Samospalenie – bohaterstwo czy głupota?

Płonący przed Pałacem Kultury mężczyzna nie wstrząsnął sceną polityczną, choć chyba na to liczył. Rozpalił natomiast mnóstwo negatywnych emocji, od których i tak aż kipi nasze życie publiczne. Po co mu to było?

Jak relacjonowali świadkowie, 54-letni Piotr S. najpierw chodził po placu Defilad i wręczał przechodniom antyPiSowskie ulotki. Później odczytał przez megafon swój manifest, a następnie oblał się benzyną i podpalił. Z ustawionego przez niego na chodniku głośnika dobiegały dźwięki kultowego utworu Chłopców z Placu Broni: „Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”.

Niemal pół wieku wcześniej, 12 września 1968 r., o wolności krzyczał też Ryszard Siwiec, księgowy z Przemyśla, który postanowił w dramatyczny sposób zaprotestować przeciwko inwazji „bratnich” (w tym polskich) wojsk na Czechosłowację, marzącą wówczas o wyswobodzeniu się z komunistycznego jarzma. Mężczyzna podpalił się podczas ogólnokrajowych dożynek odbywających się na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, w obecności szefów partii, dyplomatów oraz blisko 100 tysięcy widzów. Zanim oblał się benzyną rozrzucił w tłumie ulotki z apelem: „Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka ludzkości, uczuć ludzkich, opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego, zwyczajnego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie, opamiętajcie się! Jeszcze nie jest za późno!”. Zmarł kilka dni później w szpitalu, po niewyobrażalnych cierpieniach spowodowanych spaleniem 85 proc. powierzchni ciała.

Kilka miesięcy później przed Muzeum Narodowym na praskim placu Wacława stanął w płomieniach student historii i ekonomii politycznej Jan Palach. „Ze względu na to, że nasze narody znalazły się na krawędzi beznadziei, zdecydowaliśmy się wyrazić swój protest i obudzić naród tej ziemi” – napisał młody Czech w liście pożegnalnym. Lekarzom nie udało się go uratować.

Zarówno Siwca, jak i Palacha prawdopodobnie zainspirowała historia buddyjskiego mnicha Thích Quảng Ðứca, który 11 czerwca 1963 r., w centrum Sajgonu oblał się benzyną i podpalił w proteście przeciwko dyktaturze i prześladowaniom wyznawców jego religii w Wietnamie Południowym.

Zajście obserwowało wiele osób, a wśród nich David Halberstram, znany dziennikarz „New York Timesa”, a także wybitny fotograf Malcolm W. Browne, który uwiecznił protest Thích Quảng Ðứca na kliszy, za co otrzymał prestiżową nagrodę World Press Photo. Trzydzieści lat później jego słynne zdjęcie płonącego mnicha trafiło na okładkę debiutanckiego albumu Rage Against the Machine i weszło do popkultury.

Jaki skutek odniosły tamte ogniste protesty? Choć w ślad za Thích Quảng Ðứcem samospalenia dokonało jeszcze kilku mnichów, wietnamski prezydent wcale się tym nie przejął, a nawet jeszcze bardziej wzmógł represje (niedługo później zginął jednak podczas przewrotu wojskowego). O akcji Siwca nikt nie miał szansy się dowiedzieć, ponieważ oficjalne media przemilczały incydent podczas dożynek, zaś bezpośrednim świadkom Służba Bezpieczeństwa wmówiła, iż mężczyzna był niezrównoważony psychicznie. Także poświęcenie Palacha przeszło niemal bez echa, mimo że jego pogrzeb przerodził się w antykomunistyczną manifestację.

Polaka i Czecha doceniono dopiero po upadku totalitarnych reżimów. Zostali pośmiertnie odznaczeni ważnymi państwowymi orderami, ich dramatyczne czyny upamiętniają dziś pomniki oraz obeliski, nazwisko Palacha nosi nawet asteroida odkryta przez czeskiego astronoma Luboša Kohoutka, a Siwca – most w Przemyślu i ulica w Pradze.

Czy mieszkaniec Niepołomic, który podpalił się przed Pałacem Kultury i Nauki też doczeka się takich hołdów? Szczerze wątpię. Mam graniczące z pewnością przeświadczenie, że świat szybko zapomni o tym desperackim czynie. Nie spodziewam się również, by szeroko kolportowane przez internautów postulaty mężczyzny doczekały się realizacji.

Piotr S. wyjaśnił w pożegnalnych listach, w ten dramatyczny sposób chciał zaprotestować przeciwko m.in.: ograniczaniu praw i swobód obywatelskich, łamaniu przez rządzących zasad demokracji, marginalizowaniu roli Polski na arenie międzynarodowej czy niszczeniu przyrody, z akcentem na wycinkę Puszczy Białowieskiej.

Płonący przed PKiN-em mężczyzna nie zgadzał się też na dzielenie społeczeństwa. Problem w tym, że jego czyn tylko umocnił i pogłębił te podziały.

Z zażenowaniem obserwowałem, jak medialno-propagandowa machina, początkowo powściągliwa w obliczu tragedii, błyskawicznie nabiera rozpędu. Na prawej flance sceny politycznej szybko pojawiły się refleksje, że samospalenie „należy raczej rozpatrywać w kategoriach psychiatrycznych” (cytat za wpływową blogerką Kataryną). Natomiast Joachim Brudziński, prominentny działacz partii rządzącej, zatwittował: „Przy grobie bł. ks .Jerzego (Popiełuszki – przyp. aut.) modlę się o zdrowie dla człowieka, który targnął się na swoje życie przed PKiN i za tych, którzy z tej tragedii i choroby próbują uczynić pretekst i okazję do walki politycznej i podsycania nienawiści”, choć wydaje się co najmniej niestosowane, by modlić się z komórką w ręku. Nie mogło też zabraknąć opinii niezrównanego ministra Mariusza Błaszczaka, który w swoim niepowtarzalnym, beznamiętnym stylu obwieścił na antenie RMF, że winę za tragedię ponosi propaganda totalnej opozycji.

Jak nietrudno było się domyślić, po drugiej stronie politycznej barykady desperat zyskał status bohatera antyPiSowskiej krucjaty. Jarosław Mikołajewski, pisarz, poeta i tłumacz uraczył nas nawet stworzonym ad hoc wierszem. „(…) płonąć to kierować, spłonąć to skutecznie kierując przez płomień, już pan coś skierował, ocalając życie od bycia do siebie, boli więc jestem, płonę a więc żyję” – brzmi fragment tego dzieła, jak dla mnie trochę grafomańskiego, ale niewykluczone, że po prostu jestem za głupi, by właściwie odebrać przesłanie wieszcza.

Jeszcze bardziej odpłynął Jan Hartman, filozof, który jakiś czas temu postanowił wynurzyć się z zakamarków uniwersyteckich bibliotek i zrobić karierę w polityce, z opłakanym zresztą skutkiem. Znacznie lepiej wychodzi mu wywoływanie kontrowersji wpisami na blogu, np. jakiś czas temu postulował rozpoczęcie dyskusji nad legalizacją… związków kazirodczych. Tym razem w tekście pod wszystko mówiącym tytułem „Podziękowanie dla samobójcy” Hartman stwierdził: „Jeśli ten człowiek umrze, nasza niemrawa i nierówna walka z reżimem PiS będzie miała nowy symbol i nowego bohatera. Stanie się odtąd poważniejsza – bo w polityce powaga jest następstwem czyjejś śmierci. I za to – niezależnie od tego, czy samobójca przeżyje, czy nie – chciałbym mu już dziś z uszanowaniem podziękować”. Przeczytałem ten wpis kilka razy, próbując doszukać się między wierszami ukrytego przekazu, że jest to błyskotliwie zakamuflowana prowokacja intelektualna. Nie znalazłem…

Mało tego, według Hartmana Piotr S., nawet jeśli był niezrównoważony psychicznie, wykorzystał potencjał tkwiący w swoim stanie umysłowym w sposób niedostępny dla innych. „Może właśnie do tego służą wariaci, żeby robić rzeczy niezwykłe, szalone, a przecież ważne?” – pyta filozof i chyba tylko dziedzina, w której się specjalizuje trochę tłumaczy jego odlot.

Czy mężczyzna, który podpalił się na placu Defilad, był bohaterem i bojownikiem słusznej sprawy czy niezrównoważonym psychicznie desperatem? Nie będę tego oceniał, choć nawet rodzina mieszkańca Niepołomic przyznała, że od kilku lat leczył się z powodu depresji, co niewątpliwe sporo mówi o jego stanie ducha i umysłu. Z drugiej strony nie trzeba być człowiekiem głęboko pogrążonym w klinicznym przygnębieniu, by wkurzać się na to, co dzieje się obecnie w Polsce. Jednak gdybym już miał podejmować tak ostateczne decyzje, raczej wolałbym podpalić sejm niż siebie.

Mam szczerą nadzieję, że desperat z placu Defilad przeżyje, jego śmierć byłaby bowiem całkowicie niepotrzebna.

Samospalenia w czasach mrocznego komunizmu stanowiły krzyk rozpaczy osób, które straciły już wszelką nadzieję. Siwiec czy Palach żyli w krajach rządzonych przez zamordystów kontrolujących wszystko i wszystkich, mających oparcie w potężnym Związku Sowieckim. Otaczał ich mroczny świat, w którym podział na dwa wrogie bloki wydawał się wieczny. Dzisiejsza władza, nawet jeśli fatalna, została wybrana w demokratycznych wyborach, a za dwa lata przy urnach możemy jej powiedzieć „spadaj”. Rozumiem, że nie wszyscy chcą czekać aż tak długo, ale żeby od razu się podpalać?

„Przez ten j…y PiS ludzie się już chcą zabijać” – skomentował mój kolega informację o dramatycznym zdarzeniu w Warszawie. Nie uwierzył, gdy próbowałem przekonać go, że za czasów rządów PO też płonęli protestujący. A jednak. Przykłady? 23 września 2011 r., przed kancelarią premiera podpalił się 49-latek. W pożegnalnym liście do Donalda Tuska napisał, że głosował na PO, ale partia go rozczarowała, krytycznie ocenił zresztą całą klasę polityczną. Dwa lata później w tym samym miejscu samospalenia dokonał 56-letni Andrzej Filipiak. „Zrobił to z biedy, nie miał pracy! Nie mamy z czego żyć. Mąż mówił, że to wina polskiego rządu” – wyznała „Faktowi” jego żona.

Nie dziwię się niepamięci kolegi, bo w dzisiejszych czasach samospalenie nie zapewnia już miejsca w historii, jakie stało się udziałem Siwca czy Palacha. Desperackie gesty interesują media tylko przez chwilę, po czym szybko zastępują je kolejne „njusy” i nikt nawet nie próbuje pochylić się nad postulatami protestujących mężczyzn (znamienne, że na taki pomysł nigdy nie wpadają kobiety, co chyba dobrze świadczy o ich psychice). Jeśli uda im się przeżyć, zostają sami z potwornym bólem, cierpieniem i prawdopodobnie poczuciem jeszcze większej beznadziei. A politycy i tak mają to w dupie.

Rafał

fot. Pixabay

Właśnie dowiedziałem się, że Piotr S. zmarł w warszawskim szpitalu. Szczerze współczuję rodzinie, ale w niczym nie zmienia to mojej oceny jego desperackiego czynu…

 

3

  • Pawel Komosa

    Całkowicie się z Tobą zgadzam, „w dzisiejszych czasach samospalenie nie zapewnia już miejsca w historii, jakie stało się udziałem Siwca czy Palacha”. Nie chciałbym być źle zrozumiany, to tylko rozważania teoretyczne, nikogo nie namawiam do aktów przemocy. Szczególnie chciałbym uspokoić służby specjalne czytające ten wpis, nie ma potrzeby wjeżdżania do mnie do domu z drzwiami o szóstej rano, ja tylko teoretyzuje. Ale do rzeczy, w dzisiejszych „niusowych” czasach większy rozgłos medialny zdobywa bezpośredni atak na polityka niż samospalenie w proteście na działania polityków. Większy szum w mediach narobiło rzucenie butem w prezydenta Stanów niż kilka aktów samospalenia. Przypominam, że już Ulrike Meinhof pisała: „Protest jest wtedy, gdy mówię, że się z czymś nie zgadzam, opór jest wtedy, gdy nie pozwalam innym, aby robili to, z czym się nie zgadzam”. I dlatego trzeba stawiać czynny opór a nie tylko protestować, bo to polityków nie zaboli bezpośrednio.