Publiczne karmienie piersią jest OK!

Z zupełnie niepojętego powodu trwa w naszym kraju dyskusja dotycząca publicznego karmienia piersią. Niepojętego, bo rzecz taka jak potrzeba nakarmienia głodnego niemowlęcia powinna być poza wszelkim sporem.

Temat, jak bumerang, co pewien czas wraca do mediów. Teraz – za sprawą pani Liwii, którą wyproszono z jednej z sopockich restauracji, bo chciała nakarmić piersią swoją pociechę. Przy stoliku, wśród innych gości. Bystry kelner zawczasu wyłapał, że pani Liwia szykuje się do karmienia i poprosił, żeby się „powstrzymała” albo przeniosła do toalety. Pani Liwia poczuła się urażona. I właściciela restauracji podała do sądu. Ruszył proces.

Z jednej strony świetnie, że temat nagłośniono, a o prawach karmiących matek zaczęto mówić w przestrzeni publicznej. Z drugiej strony przeraża świadomość, że karmiące matki w ogóle muszą walczyć o swoje prawa, jakby podanie posiłku głodnemu niemowlęciu nie było najzwyczajniejszą, najbardziej naturalną czynnością na świecie.

Ale jest jeszcze coś, co szokuje bardziej: fakt, jak bardzo ten temat podzielił nasze społeczeństwo.

Otwieram jeden z artykułów o procesie przeciwko właścicielowi lokalu, w którym miała pecha znaleźć się z dzieckiem pani Liwia. Patrzę na komentarze. I oczom nie wierzę. Że przytoczę kilka z pierwszych lepszych (pisownia oryginalna):

„jeżeli chce karmić to niech odessie se do butelki odpowiednią porcję i proste, a dojenie nawet na kuchni się nie odbywa” (http://www.tvn24.pl)

„Miała szczęście, że ją tylko poprosił. Nie rozumiem dlaczego matki uważają, że mają prawo wyjmować cyca w każdym miejscu. Żyjemy w kraju w którym piersi się zasłania. Szkoda, że w pobliżu nie było jakiejś odważnej kobiety, która pokazała by cycka Jej mężowi. Leniwe babsko” (http://www.tvn24.pl)

„sorry jak ktoś ma stomię to też może wymieniać ją przy stoliku????” (http://www.tvn24.pl)

„Nie każda kobieta ma biust na który jest miło patrzeć. Mężczyzna to nie zwierze, byle czego nie weźmie” (http://www.tvn24.pl)

„spoko ale jak płacę za posiłek to sobie nie życzę aby przy stoliku obok odbywało się dojenie z paskudnego rozdętego cycka. Podejdę do ciebie i oddam na ciebie obiad, będziesz nadal taka zadowolona i pyskata?” (http://www.tvn24.pl)

Ktoś napisał, że jak matka ma chęć bujać się po restauracjach, to niech tak reguluje sobie pory karmienia, żeby w tym czasie być w domu. Jeden z dowcipnisiów stwierdził, że co za problem karmić w kibelku, skoro dziecko „nie ma pojęcia, że je w toalecie, a do tego kompletnie nie będzie tego pamiętać”. Komentarze, w których pojawiały się takie słowa jak „wymiona”, a karmienie niemowlęcia porównano do – za przeproszeniem – srania i rzygania, pominę.

Podobnym „taktem” wykazał się były europoseł Marek Migalski, który stwierdził, że „karmienie jest czynnością naturalną i potrzebną dziecku oraz matce. Tak samo, jak dla innych puszczanie bąków, sikanie czy plucie. One też są naturalne i dobre dla organizmu”.

No nie mieści mi się to w głowie! Jak można?! Jak można porównać karmienie – i to dziecka! – do sikania czy puszczania bąków? Komuś się chyba coś pomieszało. Pamiętam, że parę lat temu wybuchła afera, bo matka chciała przewinąć w restauracji (przy stoliku) swoje dziecko. Ludziom się to nie spodobało. I w porządku. Zmiana pieluchy przy jedzeniu? Hm… Może niekoniecznie, chociażby ze względów higieniczno-sanitarnych. Ale karmienie? Pamiętam, gdy jakiś czas temu podłączyłam do piersi swojego synka w jednej z radomskich restauracji. Kelnerkę, która nas obsługiwała, przeprosiłam. Na co ona odpowiedziała: „Nie ma najmniejszego problemu, dziecko też musi zjeść”. Od tamtej pory często jemy we trójkę ;-).

Cyce są wszędzie. Na plakatach, w gazetach (przykład: ostatnia strona „Faktu”, która wisi przy osiedlowym kiosku dzień w dzień), na billboardach. I w porządku, godzimy się na to. Ale karmiąca matka budzi zgorszenie. Doprawdy, to dla mnie niepojęte! Fajnie, że są akcje typu „Karmiące cyce na ulice” czy „The Milky Way”. Ale, kurczę, czy naprawdę ich potrzebujemy? Karmię dziecko i idę dalej, to dla mnie naturalne, gdy jestem poza domem. Ludzie, czy naprawdę chcecie pozamykać matki w czterech ścianach?!

Dorośli jedzą, gdzie się da. Nie dalej jak wczoraj widziałam panią w średnim wieku bez skrępowania opychającą się słodką bułą w centrum miasta. A na festynie mali i duzi, kobiety i mężczyźni śmiało i radośnie wcinali precle, kluski i kiełbasy z grilla, popijając te swojskie pyszności zimnym piwkiem. Dorosłemu wolno. Dziecko niech je w kiblu.

Co za absurd, że w kraju, w którym panuje kult matki-Polki, w którym wprowadza się program 500+, który ma być hołdem złożonym polskim rodzinom, ktoś ma problem z matką publicznie karmiącą piersią.

W tym roku wybraliśmy się na nasze pierwsze wakacje. Mój synek miał wtedy 3,5 miesiąca. Wczasy się udały, między innymi dlatego, że karmiłam wszędzie. Na plaży. W kawiarniach i restauracjach. Na stacjach benzynowych. W parkach. Na ławeczkach itp. Czy ktokolwiek sobie wyobraża, że mielibyśmy co dwie godziny wracać do hotelu tylko na karmienie? To nierealne.

Ale jest też druga strona medalu. Jedna z kobiet pod wypowiedzią Marka Migalskiego, która sama jest karmiącą matką, zwróciła uwagę, że w Polsce brakuje ustronnych miejsc, gdzie kobieta mogłaby nakarmić swoje dziecko. To prawda. Teraz, gdy sama jestem karmiącą mamą, szukam miejsc, gdzie np. można przewinąć niemowlę. Przewijak w restauracji, na stacji benzynowej czy w supermarkecie to naprawdę świetna sprawa, która bardzo ułatwia życie i mamie, i dziecku. Ale miejsc do karmienia brakuje. Bardzo rzadko można natrafić na porządny Pokój dla matki z dzieckiem. Zdarzają się, owszem, ale rzadko. Gdzie więc mamy się podziać? Tak, zdarzyło mi się karmić w krzakach – dosłownie, przy ruchliwej ulicy. Mój synek był wtedy malutki i darł się wniebogłosy. Przeciwnicy publicznego karmienia muszą zrozumieć, że matka w takiej sytuacji nie będzie się zastanawiała, gdzie jest, tylko poda dziecku jedzenie.

Myślę jednak, że wszystko w zasadzie sprowadza się do sposobu, w jaki karmimy nasze dzieci.

Gdy muszę w miejscu publicznym mojemu synkowi podać pierś, robię to w taki sposób, żeby nikt się nie zorientował, co jest grane. Po pierwsze: nie mam ochoty, że obcy ludzie oglądali mojego cyca. Po drugie: rozumiem, że ktoś, kto by takiego cyca zobaczył, mógłby się poczuć skrępowany. Po trzecie: myślę o dziecku! Nikt nie lubi, gdy zagląda się mu w talerz. Ssący pierś maluch potrzebuje spokoju tak samo jak spożywający obiad dorosły.

Dziecko można nakarmić tak, żeby nikt nie zwrócił na nas uwagi. Są ubrania, których dopóki karmię nie założę, bo utrudniłyby mi podanie dziecku piersi w miejscu publicznym. Gdy wychodzę i wiem, że może mi „wypaść” karmienie, tak dobieram strój, żebym mogła szybko i dyskretnie nakarmić synka. Bluzkę odsłaniam od dołu, nie od góry. Noszę specjalne biustonosze dla matek karmiących, a gdy trzeba, zasłaniam malucha pieluszką tetrową albo flanelową. Nie wybieram też miejsc na świeczniku; karmiąc, wolę przycupnąć na uboczu. On pije w ciszy i spokoju, mnie nikt nie podgląda, a ludzie wokół nie mogą narzekać. I wszyscy są zadowoleni. Cały wic polega na tym, żeby dziecko się najadło, a matka, żeby nie najadła się… wstydu.

Dobra koleżanka opowiadała mi jakiś czas temu, że w sklepie odzieżowym spotkała pewną kobietę. Ta kobieta trzymała w ramionach dziecko. Miała na wierzchu pierś i karmiła malucha, przechadzając się pomiędzy wieszakami i oglądając ubrania… No nie. To chyba jest o jeden krok za daleko. Rozumiem, że ktoś mógłby poczuć się niezręcznie, gdyby pojawił się obok tej pani. Ale można, naprawdę można zrobić to z głową i klasą.

Publiczne „wywalanie cyca” faktycznie może u kogoś spowodować skrępowanie, pod warunkiem, że ten cyc rzeczywiście jest „wywalany” – jeśli kobieta znajduje ustronne miejsce i robi to dyskretnie, w ogóle nie ma o czym mówić. Ludzie, w końcu chodzi o głodne, kilkumiesięczne niemowlę, które nie zrozumie, że mama nie może go nakarmić, bo komuś to nie pasuje.

4