy dobrych wiatrach spędzamy nawet do godziny, sklep z zabawkami, kawiarenka. Dwie godziny z głowy. Wcześniej planuję wpaść jeszcze z dziećmi na targ, po chleb i na parking po samochód, po czym w drogę.

Żegnamy się z tatą, wychodzimy. Lewą ręką pcham wózek, prawą ściskam dłoń Filipka. Pogoda jest dziwaczna – ok. 20 stopni (!) i ostry wiatr, szaleństwo jak na końcówkę października. Zastanawiam się, czy nie ubrałam dzieci za ciepło. Filip zaciąga mnie na plac zabaw, gdzie świetnie się bawi przez jakieś 20 minut. W końcu idziemy na targ. Po drodze mijamy stoisko z zabawkami i Filipek odmawia współpracy – stoi i bawi się samochodzikami, chce to, chce tamto, jęczy, próbuje wszystko wymuszać płaczem. Stoimy tak we trójkę z dobrych kilkanaście minut. W pewnym momencie nie wytrzymuję, biorę Filipa na ręce, drugą ręką pcham wózek i idziemy kupić warzywa.

Wracamy tą samą drogą, więc wiadomo, co się dzieje – znowu zabawki i znowu obowiązkowy postój. Tłumaczę, że nie mam pieniędzy itp. Ale co to obchodzi dwuipółlatka, który wypatrzył sobie helikopterek? W tym czasie cichutki dotąd Krzyś postanawia o sobie przypomnieć. Zaczyna jęczeć, macham mu przed nosem grzechotką, ale nic to nie daje. Muszę go wyciągnąć. Filip ani myśli się ruszyć. Pytam w końcu, ile kosztuje ten helikopter. 35 zł. Dam 30. Chłopak nie wie, czy się zgodzić, bo szefa chwilowo nie ma, będzie za moment. Zatem czekamy, cała już jestem spocona, a od dźwigania wijącego się dziewięciokilogramowego (!) dziecka plecy bolą mnie jak diabli.

Przychodzi szef, zgadza się na moją propozycję, dorzuca baterie (aha, czyli to zabawka grająca, okej). Filipek jest uszczęśliwiony, Krzyś daje się odłożyć do wózka, idziemy do hali po chleb. Niestety, za chwilę rozpętuje się piekło. Krzyś urządza koncert stulecia. Zatrzymujemy się przy ławce, rozpinam Filipa, rozpinam Krzysia, wyciągam młodego z wózka. Próbuję dać pierś, co przy tylu warstwach odzieży okazuje się niemałym wyzwaniem. A skąd, problem jest dużo poważniejszy, Krzychu nie chce pić, tylko wije się jak wąż na moich rękach. Dziękuję Bogu za helikopterek za 30 zł, dzięki któremu starszak przez jakiś czas jest jak do rany przyłóż.

Jesteśmy w hali sensacją. WSZYSCY się na nas, na mnie, gapią. Zatrzymują się, coś mówią, ale przez ryk Krzysia ich nie słyszę. Niektóre kobiety podchodzą do mnie. „Może trzeba go dokarmiać sztucznie?”. Wytłumaczcie mi, dlaczego dla tylu osób płacz dziecka równa się głód? „Nie, nie trzeba go dokarmiać sztucznie” – odpowiadam przez zaciśnięte zęby. Inne kobiety zagadują do Krzysia, robią zabawne miny i w sumie im za to dziękuję, bo młody na jakiś czas się wycisza. Ale gdy próbuję odłożyć go do wózka, znowu wrzeszczy, więc mam dość, zwłaszcza że Filip się nudzi i zaczyna mi uciekać. Dzwonię po Rafała. „Błagam, przyjdź”.

Chce mi się płakać, ale zagryzam zęby i powtarzam sobie w duchu, że muszę przetrwać. Po 10 minutach, które wydają się wiecznością, zjawia się Rafał. Chwała mu za te biegi! Idzie z Filipkiem po chleb, ja ukradkiem karmię Krzysia i młody się wreszcie wycisza. Przypominam sobie, że Filipek dawno nic nie jadł, więc gdy wraca, częstuję go bananem, pijemy wodę, idziemy całą ferajną do domu. Z galerii oczywiście nici, ale myślę sobie, że może uda mi się podskoczyć na pobliską stację benzynową i kupić najlepsze (autentycznie najlepsze) latte na wynos. Taka chwila relaksu tylko dla mnie. Kto ma dzieci, ten wie, jak drogocenna. Rafał zostaje z Filipkiem na placu zabaw, ja idę z Krzysiem po kawę. Na początku jest dobrze, ale po chwili wiatr tak mocno zawiewa mu w twarz, że zawracam. Bez kawy.

Nadchodzi pora usypiania Krzysia, więc znowu się z nim kładę i robię za smoczek. Gdy jaśnie pan wreszcie zasypia, siadam na 5 minut do komputera i sprawdzam pocztę – ponieważ moja najnowsza książka właśnie się drukuje, dogrywam z wydawcą niecierpiące zwłoki kwestie. Podgrzewam Filipkowi zupę. Rafał wraca do pracy. Sama próbuję coś zjeść. (Podobno) się odchudzam, więc chcę zrobić sobie koktajl, ale przypominam sobie, że nie ma mleka, więc jem owoce.

Kończę karmić Filipka (nie będzie jadł sam, trzeba mu czytać i wpychać łyżkę do buzi), budzi się Krzyś (jak zwykle po 30 minutach). Idę dolulać – oczywiście cycem. Przez parę minut robię za smoczek, mały śpi dalej. Wymykam się z sypialni, wracam do Filipa, który nie powiedział, że zrobił siusiu, więc trzeba go umyć i przebrać. Rafek dalej przy komputerze, zawzięcie stuka w klawiaturę. Idę się pobawić z Filipkiem w jego pokoju. Podsuwam mu mus owocowy na deser, bidon z wodą, chusteczkę higieniczną, bo ma katar. Budujemy z klocków remizę strażacką, bawimy się, jest miło. Proponuję mu drzemkę. „Nie chcę”. Proponuję, żebyśmy się poprzytulali na łóżku – chętnie się zgadza. Tulimy się, całujemy, zaczynam opowiadać zmyśloną bajkę. Filipek kładzie się na mnie, słucha, robi się coraz cięższy, nie komentuje. Po kwadransie orientuję się, że zasnął.

Alleluja!

Przykrywam go kocykiem, ale uświadamiam sobie, że nie ma pieluszki (zakładamy ją jeszcze do snu), więc wsuwam mu pod cztery litery podkład i modlę się, żeby się nie zasikał w spodnie. Zaglądam do Krzysia – śpi. Celebruję chwilę, robię pracującemu mężowi drugie śniadanie, ogarniam bałagan, siadam do komputera i zaczynam pracować. Stukam, stukam, stukam, mailuję, przypominam sobie o jakimś zaległym przelewie itp. Rafał musi wyjść, więc zostaję z maluchami sama. Dochodzi 15, idę obrać ziemniaki. Wstawiam obiad, zaglądam do Filipka – a jednak się zsiusiał, chyba nie myślałam, że będzie inaczej; cały jest mokry, więc budzę go, bo ma już katar, a nie chcę, żeby się przeziębił. Za chwilę budzi się Krzyś. Filipek po drzemce zawsze chce się przytulić, ale Krzyś marudzi, więc jest problem.

Młodemu włączam karuzelę nad łóżeczkiem, starszego tulę, po czym przebieram. Potem znowu przewijam młodszego, gadamy sobie we trójkę, idziemy na obiad. Zjadam w pośpiechu, pomagam zjeść leniwemu dwuipółlatkowi, jedną nogą bujam leżaczek z Krzysiem, czytam książeczki starszemu. Gdy w końcu zjada, życzy sobie kredek, więc mu je przynoszę i Filuś zaczyna kolorować, siedząc w wysokim krzesełku. To trzeci dzień rozszerzania diety Krzysia, więc daję mu cyca, a potem papkę z ugotowanego na parze ziemniaka, ale idzie to opornie. W międzyczasie do domu wraca Rafał, któremu odgrzewam obiad. Filipek bawi się helikopterem, który po włożeniu baterii świeci się niczym światła stroboskopu i wciąż wydaje z siebie tę samą, szaloną, monotonną melodyjkę, od której lasuje się mózg.

Od godziny 16 do 18 siedzimy w domu, bo pogoda nie sprzyja spacerom. Z Rafałem próbujemy pracować i opiekować się dziećmi. Filip znowu nie zdążył na nocnik, więc jest co robić. W misce czeka kolekcja jego zasiusianych ubranek, na krześle sterta do uprasowania, na sznurku suche ciuchy są jak wyrzut sumienia, że jeszcze nie zostały zdjęte. Podobnie jak moje paznokcie, których nie zdążyłam pomalować, prawie rozładowany telefon, nieodebrane połączenie od przyjaciółki, bałagan w pokoju Filipka, skotłaszone łóżko w naszej sypialni, syf w kuchni itp. Karmiąc Krzysia, wpada mi do głowy zdanie do mojej nowej powieści, które koniecznie muszę zapisać. Marzę o chwili, abym mogła popracować nad książką. Albo chociaż dokończyć artykuł. „Byle do wieczora” – myślę. „Byle do wieczora”.

W międzyczasie Krzyś marudzi, Filipek potyka się i uderza w płacz, znowu trzeba go przebrać, tak jak Krzysia. Ok. 17 – jest już ciemno – Rafał mówi, że napiłby się coli, a ja marzę o kawie. Moment zawahania. „Lecę do sklepu i na stację benzynową” – postanawia Rafał. W minutę się przebiera i już go nie ma.

Ja w tym czasie wkładam ziewającego Krzysia do wózka i zaczynam kołysać, ale wścieka się, bo nie lubi bujania, chyba że na spacerze, choć też nie zawsze. Filipek lata po mieszkaniu ze słuchawką od domofonu, wrzuca do nocnika papierki (wylałam siki czy nie wylałam?) i oczywiście skacze po łóżku, śmiejąc mi się w twarz, mając absolutnie w nosie moje: przestań, nie, stop, proszę cię, kochanie, zejdź, złaź, więcej nic ci nie kupię itp.

Wraca Rafał z kubkiem gorącej latte dla mnie, za co kocham go bezgranicznie. Przynosi też dla siebie colę i gorzką czekoladę bez cukru dla Filipka. Oraz zapomniane mleko i masło, a także mój ukochany słodki serek homogenizowany („z krową”, jak go nazywam), na widok którego świecą mi się oczy, ale zaraz, przecież się odchudzam. Na kolację planuję zrobić sobie sałatkę.

„Jak Krzyś uśnie, może obejrzymy nasz serial?” – pyta Rafał. „Oczywiście” – odpowiadam z przekonaniem, że tak właśnie będzie. Ale Krzyś nie daje się uśpić w wózku, więc lituję się nad nim, kładziemy się i przystawiam go do cyca. Znów robię za smoczek, tyle że o tej porze Krzyś nie zasypia już twardo, więc spędzam z nim jakieś 30 minut, a każda próba odłączenia go od piersi kończy się płaczem. Nie wytrzymuję i sama zaczynam płakać, klnąc pod nosem, na czym świat stoi.

O 17.45 mam dość. Wychodzę z dzieckiem przyssanym do piersi z pokoju ciemnego niczym jaskinia, z rozmazanym makijażem, co upodabnia mnie do muzyków z zespołu Tokio Hotel. Krzyś już nie śpi; śmieje się od ucha do ucha. Idziemy oglądać serial – we czwórkę. Miałam zrobić na deser owoce zapiekane w cieście, ale już nie zrobię. Filipek znowu zapomniał usiąść na nocniku.

Po 15 minutach seansu naszym dzieciom zaczyna się nudzić. Krzysiowi źle jest i na rękach, i na kocyku, i w bujaczku. Marudzi. Filipek włącza szalony helikopterek, więc nie słyszymy nic. Mówi, że jest śpiący. Chce kolację. Życzy sobie pomidora, więc przerywamy oglądanie. Rafał idzie naszykować mu jedzenie, wracamy do oglądania. Przystawiam Krzysia do piersi, potem się chwilę bawimy, lejemy dla Krzysia wodę do wanienki, a Filipek zaczyna histeryzować, że teraz to on chce się myć, więc w takich cudnych okolicznościach przyrody myjemy nasze młodsze dziecko, które notabene w kąpieli wygina się na wszystkie strony. Dziewięć kilo, przypomnijmy.

Szykuję Krzysia do snu; gdy leży golutki na przewijaku, orientuję się, że nie mam pod ręką czystej piżamki, więc owijam go w ręcznik i idziemy do łazienki, gdzie Rafał szykuje kąpiel Filipkowi. Zdejmuje mi suchego pajacyka ze sznurka. Część wysuszonych rzeczy leży niedbale na pralce, część ciągle czeka na zdjęcie. Jakaś skarpetka spadła na podłogę i leży na dywaniku, tuż przy otwartym opakowaniu nawilżanych chusteczek, zabawkowym dźwigu i samotnym kapciu Filipa.

Wracam do sypialni, podaję Krzysiowi leki, znowu masuję oczko, masuję też brzuszek, szczotkuję włosy, przeczyszczam nosek, nucę kołysanki itp. Filipek przybiega i ciągnie mnie do łazienki. Tłumaczę spokojnie, że nie mogę z nim iść – oczywiście reaguje płaczem. „Jeszcze troszkę” – wyjaśniam. „Jeszcze troszkę, a będziecie się kąpać razem. Przed snem będziemy leżeć razem na łóżku i czytać książeczki. Jeszcze troszkę”.

Zagryzam zęby, pocieszając się, że pół roku mam już za sobą. Jeszcze troszkę.

W na chwilę wkładam Krzysia do łóżeczka, żeby się sobą zajął, ogarniam bałagan wokół, w końcu żegnamy dzień, wygaszamy światła i kładziemy się do karmienia. Szumiś znowu szwankuje. Słyszę płacz Filipka, który po chwili przybiega wykąpany do sypialni, krzycząc: „Mama, mamusia!”. Zapraszam go do naszego łóżka, ale dzisiaj uparł się, żebym uśpiła go ja (i tylko ja) w jego łóżeczku. Wyjaśniam, że nie mogę, bo muszę nakarmić Krzysia, tak jak kiedyś karmiłam go, a jego łóżeczko jest za małe dla naszej trójki. Filip wyje, niemal rzuca się na podłogę, glut leje mu się do pasa.

Wzywam na pomoc Rafała, który zapieprza jak motorek, wylewając wodę z wanienki, ścierając podłogę, zbierając ciuchy, niewyrzucone chusteczki higieniczne itp. Trudno, musi zająć się Krzysiem, idę do Filipka. Kładziemy się z Filusiem w jego pokoju, czytamy bajeczkę. Z naszej sypialni dobiega histeria Krzysia, która z każdą minutą przybiera na sile. Serce mi pęka. Tłumaczę Filipkowi – spokojnie, choć w środku cała się gotuję – że tatuś dokończy mu bajeczkę, bo ja muszę iść do Krzysia. Zgadza się.

Idę ratować Krzysia i Rafała, kładę się z młodym na łóżku i znowu robię za smoczek. Włączam czytnik, zaczynam czytać, ale po chwili słyszę dreptanie i Filipek wpada do naszej sypialni. Rafał próbuje go zatrzymać, ale już nie walczę. „Chodź do nas” – mówię i przychodzi. Przytula Krzysia. Opowiadam im bajkę. Krzyś spokojnie i po cichutku zasypia przy cycu. Filipek chwilę po nim. Trzymamy się we trójkę za ręce. Gdy już śpią, patrzę na nich i myślę: „Takie małe bąki, a tyle krwi potrafią napsuć”.

To jest ten moment, gdy zalewa mnie bezgraniczna fala miłości, ale też zmęczenia, bo na dzień składa się szereg niewidocznych, a zabierających czas i energię czynności typu: niekończące się przewijanie, mycie rąk swoich i małych domowników, podcieranie nosów, zapieranie ubrań, odkurzanie, zmywanie podłogi, szykowanie jedzenia, zmywanie itp.

Chce mi się spać, ale przecież tyle czekałam na wieczór, że nie zamierzam teraz wymięknąć, choćbym miała sobie w oczy włożyć zapałki, a czego jestem bliska. Jednak nie chce mi się robić sałatki. Wybieram serek z krową – i tyle zostaje z diety. Dla picu dosypuję trochę ekspandowanego orkiszu bez cukru. Robię sobie herbatę, siadam przed komputerem, kończę pracę, odpisuję na maile, piszę książkę, choć o tej porze jestem już totalnie wypompowana z energii, a gdy dzwonię ok. 21–22 do rodziców, słyszę w słuchawce zdziwiony głos mamy: „Jeszcze nie śpisz?!”.

Dzień taki jak ten daje w kość! Ale i tak jest nie najgorszy, bo:

• Nie zasnęłam razem z dziećmi – wtedy budzę się wściekła np. ok. 22–23, w makijażu i ciuchach, i już wiem, że ani nie popiszę, ani nie poćwiczę. Oj, bardzo jestem wtedy zła, bardzo.
• Filip miał drzemkę!
• Krzyś też miał niezłe drzemki, a nie 3 x 20–30 minut.
• Nie robiłam prania (sterta ciuchów wychodzi już z kosza na brudy, więc wiadomo, co czeka mnie jutro).
• Miałam sporo gotowców na obiad, więc nie gotowałam od zera.
• Nie musiałam robić przelewów, wystawiać faktur i ogarniać wielu żmudnych spraw firmowych.
• Dzieci były WZGLĘDNIE zdrowe.
• Nie siedziałam do południa w podomce, nieumalowana i nieuczesana, co nie zdarza mi się znowu rzadko.
• Pogoda pozwoliła nam wyjść z domu.
• Nie urywał się mój telefon.

Życie z dwójką dzieci bywa ujmujące! A potem przychodzi następny dzień, kiedy pogoda jest bajeczna, więc idziemy na spacer i Krzyś zasypia w pięć minut, a Filipek bawi się radośnie na placu zabaw, potem nieśpiesznie wędrujemy po okolicy, kupujemy magazyn dla dzieci, grzejemy się w słońcu w ogródku McDonalda, gdzie piję kawę i jem croissanta, Krzyś odpoczywa w wózku, a Filipek przegląda gazetkę i zajada jogurt oraz banana, potem wracamy do domu, bawimy się, Krzyś śpi 2 godziny, Filuś odwiedza babcię, po południu urządzamy sobie Halloween z przymrużeniem oka – pieczemy „straszne” babeczki (Filipek wylizuje krem prosto z miski), zjadamy chrupki w kształcie nietoperza, a Krzyś drzemie w nosidle, z głową na mojej piersi. Filuś idzie spać po 19, Krzyś przed 20.

Tak mniej więcej teraz żyjemy. Wnioski? Właśnie uświadomiłam sobie dwie rzeczy:

Filipek rozstawia nas po kątach.

Nic nie da ci tylu emocji, co macierzyństwo.

Ewa

3