Sama zdecyduj, kiedy mieć kolejne dziecko

Tak się jakoś dziwnie składa, że mężczyźni, którzy nie zachodzą w ciążę i nie rodzą dzieci, uwielbiają dawać nam rady. Szczególnie dotyczy to liczby dzieci, które mamy wydać na świat.

Jest w mojej rodzinie przypadek – i chodzi, a jakże, o mężczyznę – który na temat rodzenia i posiadania dzieci ma bardzo dużo do powiedzenia i nie przepuści żadnej okazji, by wyrazić swoją opinię. Oczywiście ta opinia dotyczy kobiet i tego, co powinny zrobić ze swoim życiem oraz ciałem.

Kobieta, która nie chce mieć dzieci, to nie kobieta. To idiotka, egoistka, psychopatka.

Pierwsze dziecko powinno się urodzić jak najszybciej po wyjściu za mąż. W ogóle nie może być mowy o innej kolejności niż: ślub – ciąża – macierzyństwo. Wszelkie odchylenia od tej „normy” są przejawem mody, czyli degrengolady. Rodzenie dzieci bez ślubu, życie w konkubinacie czy na kocią łapę nie wchodzi w grę.

Jedno dziecko to za mało (każdy jedynak to egoista). Dwójka to minimum. Im większa rodzina, tym lepiej. Kiedyś kobiety rodziły po 8-9 dzieci i to było w porządku; starsze wychowywały młodsze, a rodzina trzymała się razem. Oczywiście wszyscy powinni mieszkać na kupie, noworodki, małe dzieci, młodzież, rodzice, dziadkowie.

O trudach porodu kobieta zapomina zaraz po urodzeniu dziecka.

W zasadzie jedynym i głównym celem życia kobiety jest rozmnażanie się, wychowywanie dzieci i prowadzenie domu.

Kobiety poszły do pracy tylko dlatego, że zostały do tego zmuszone. Nie pracowałyby, gdyby ich mężowie zarabiali wystarczająco dużo. Chęć robienia tzw. kariery przez kobiety w ogóle nie mieści się w głowie.

Różnica wieku między dziećmi nie powinna być za duża. W drugą ciążę najlepiej zajść mniej więcej w ciągu roku po urodzeniu pierwszego dziecka. Optymalna różnica między rodzeńtwem to dwa lata.

Pieluchy to „babska” robota.

Pies ogryzł kobiety, które nie karmią piersią. „Pies ogryzł” to eufemizm.

Cytować mogłabym dalej, ale oszczędzę tego sobie i wam. To doprawdy zabawne, do jakiego stopnia można się wymądrzać, najchętniej w towarzystwie, np. podczas rodzinnego przyjęcia, w kwestiach, które dotyczą kobiet. Autor powyższych wypowiedzi nie rozumie, że kobieta może nie chcieć mieć dzieci. Potępia jedynaków. Uważa, że czasy się nie zmieniły. Wszystko jest po staremu.

Czy my, kobiety pouczamy mężczyzn, jak mają siusiać, jaki zawód wykonywać, jakie piwo pić w wolnym czasie? Tymczasem panowie nierzadko uważają się za alfę i omegę w sprawach, o których mają zerowe pojęcie.

Prawda jest taka, że TYLKO kobieta wie, czym jest poród, karmienie piersią, bycie matką.

Nawet gdyby ojciec dziecka stawał na rzęsach, są sprawy, których nie przeskoczy: nie zajdzie w ciążę, nie urodzi dziecka, nie wykarmi go. Często już sama obecność matki wpływa na dziecko silniej niż obecność ojca. To brutalne, ale prawdziwe. Mówi się, że w pierwszym roku życia matka jest dla dziecka całym światem, że nikogo ono nie potrzebuje tak bardzo jak jej. Może nam to nie pasować, ale trudno się z tym nie zgodzić. Ta więź, która początek miała już w życiu płodowym, jest nie do podważenia.

Przyznaję, mój przypadek jest zgoła inny, bo mam męża, który nie tyle POMAGA mi w wychowaniu syna, a go WYCHOWUJE. To istotna różnica. Kobiety często bowiem zapominają, że dziecko ma i mamę, i tatę, a ojciec nie jest od pomagania, tylko od wychowywania własnego dziecka. Gdy jednak patrzę na kobiety w moim otoczeniu, ogarnia mnie smutek. Te kobiety tyrają w domu i w pracy. Kombinują, jak godnie przeżyć od pierwszego do pierwszego, mają zaplanowaną każdą godzinę dnia, a jeszcze w nocy wstają do dziecka, które budzi się po kilka/kilkanaście razy, bo akurat ząbkuje/miało zły sen/źle się czuje/chciało się przytulić/jest głodne/ma mokrą pieluszkę/jest mu za zimno/za ciepło itd. Ale to panowie najczęściej rzucają hasło: „Zróbmy sobie drugie dziecko!”. Epickie.

Moja znajoma, mama rocznego chłopczyka, której mąż nie wstał w nocy do dziecka ANI RAZU (nie karmiła piersią), usłyszała od niego, że „zanim on się obudzi, to ona już dawno będzie przy małym i szybko zrobi, co trzeba”. Znajoma spodziewa się drugiego dziecka i zdecydowała, że musi bardziej zaangażować męża w wychowywanie. Czuje jednak trudny do wytłumaczenia lęk i niepokój. Zastanawia mnie, czy wytłumaczeniem po części nie byłoby zachowanie jej partnera.

Inna znajoma, która wzięła na siebie wszystkie obowiązki, jeśli chodzi o prowadzenie domu i wychowywanie dziecka, jakiś czas temu na serio myślała o powiększeniu rodziny. Jej partner nie widział przeciwwskazań. Ba, nawet ją do tego zachęcał. W końcu to ona poszła po rozum do głowy i stwierdziła:

„Bo dla niego nic się nie zmieni, a ja będę miała przerąbane”.

Konkluzja jest jedna: tylko ty wiesz, jak zniosłaś ciążę. Tylko ty wiesz, jaki był dla ciebie pierwszy poród. Tylko ty wiesz, jak czułaś się w połogu. Tylko ty wiesz, co czułaś podczas karmienia piersią. Tylko ty wiesz, co czułaś podczas karmienia butelką (o wyrzutach sumienia kobiet podających swoim dzieciom mleko modyfikowane i życiu w poczuciu winy, że nie potrafi się wykarmić własnego dziecka, napiszę innym razem). Tylko ty wiesz, jak wygląda macierzyństwo i czy jedno dziecko wystarczy ci do szczęścia.

Nawet z pozoru tak błahe kwestie związane z karmieniem piersią jak konieczność pilnowania diety, bycie uwiązaną, ból piersi, stres związany z nawałami i kryzysami laktacyjnymi czy chociażby konieczność powstrzymania się od picia alkoholu na dłuuugi czas – tylko kobieta przez to przechodzi. W związku z powyższym, nawet jeśli partner obiecuje, że będzie ci pomagał (pamiętaj: ma wychowywać, nie pomagać), dobrze się zastanów, czy chcesz mieć kolejne dziecko.

1