Podobały mi się „Listy do M. 3”. Przepraszam

Lata mijają, a ja wciąż kocham bajki. Zwłaszcza te, w których na co dzień szare polskie miasta rozbłyskują świątecznymi ozdobami, brudne ulice pokrywa sztuczny śnieg, a bohaterowie, zamiast żreć się o politykę, dzielą się ze światem uśmiechem i miłością.

„To będzie hit. Nie ma lipy. Chcemy bajki na Święta i ją mamy. To jest fajnie skrojony patchwork. Dobry komercyjny produkt na Święta, który nie ma za zadanie zbawiać nikogo, ale bawić i wzruszać i to robi” – oznajmiła na facebookowym profilu Karolina Korwin-Piotrowska. Znana dziennikarka i krytyczka (w całym tego słowa rozumieniu) zobaczyła „Listy do M. 3” jeszcze przed oficjalną premierą i postanowiła podzielić się swoim umiarkowanym (choć jak na nią może nawet całkiem sporym) entuzjazmem, czym oczywiście naraziła się bardzo licznej rzeszy kinomanów, którzy nie muszą oglądać filmu, by mieć na jego temat wyrobioną opinię. Fala hejtu popłynęła szerokim strumieniem, zdaniem wielu internautów Korwin-Piotrowska najzwyczajniej w świecie dostała kupę kasy, by spłodzić przychylną recenzję, bo przecież tego typu produkcja jest z góry skazana na status gniota.

Jednak to Korwin-Piotrowska miała rację, i to podwójną. Po pierwsze „Listy do M. 3” faktycznie okazały się hitem – już w pierwszym tygodniu wyświetlania przyciągnęły przed ekrany milion widzów, co w polskich realiach jest wynikiem kosmicznym. Dołożyłem malutką cegiełkę do tego sukcesu, dzięki czemu mogłem przekonać się na własne oczy, że Korwin-Piotrowska nie przesadziła też w swojej ocenie komedii Tomasza Koneckiego.

Podobnie jak w poprzednich częściach film jest utkany z historii kilku bohaterów, których losy przeplatają się w wigilię Bożego Narodzenia.

Wielu z nich doskonale znamy (celowo użyłem liczby mnogiej, bo nie wierzę, że nie oglądałeś/aś przynajmniej jedynki). Nie mogło więc zabraknąć Mela, czyli polskiej wersji „złego świętego Mikołaja”, w brawurowej kreacji Tomasza Karolaka, którego postać powoli ewoluuje z niefrasobliwego bawidamka w dość uczuciowego, a nawet odpowiedzialnego faceta. Znów odwiedzamy zwariowaną parę Karinę i Szczepana (Agnieszka Dygant i Piotr Adamczyk), mieszkających kątem u córki, co akurat wydaje mi się trochę niekonsekwentne, zważywszy, że w poprzedniej części Karina była autorką bestsellerowych powieści. Jest też Wojciech, który wciąż nie może pogodzić się ze śmiercią żony (w tej roli doskonały Wojciech Malajkat, przez cały film ubrany w taką minę, że aż chce się go przytulić albo przynajmniej zaprosić na wódkę).

W obsadzie zabrakło niestety Macieja Stuhra, który w jednym z wywiadów narzekał, że „Listy do M.” zamieniły się w serial i dlatego postanowił się z nich wymiksować (jak doniosły plotkarskie media przez ambitną postawę przeleciała mu koło nosa fucha za ćwierć miliona złotych). Szkoda, bo świetnie pasował do tego filmu. Jego fotel w radiowym studiu zajęła Magdalena Różczka, której talenty aktorskie nigdy do mnie nie przemawiały i nie zmieniłem tej opinii także po ostatnim seansie.

Pojawiło się natomiast parę innych gwiazd lśniących pełnym blaskiem, największy bije bez wątpienia od Andrzeja Grabowskiego w genialnej roli emerytowanego cwaniaka i złodziejaszka, zamieniającego się pod wpływem magii świąt we wzorcowego dziadka. Babcią jest Stanisława Celińska, która przez ostatnie lata do perfekcji opanowała role starszych, umęczonych życiem pań. Kroku dotrzymuje im Borys Szyc, jako policyjny superman będący jednocześnie pierdołą w kontaktach z kobietami czy Bartosz Obuchowicz grający sprytnego złodziejaszka. Gdzieś w tle błyszczą Krzysztof Kowalewski, Grażyna Szapołowska i Danuta Stenka.

Na planie udało się zebrać naprawdę liczne grono świetnych aktorów, którzy znakomicie sprawdzili się w historyjkach rozgrywających się wśród udekorowanych choinek, świetlnych girland i sztucznego śniegu.

Jedne z nich są zabawne, inne sentymentalne, nie brakuje też przewidywalnych i trochę sztampowych, ale w całości tworzą bardzo przyjemną dla widza układankę.

„Listy do M. 3” to po prostu fachowo skrojony film świąteczny. Może naiwny, infantylny i słodziutki, ale dokładnie tego oczekiwałem wybierając się do kina. Zmęczony dość ponurą rzeczywistością, codziennie karmiony solidną porcją nienawiści doprawionej agresją, płynącej z ekranu komputera, telewizora czy z radiowego głośnika, mogłem chociaż przez półtorej godziny pobyć w trochę lepszym świecie, gdzie zwycięża miłość oraz dobro, i z którego aż nie ma się ochoty wracać.

„Po „Listach do M. 3” będzie się wam chciało do kogoś przytulić, pocałować, choćby dotknąć, potem zjeść pierogi, ba, nawet posłuchać kolęd (notabene – świetny soundtrack), o pójściu na lodowisko, zrobieniu testu ciążowego czy zapaleniu skręta nawet nie wspomnę…” – napisała Korwin-Piotrowska. Dodam od siebie, że po seansie zapragnąłem usłyszeć wreszcie w radiu „Last Christmas”, czyli utwór będący zwiastunem nadchodzących świąt. Uwielbiam ten słodko-kiczowaty okres. I kto mi zabroni?

Rafał

fot. Marcin Makowski/TVN

2

  • Szaman Shamansky

    Uwierz. Nie oglądałem jedynki, bo nie jestem fanem Karolaka ;P

    • Rafał Natorski

      Wierzę na słowo 🙂 Też nie należę do najbardziej zagorzałych wielbicieli Karolaka, ale akurat w tej serii dostał skrojoną pod siebie rolę

  • Palec pod budkę

    Byłam na każdej części w kinie i czuję się z tym dobrze. Jest to film lekki i przyjemny, choć nie przeszkadza mi to, ja bawiłam się wspaniale!

    • Rafał Natorski

      I o to przecież chodzi w takich bezpretensjonalnych filmach

  • Natalia Paszkowska

    Byłam na przedpremierowym pokazie i szału niestety nie było. Jedynie Karina i Szczepan świetni jak zwykle 🙂

  • Sister knows better

    Powiem szczerze, że idąc na pierwszą część byłam negatywnie nastawiona i spodziewałam się kopii Love Actually – wystarczyło popatrzeć na plakat… Spotkało mnie jednak miłe zaskoczenie i uważam, że jest to jednak z przyjemniejszych komedii polskiej kinematografii w ostatnim czasie… Trzeciej części jeszcze nie widziałam, ale pora się wybrać i wczuć w świąteczny klimat 🙂

  • lawendowa

    Coś w tym jest. Choć tego typu filmy do ambitnych nie należą i nakręcają komercję świąt to przyznam szczerze, że sama się na nią łapię. Trzeciej części jeszcze nie widziałam, ale dwie poprzednie bardzo mi się podobały, chociaż nie jestem osobą, która na codzień ogląda przesłodzone filmy.

  • Julia

    Teraz jest czas na Listy do M jak w czerwcu na truskawki. Czy truskawki to produkt komercyjny nastawiony na zysk? no właśnie. Wszystko ma swój sezon 🙂