Potrzeba dziwactwa, czyli zawrotna kariera polskiej Barbie

Dziwactwo sprzedaje się świetnie od dawna. Gdyby w XIX wieku istniały telewizje śniadaniowe czy plotkarskie portale, ich gwiazdami byliby pewnie książę Randian, czyli gość bez rąk i nóg, zwany człowiekiem-gąsienicą albo siostry Hilton, połączone ze sobą miednicą i pośladkami. Dziś musimy się jednak zadowolić polską Barbie.

Show-biznes śledzę dość wnikliwie. Przede wszystkim z zawodowego obowiązku, ale też trochę z masochistycznej potrzeby regularnego sprawdzania, czy szeroko rozumianym mediom udało się już dotrzeć do dna, czy może jednak wciąż trwa jego eksploracja. I kiedy śledząc obszerne doniesienia na temat nowo narodzonego dziecka Natalii Siwiec czy nasyłania przez Dodę gangsterów na byłego narzeczonego, myślałem, że już nic nie jest mnie w stanie zniesmaczyć, na scenie pojawiła się ONA. Anella, bardziej znana jako „polska Barbie”, która zdobyła popularność w tempie iście ekspresowym, wypełniając media niczym botoks jej groteskowe usta.

Zaczęło się kilka miesięcy temu, kiedy nikomu wówczas nieznana, jasnowłosa „piękność” z przeraźliwie wąską talią i napompowanymi niczym po ugryzieniu szerszenia wargami, zaszczyciła obecnością jeden z warszawskich butików, gdzie odbywała się premiera najnowszej kolekcji butów słynnego Manolo Blahnika. Nieoczekiwanie przyćmiła wówczas inne gwiazdy, w tym Małgorzatę Sochę czy Kayah, już o Oli Kwaśniewskiej nie wspominając.

Media szybko odkryły tożsamość kobiety, promującej się na Instagramie jako Anella, wielka fanka najsłynniejszej lalki świata i medycyny estetycznej. Jak się okazało, to atuty, które w zupełności wystarczą, by zaistnieć w polskim show-biznesie.

Niedługo później „polska Barbie” rozpoczęła tournée po telewizyjnych programach śniadaniowych. W „Dzień dobry TVN” zapewniała, że jest bardzo zadowolona z wyglądu (by go osiągnąć, zostawiła ponoć 150 tys. zł w gabinetach chirurgów plastycznych), zachwycił ją także różowy sweterek, który specjalnie dla niej założył Marcin Prokop. „Czy to kwestia przypadku? Nie… nawet Pan Prokop podporządkował się regułom BARBIE. Cóż może wpływam nieświadomie na społeczeństwo ! Coś „drga” – oznajmiła później triumfalnie na portalu społecznościowym.

Następnie pojawiła się w „Pytaniu na śniadanie”. W „misyjnej” telewizji publicznej Anella przyznała, że zawsze się sobie podobała, choć teraz bardziej niż kiedyś, ale chciałaby jeszcze poprawić piersi, pupę, nos, z którego nadal nie jest zadowolona. Wreszcie pokłóciła się z siedzącą na tej samej kanapie Joanną Kurmanow, doświadczonym chirurgiem plastycznym, gdy ta spytana o to, jak ocenia wygląd „polskiej Barbie”, odpowiedziała, że dobrego specjalistę medycyny estetycznej poznaje się po tym, kiedy potrafi powiedzieć „nie”. Oburzona Anella zarzuciła lekarce, że odmawiając klientkom, pozbawia pieniążków nie tylko siebie, ale i polski budżet. I to powinno dać do myślenia. Może „polska Barbie” ma rację i warto wprowadzić rządowy program „Botoks plus”, w ramach którego każdy chętny obywatel dostałby kasę na powiększenie sobie ust, cycków czy wacka? Dzięki temu wzrosłyby nie tylko samoakceptacja i pewność siebie rodaków, ale także wpływy do budżetu.

Kłótnia „polskiej Barbie” z chirurgiem w telewizji śniadaniowej stała się jednym z ulubionych tematów w polskim internecie, podkręcającym popularność Anelli, której wcale nie przeszkadzają krytyczne komentarze pod licznymi artykułami na jej temat. Poczuła się natomiast obruszona słowami Joanny Przetakiewicz, gdy projektantka wyznała w wywiadzie: „Mnie to przeraża. Nie wiem jak bardzo, jak daleko można się posunąć, żeby robić sobie krzywdę aż tak. Takie przykłady są straszne dla młodych dziewczyn, gdzieś to wszystko prowadzi do zatracenia, wynaturzenia, a przede wszystkim do okaleczenia”. „A tak panią szanowałam, pani Joanno” – skomentowała Anella na Instragramie.

Z dużym prawdopodobieństwem to dopiero początek zawrotnej kariery „polskiej Barbie” i jeszcze długo będziemy raczeni szczegółami dotyczącymi ten fascynująco-przerażającej postaci.

Raczej bezskuteczne okażą się poszukiwania odpowiedzi na pytanie, czy to zainteresowanie jest kreowane przez media, czy po prostu portale plotkarskie i tabloidy odpowiadają na społeczne zapotrzebowanie na dziwactwo.

Istnieje ono od dawna. Przykłady? Zachęcam do obejrzenia świetnego filmu Davida Lyncha „Człowiek słoń”, przenoszącego widza do wiktoriańskiej Anglii i czasów ogromnej popularności objazdowych cyrków prezentujących „wybryki natury”. Bohaterem dramatu amerykańskiego reżysera jest John Merrick, zdeformowany mężczyzna cierpiący na zespół Proteusza, niezwykle rzadką, genetycznie uwarunkowaną chorobę, objawiającą się asymetrycznym przerostem tkanki skórnej i zaburzeniem rozwoju kości.

W filmie, opartym zresztą na prawdziwej historii, okazuje się, że pod straszliwą powłoką kryje się człowiek o niezwykłej inteligencji i wrażliwości. Stanowi on główną atrakcję wystawy dziwadeł, ale dzięki londyńskiemu medykowi Frederickowi Trevesowi (świetny Anthony Hopkins) zostaje uwolniony z cyrku i może w spokoju dożyć swoich dni.

Merrick stał się gwiazdą XIX-wiecznej Anglii, podobnie jak wiele innych ówczesnych wybryków natury. Na przykład książę Randian, nazywany człowiekiem-gąsienicą, bo urodził się bez rąk i nóg. Dzięki temu defektowi zdobył światową sławę, występując w niezwykłych przedstawieniach, podczas których na przykład skręcał i zapalał papierosa jedynie za pomocą ust. Zagrał też w głośnym horrorze „Dziwolągi”, a ułomność nie przeszkodziła mu w założeniu rodziny – doczekał się pięciorga dzieci.

Nie mniejszą popularność zdobyły siostry Hilton – Violet i Daisy, bardziej znane jako „The United Twins”, ponieważ były syjamskimi bliźniakami złączonymi miednicą i pośladkami. Już jako 3-latki wyruszyły w trasę po Anglii, później występowały w całej Europie, a ukoronowaniem ich kariery okazał się wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie zostały gwiazdami słynnej w latach 20. XX wieku rewii „Dancemedians”, firmowanej przez znanego aktora Boba Hope’a.

Na miano celebryty zasługiwał też Fedor Jeftichew, który przeszedł do historii jako „chłopiec o twarzy psa”. Rosjanin cierpiał na hipertrichozę, czyli genetyczne schorzenie objawiające się gęstymi włosami porastającymi całe ciało. Będąc dzieckiem budził sensację widzów we francuskich cyrkach, ale dopiero podpisanie kontraktu z P.T. Barnumem, legendarnym amerykańskim impresario, uznawanym za jednego z prekursorów nowoczesnego przemysłu rozrywkowego, otworzyło przed Jeftichewem wrota do kariery. Znakomicie odnajdywał się w widowisku przedstawiającym go jako potomka wilkołaków z rosyjskiej puszczy. Prywatnie był ponoć bardzo inteligentnym gościem, świetnie władającym kilkoma językami.

Nie myślcie, że dziwactwami zachwycano się tylko w zachodniej Europie czy Stanach Zjednoczonych.

Nad Wisłą objazdowe wystawy „wybryków natury” cieszyły się nie mniejszym zainteresowaniem.

Świadczą o tym relacje z pobytu w Warszawie w 1858 r. słynnej Julii Pastrany, Meksykanki reklamowanej jako połączenie człowieka z małpą (niekiedy też niedźwiedziem), o której pisał nawet Karol Darwin. Szokujący wygląd kobiety był prawdopodobnie konsekwencją hipertrichozy oraz towarzyszącej jej hipertrofii, czyli przerostu dziąseł. Kariery Pastrany nie przerwała nawet śmierć, ponieważ Meksykankę zmumifikowano i nadal prezentowano jako atrakcję wielu pokazów.

Każda z tych postaci pewnie i dzisiaj znakomicie odnalazłaby się w świecie show-biznesu. Księcia Radiana widzę w finale „Mam talent”, siostry Hilton pewnie kursowałby między telewizjami śniadaniowymi, zaś Fedor Jeftichew byłby rozchwytywany przez producentów filmowych, bo bez charakteryzacji mógłby znacząco zaistnieć w „Grze o tron” czy „Władcy pierścieni”.

Niestety, urodzili się trochę za wcześnie. Nawet jeśli posmakowali sławy, to śmietankę i tak spijali za nich inni: rodzice, opiekunowie, menadżerowie czy właściciele cyrków. Dziś trzepaliby dużą kasę – „polska Barbie” życzy sobie ponoć za rozmowę trzy i pół tysiąca złotych, a do tego wymaga pokrycia kosztów dojazdu oraz zakwaterowania na miejscu wywiadu.

O takich luksusach człowiek-słoń czy kobieta-małpa mogli tylko pomarzyć, ale byli chociaż oryginalni, podczas gdy podróbek najsłynniejszej lalki świata nie brakuje.

Wspomnijmy chociaż Valerię Lukyanovą, która wydała 100 tysięcy dolarów i wycięła żebra, wymodelowała talię, zoperowała nos i szczękę, a także powiększyła piersi, by wyglądać jak popularna zabawka. Z kolei dwójka młodych Amerykanów, Pixee Fox i Justin Jedlica, przeszła już ponad 400 zabiegów, zbliżających ich wygląd do wizerunku Barbie i Kena. „Jeśli współczesny świat daje nam takie możliwości, że możemy wręcz zaprojektować swoje ciało, to dlaczego mamy tego nie zrobić? To tak jak w przypadku projektowania ubrań!” – przekonuje Justin. Coś w tym jest…

W tym miejscu chciałbym jednak zaapelować do rodzimych kandydatek i kandydatów na przyszłe dziwactwa o więcej inwencji, a także sięgnięcie do bliższych nam tradycji. Kariera „polskiej Barbie” bez wątpienia jest spektakularna, ale jeszcze większy rozgłos wzbudziłby przecież facet, który zaangażowałby specjalistów medycyny estetycznej do przeobrażenia go w smoka wawelskiego czy dzielna dziewczyna pragnąca wyglądać jak warszawska syrenka (dla miłośniczek mroczniejszego stylu proponuję Babę Jagę). Telewizje płaciłby im krocie za pojawienie się przed kamerą, mogliby też nieźle dorobić sobie udziałem w reklamach czy prowadzeniem imprez. Wyobrażacie sobie występ człowieka-smoka na Dniach Krakowa?

Rafał

fot. Pixabay

6

  • A może ja wyruszę w podróż po Polsce? Człowiek-małpa, jak wspomniana Julia Pastrana, ale w moim przypadku niestety wygląd mam w pełni ludzki. Tylko dusza zwierzęca.

  • agnesssja

    Widziałam ta Barbie i przeraża mnie to tak samo, jak Joannę.

  • Widziałam materiał i nie wiedziałam, czy mam się śmiać,płakać, czy może bać. Dla mnie to wykracza poza normę. Nie wspomnę już o zdrowiu.

  • Emilia Caban

    Jak dla mnie ta cała Anella jest świetny przykładem na to jak można SIEBIE zatracić, dążenie do tego by wyglądać jak zabawka…Śmiech na sali.. To niedługo będziemy się upodabniać do zabawek dziecka typu robot BEBO… DRAMAT…Widziałam ten program z „panną lalką” w DDTVN i strasznie żaluje, bo został uraz w mojej głowie…