Gdy przestajesz karmić piersią, kończy się pewna epoka

Miałaś rację, Elwiro. Jeśli chodzi o karmienie piersią, to trudno zacząć, ale jeszcze trudniej skończyć.

Nigdy tego nie zapomnę. Mój synek ma kilka dni, a ja trzymam go w objęciach. Jest środek nocy, siedzę na niewygodnym krzesełku i karmię. Mały zawinięty jest w rożek, ja zgięta w chiński paragraf, tuż po porodzie, w połogu; zmęczona, obolała, w szponach baby blues, które jak bardzo dało nam w kość, to tylko mój mąż jeden wie. Karmię, karmię piersią to moje dziecko, a łzy same cisną mi się do oczu, bo ból jest nie do wytrzymania. Jestem zła, wściekła i czuję się oszukana. Nikt mnie nie uprzedził, że karmienie piersią – które miało być proste i bezproblemowe – okaże się znacznie większym wyzwaniem niż poród! Patrzę na zegarek: 3. Przysypiam, rożek się rozluźnia, z maleńkich stópek mojego synka spadają za duże skarpetki. 3:15… 3:30. Zmieniam pieluszkę. Oczy mam już jak na zapałki. Przed godziną 4 w końcu odkładam synka do łóżeczka. Zasypiam… Kolejna pobudka za 2–3 trzy godziny. O ile dobrze pójdzie.

Gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że będę karmić piersią przez 14,5 miesiąca, to przyrzekam, nie uwierzyłabym.

Początki karmienia były horrorem. Dosłownie. Zupełnie nie byłam na to przygotowana. Wszędzie – w szkole rodzenia, w poradnikach, aplikacjach, serwisach internetowych – w kółko pisali o porodzie. Karmienie piersią potraktowano po macoszemu. Generalnie wszystkie rady sprowadzały się do jednego: gdy tylko dziecko pojawi się na świecie, przystaw je do piersi. I po prostu karm. Jakby to faktycznie miało być takie proste!

Wcale nie było proste. Moje dziecko okazało się prawdziwym cycoholikiem. Smoczek? A na co smoczek, skoro jest pierś mamusi! Mleko modyfikowane? A na co mleko modyfikowane, skoro mleczko mamusi jest takie pyszne i na zawołanie! Samodzielne zasypianie? A w życiu, skoro można zasypiać przy cieplutkiej piersi! I tak dalej…

Karmiące matki dobrze to znają. Szczerze mówiąc, nie cierpiałam karmienia. Nie mogłam znieść bólu, który co przystawienie tylko przybierał na sile. Przerobiłam wszystko: pogryzione i krwawiące brodawki, zastoje i zatkane kanaliki mleczne, kryzysy laktacyjne. Przetestowałam chyba wszystkie dostępne na rynku nasadki. W biustonoszu na zmianę nosiłam wkładki laktacyjne i liście kapusty. Nie mogłam biegać, bo piersi ciążyły mi jak kamienie – potem biegałam w dwóch stanikach ;-). Chodziłam po domu bez bluzki z cycami nasmarowanymi grubą warstwą maści – uwierzcie mi, spokojnie można to podać jako przyczynę rozwodu…

Naprawdę nie znosiłam karmienia! Aż się złościłam, że mam tak dużo pokarmu, bo gdybym go nie miała, mogłabym bez wyrzutów sumienia sięgnąć po butelkę. Wtedy karmienie mieszanką wydawało mi się błogosławieństwem – kobieta nie jest tak uwiązana jak przy karmieniu piersią (butlę może podać każdy), dziecko na dłużej się najada, a karmienie jest bezbolesne i komfortowe.

Dziś już tak nie myślę.

Dziś wiem, że karmienie piersią to najpiękniejsza przygoda, jaką mogą przeżyć matka i jej dziecko.

Będę ten czas, tak bardzo szczególny i niepowtarzalny, wspominać ze wzruszeniem. Owszem, bądźmy sprawiedliwi, karmienie piersią nie jest pestką. Kobiety bardzo rzadko korzystają z pomocy konsultantek laktacyjnych – w moim przypadku taka pomoc okazała się na wagę złota! Są pozostawione same sobie – wiedzą tylko tyle, że powinny karmić piersią, bo mleko matki jest najcenniejszym pokarmem dla dziecka. To stanowczo za mało. Większość kobiet nie wie, że produkcja mleka zazwyczaj rusza dopiero w 2–3 dobie po porodzie. Do tego czasu – do tak zwanego nawału – maluszkowi wystarczają zapasy z życia płodowego. Natura wie, co robi!

Ale w publicznych szpitalach puste piersi matki są pretekstem do podania dziecku butelki.

A ponieważ nie ma innej metody na wyprodukowanie pokarmu niż jak najczęstsze przystawianie dziecka do piersi, to mleko się po prostu… nie produkuje. I koło się zamyka. Laktacja zostaje ukatrupiona.

Do tego dochodzi bolesność podczas karmienia (cały czas czytałam to samo: skoro cię boli, to znaczy, że technika jest zła. Nieprawda. Moja technika była bez zarzutu, tylko piersi regularnie atakowane przez małą piranię nie miały czasu się zagoić – i stąd ból. To jak, przepraszam za porównanie, rozdrapywanie strupa). Dochodzi też wspomniane uwiązanie, konieczność bycia przy dziecku i te cholerne nocne pobudki…

W zamian jednak dostajemy coś pięknego. Dostajemy coś, czego matki karmiące mieszanką nigdy nie doświadczą i nie zrozumieją.

Kiedy zwierzyłam się kuzynce, że moje ośmiomiesięczne dziecko nie przesypia nocy, stwierdziła, że „mam przerąbane”. Obu swoich synów wykarmiła butelką. Poradziła mi, żebym na noc podała Filipkowi mleko zagęszczone kleikiem, to się chłopak naje i będzie szczęśliwy. A, i przypomniała mi również, że smoczek to najlepsza rzecz na świecie.

Ech…

Sęk w tym, że pies jest pogrzebany zupełnie gdzie indziej. Dziecko karmione naturalnie nie budzi się wyłącznie z głodu. Głód jest tylko jednym z wielu powodów nocnych pobudek. Maluchy na cycu przy matczynej piersi zaspokajają potrzebę bliskości. Budzą się, bo są ze swoją matką zżyte. Bo chcą się przytulić. Bo szukają znajomego ciepła i zapachu.

Tak, to uciążliwe. Ale przede wszystkim piękne.

Pierś była w naszym przypadku przyczyną i rozwiązaniem wszystkich problemów. Jednocześnie przekleństwem i błogosławieństwem.

Mały dostawał ją na każdy smutek, dzięki czemu przez wiele miesięcy nie wiedzieliśmy, czym jest nocny płacz dziecka (potem się to zmieniło, gdy zaczęliśmy kombinować z samodzielnym usypianiem i postanowiliśmy eliminować karmienia). Gdyby nie cyc, nie wiem, jak przetrwalibyśmy wielogodzinną podróż samochodem – czy to nad morze, czy w góry. Naprawdę sobie tego nie wyobrażam!

Dziś moje przeciskanie się na tył wyładowanego po brzegi bagażami samochodu, by przytulić płaczącego Filipka i przez resztę drogi trzymać go przy cycu (tak było!), wspominam ze wzruszeniem, a opowiadam już jako anegdotę. Czas tak szybko leci… I to, co początkowo było koszmarem, szybko stało się jedynie wspomnieniem. Ból podczas karmienia w końcu przeminął. Karmienia, które trwały 30–40 minut, skróciły się do 15–10, by pod koniec trwać góra 3 minuty! Pierś przestała być potrzebna do usypiania.

Karmiłam Filipka w zasadzie wszędzie, co było niezwykle wygodne, bo nie musiałam kombinować, jak i gdzie przyszykować mieszankę. Po prostu zaszywałam się w kawiarni, na plaży czy na ławeczce, dyskretnie przystawiałam malucha i już mógł sobie podjadać.

Dzięki karmieniu piersią nad ranem małemu wydłużał się sen – nakarmiony o 5–6 potrafił spać do 8 (ostatnio) czy nawet do 9 (przez pierwszych kilka miesięcy). Pierś była lekiem na całe zło. A ja… Ja pokochałam karmienie.

Co więc zadecydowało o zakończeniu mlecznej przygody? Nieprzespane noce! Przyznajcie, że prawie 15 miesięcy nocnego wstawania to stanowczo za długo… Wcześniej udało nam się wyeliminować wszystkie dzienne karmienia i większość nocnych. Zostało nam jedno – to o 5, które jednak z czasem stawało się karmieniem o 4.30, 4, 3.30… Mały budził się i stawał na baczność, jakby pytał nas: „Czy to już? Czy można dostać cyca?”. I oczywiście go dostawał, bo kto ma siłę szarpać się z dzieckiem o takich nieludzkich porach… Szybko się jednak zorientowałam, że Filipek wcale mleka nie pije, a jedynie chce się przytulić… A do tego bywało, że budził się koło 5 i już nie zasypiał.

Z dnia na dzień zdecydowaliśmy więc, że nadszedł czas, gdy trzeba powiedzieć „pas”.

Pierwsze noce po odstawieniu nie były łatwe. Mały potrafił histeryzować przez półtorej godziny… Z dnia na dzień było jednak coraz lepiej.

Dziś wreszcie się wysypiamy!

Choć nie jest jeszcze idealnie. Wprowadziliśmy małemu nowe uzależnienie, mianowicie, by po odstawieniu ukoić jego łzy i by nie czuł się odtrącony, zaczęliśmy zabierać go do naszego łóżka… Szybko się przyzwyczaił. Zasypia w swoim łóżeczku ok. 20 i zwykle do ok. 23 śpi u siebie. Potem chce do nas. Mniej więcej od 23, kiedy sami się kładziemy, śpimy ciągiem, bez pobudek. I co z tego, że razem, skoro się wysypiamy? Mamy już po 8 godzin nieprzerwanego snu. Ja mogłabym narzekać?! Mama mi powiedziała: „Zobaczysz, dzieci tak szybko dorastają, ciesz się tym, co jest teraz, już niedługo twój synek będzie spał w swoim pokoju i zatęsknisz za obecnym stanem…”.

Warto słuchać mamy ;-).

Po odstawieniu karmienia przez kilka dni czułam się dziwnie. Musiałam odbyć swoją małą prywatną żałobę, wszystko sobie w głowie poukładać, zaakceptować fakt, że kończy się pewien etap i że moje dziecko dorasta. Miałam nawet chwilowy kryzys, który skończył się wybuchem wulkanu uczuć do dziecka i niemożnością pogodzenia się z faktem, że dzieci tak szybko rosną, że jutro mój syn będzie już inny niż jest dzisiaj…

Na każdym etapie macierzyństwa wspierał mnie jednak mój mąż i najlepszy przyjaciel – mam to wielkie szczęście, że chodzi o jedną i tę samą osobę. To naprawdę szalenie ważne, by mieć przy sobie kogoś takiego. Kogoś, kto będzie cię wspierał bez względu na wszystko. Po odstawieniu Filipka od piersi poszliśmy na najbardziej kaloryczny deser w całym świecie (!) i przy lampce wina podziękowałam za wszystko Rafałowi. Gdyby nie on, nie karmiłabym piersią tak długo, wiem to! Wtedy, na początku, nawet byłam na niego wściekła, że widząc moje cierpienie, nie mówi, żebym podała dziecku butlę. Dziś wiem, że będę mu za to dozgonnie wdzięczna.

Tak, karmienie piersią to nieprzespane noce, restrykcyjna dieta (przynajmniej na początku), uwiązanie, chodzenie z zegarkiem w ręku, zero alkoholu… Przede wszystkim to jednak wspaniała, więziotwórcza przygoda, której nie da się porównać z niczym innym. Cieszę się, że tego zasmakowałam.

Ewa

fot. Unsplash

2