Po co czytać książki?

Pytanie „po co” jest dużo trudniejsze niż „dlaczego”. Można czytać, bo się to lubi, bo ma się taką potrzebę, bo jest się ciekawym losów bohaterów. OK. Ale po co?

Wstęp nie będzie związany z literaturą. Przez cztery lata byłam harcerką; podczas jednej ze zbiórek nasza drużynowa Marzenka kazała nam napisać na kartkach, po co jesteśmy w harcerstwie. Nasze odpowiedzi odczytała na głos: bo szukałam/em przyjaciół, bo namówiła mnie koleżanka, bo pomyślałam/em, że to coś dla mnie. Marzenka popatrzyła na nas wielkimi oczami i pokręciła głową. „Ale pytanie brzmiało: PO CO jesteś w harcerstwie. Nie dlaczego, tylko po co”.

Odpowiedź na tak postawione pytanie okazuje się trudniejsza.

Podobnie jest z literaturą. Są ludzie, dla których czytanie jest normalne jak jedzenie czy oddychanie. I ludzie, dla których czytanie jest poza kręgiem wszelkich zainteresowań. Ci drudzy nie wiedzą, jak ogromny wpływ na nasze życie mają, a przynajmniej powinny mieć książki. Po co więc czytać?

By znać swój język

Jest takie jedno słówko, którego nienawidzę – a słyszałam je nawet z ust absolwentów polonistyki czy prominentnych polityków. To słówko to „włanczać”. Coś okropnego. A wystarczy zobaczyć je na piśmie, żeby się go dożywotnio oduczyć. Nikt nigdy, w żadnej książce, nie przeczyta „włanczać”, tylko „włączać”. Mam wrażenie, że to słowo z miejsca demaskuje osobę nieczytającą. Podobnie jest z „wziąść”. Czytanie jest niezbędne, żeby dobrze poznać swój język – utrwalić ortografię, idiomy, trudne zwroty, poznać nowe związki frazeologiczne i nieznaną terminologię, a także, by odkryć sposoby, w jakie można zestawiać ze sobą słowa. Dla mnie to niekończąca się nauka! Weź do ręki którąś z książek Kuby Żulczyka, Szczepana Twardocha, Doroty Masłowskiej, Jerzego Pilcha, Andrzeja Stasiuka… Weź do ręki „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza! O Nabokovie już nawet nie wspomnę. Zobacz, co potrafią zrobić ze słowem. Czy to nie fascynujące?

By mieć coś w głowie

Czytanie jest jak podróże – poszerza horyzonty. Ten, kto odpuszcza sobie czytanie, to tak, jakby odpuścił sobie myślenie. O tym, że dzięki książkom możemy poprawnie się wysławiać, już wspomniałam. Ale czytanie powieści to również lekcja:
• geografii,
• historii,
• tolerancji,
• psychologii,
• socjologii,
• biologii,
• polityki.

I tak dalej. W zasadzie wszystkiego. Kiedy czytasz, poznajesz nie tylko drugiego człowieka, ale również siebie. Po przeczytaniu „Dzikiej drogi” Cheryl Strayed – choć to powieść autobiograficzna – miałam poczucie, że podobnie jak autorka odnalazłam siebie. To był akurat czas, gdy mały budził mi się w nocy baaardzo często, w dzień bywał nieznośny i marudny. Dużo wtedy popełniłam tekstów o macierzyństwie. Dziś jestem znacznie spokojniejsza :-). Już rozumiesz? Lektura dobrej, a w zasadzie każdej książki będzie dla ciebie cenną lekcją.

By nie dać się omotać politykom (!)

Gdy czytasz „Władcę much” Williama Goldinga (notabene noblisty), już od samego początku czujesz, że to alegoria, że w tym uwijaniu się chłopców na wyspie po wybuchu bomby atomowej jest dużo głębszy sens. Tak samo u Orwella – czytasz ten cały „Folwark zwierzęcy” i wiesz, że tutaj nie chodzi tylko o świnie. Oczywiście, że nie. I Golding, i Orwell analizowali m.in. mechanizmy totalitarne. Obaj w swoich książkach pod płaszczykiem nieskomplikowanej treści próbowali pokazać czytelnikowi, że podstawą rządów totalitarnych jest wywołanie w ludziach strachu przed bliżej nieokreślonym zagrożeniem z zewnątrz. Czy to nie brzmi znajomo? Czy w dzisiejszych czasach nie słyszymy ciągle, że ktoś ciągle zagraża nam, Polakom i Polsce? Terroryści, emigranci, lewactwo, ubeckie wdowy, totalna opozycja. Kto czyta, nie tak łatwo da się na to nabrać.

AKTUALIZACJA (04.10.2017). Właśnie natknęłam się na tekst o technikach manipulacji. Należy do nich tzw. syndrom oblężonej twierdzy: „zjawisko polegające na wzbudzaniu poczucia zagrożenia ze strony mniej lub bardziej wyimaginowanego wroga. Grupa społeczna przejawiająca wysoki poziom poczucia zagrożenia o wiele chętniej rezygnuje z indywidualizmu dążąc do homogeniczności i oddaje władzę nad sobą osobom, które deklarują grupie zapewnienie bezpieczeństwa. Syndrom oblężonej twierdzy jest często wykorzystywany przez polityków, którzy wzbudzają poczucie zagrożenia elektoratu, a następnie oferują ratunek z wyimaginowanej opresji. Elektorat, aby zredukować nieprzyjemne poczucie zagrożenia odda głos na polityka. W tym sensie posługiwanie się syndromem oblężonej twierdzy jest psychomanipulacją” (Wikipedia).

Nie od dziś zżymam się, że książka w dyskusji publicznej praktycznie nie istnieje. Politycy na Twitterze opluwają się jadem i śmieją się z „hatakumby”, ale żeby któryś pochwalił się, co ostatnio przeczytał, to sobie nie przypominam. Za granicą to nie do pomyślenia – tam znani politycy i celebryci przychodzą na spotkania autorskie, opowiadają o książkach, dyskutują o literaturze. U nas? Jak jest, wiadomo. Myślę sobie jednak, że nieporuszanie tego tematu, czyli niezachęcanie do czytania, może być działaniem z premedytacją. Nie od dziś wiadomo, że masą o ograniczonych horyzontach znacznie łatwiej się steruje. Po co więc politycy mieliby namawiać Polaków do czytania? Działaliby wtedy sami sobie na szkodę. Nie daj Boże, żeby w tłumie znaleźli się miłośnicy Orwella.

Nie daj się na to nabrać. Czytaj książki!

By przeżyć przygodę

Przeżywanie przygód jest wspaniałe, ale powiedzmy sobie szczerze: jak często mamy na to czas, szczególnie gdy jesteśmy dorośli? Nawet wypoczywamy w pośpiechu. Tymczasem książki pozwalają przeżyć coś niesamowitego, bez wychodzenia z domu i wydawania pieniędzy. Warunek: musisz znaleźć powieść, która cię pochłonie. Jeszcze niedawno kobiety szalały za trylogią o Christianie Greyu. Krytycy zgrzytali zębami, że to szmatławiec bez stylu, przesłania, w ogóle dno i metr mułu. W porządku, nie jest to literatura wysokich lotów. Ale skoro kobiety zatraciły się w tej powieści, to w czym to komu przeszkadza?

Przyznam, że od pewnego czasu doświadczam czegoś, co można uznać za „klęskę urodzaju”. Oglądam filmy, czytam książki, ale przelatuje to wszystko przeze mnie jak przez sito. Po tygodniu nie pamiętam, co ostatnio widziałam, nie potrafię streścić ostatnio przeczytanej książki (albo w ogóle nie pamiętam tytułu!). Gdy jednak zdarzy się, że natrafię na perełkę (jak „Ślepnąć od świateł” Żulczyka, „Pianistka” Jelinek, „Dzika droga” Strayed), przepadam na dobre! Dobra książka zmusza do myślenia, angażuje, każe zastanowić się nad sobą i swoim postępowaniem, daje odpowiedzi na trudne pytania. Ludzie często zapominają, że książka to nie wróg, a przyjaciel. Najlepszy!

By…

• Stymulować mózg – udowodnione naukowo,
• Mieć coś ciekawego do powiedzenia – zawsze możesz przecież porozmawiać o… książkach,
• Zrelaksować się na dobry początek dnia albo na jego koniec,
• Utrwalić obcy język, jeśli czytasz w oryginale,
• Mieć rozrywkę za darmo (przypominam o bibliotekach i bookcrossingu),
• Nigdy się nie nudzić.

My z Rafałem uwielbiamy rozmawiać o książkach. Rozmawialiśmy o nich nawet dzisiaj. Idziemy do kina na ekranizację „To” (musicie wiedzieć, że Rafał jest wielkim miłośnikiem twórczości Stephena Kinga, pod ciężarem książek króla horroru uginają nam się półki – dosłownie).

Ja: – Książka jest dobra?
Rafał: – Tak, bardzo dobra. To jedna z lepszych powieści Kinga.
Ja: – Ale jest straszna?
Rafał: – Jest straszna.
Ja: – To będę się bała w kinie, skoro to horror.
Rafał: – To po co idziesz na ten film?
Ja: – Bo lubię chodzić do kina, ale nie lubię horrorów.
Rafał: – A właśnie, ktoś napisał recenzję, że też bał się iść do kina, bo pierwsza ekranizacja „To” go przeraziła. Faktycznie była już ekranizacja „To”, ale nie kojarzę, żeby kiedykolwiek pokazywali ją w telewizji…
Ja (trochę później): – Wiedziałeś, że 21. września King skończył 70 lat?
Rafał: – Tak, tak.
Ja: – No to trzeba mu było wysłać kartkę! Przecież wystarczyłoby, żebyś na kopercie napisał: „Stephen King, Maine”. Albo: „Stephen King, that scary house in Maine”. Jak wysłałam kiedyś list do Adama Małysza, to napisałam tylko: „Adam Małysz, Wisła-Kopydło”. I dostałam odpowiedź od Izy Małysz!

Tym sposobem płynnie przeszliśmy od Kinga do Małysza. W naszym domu i w mojej rodzinie książka jest stale obecna, bo moja siostra również bardzo dużo czyta, a ja uwielbiam otaczać się ludźmi zakochanymi w literaturze. A przy okazji, that scary house in Maine wygląda tak:

O tym, jak książka potrafi wpłynąć na życie człowieka (co nie znaczy, że zawsze pozytywnie), niech świadczy fakt, że Mark David Chapman, zabójca Johna Lennona, tuż po dokonaniu morderstwa miał przy sobie egzemplarz „Buszującego w zbożu” Salingera. Nie tylko Chapman chciał wzorować się na głównym bohaterze powieści Salingera, Holdenie Caulfieldzie. Innym zamachowcem mającym obsesję na punkcie „Buszującego w zbożu” był John Hinckley Jr., który strzelał do prezydenta USA Ronalda Reagana – rzekomo, by zwrócić na siebie uwagę aktorki Jodie Foster. Hinckley chciał nawet zmienić nazwisko na Caulfield. Co ciekawe, identyfikował się także z…Markiem Davidem Chapmanem.

Czytam mniej, niż bym sobie tego życzyła. Mało tego! Przez wiele lat wcale nie lubiłam czytać! Zawsze tłumaczyłam, że wolę książki… pisać. Dziś wiem, że czytanie jest niezbędne dla zachowania higieny psychicznej, dla relaksu, złapania dystansu do świata, do siebie. Czytam jako autorka, by pisać coraz lepsze powieści. I jako czytelniczka, która nieustannie poszukuje dobrej opowieści.

Książki, które polecam serdecznie (inne niż wymienione w tekście); pierwsze, które przyszły mi do głowy:

• Szczepan Twardoch „Król”
• Igor Ostachowicz „Zielona wyspa”
• Stephen King „Gra Geralda” (jest ekranizacja!)
• Markus Zusak „Złodziejka książek”
• Margaret Mitchell „Przeminęło z wiatrem”
• Jonathan Carroll „Białe jabłka”
• J.K. Rowling 7 części „Harry’ego Pottera”.

Ewa

fot. Unsplash, zdjęcie domu S. Kinga: Wikipedia

3

  • Sielskie Klimaty Moniki

    Bardzo ciekawy i pouczający post. Kiedyś niestety należałam do osób posługujących się słowem „włanczam”, było to okropne. Nie dość, że po prostu używałam tego słowa wszędzie to jeszcze kłóciłam się ze swoim chłopakiem, że tak właśnie się mówi! 😀 Teraz się z tego śmieje, ale momentami mi wstyd gdy pomyślę, że słyszało to tak wiele osób. 😀 W tym momencie jestem już dojrzała i wiem po co czytam. To dla mnie swego rodzaju medytacja. Przede wszystkim relaksuje się i regeneruję. 🙂 Pozdrawiam serdecznie.

  • Pola prisme

    Nie wiem czy na tą chwilę sama byłabym w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie nie tylko w kwesti literatury, ale i innych aspektów życia. Niegdyś za czasów szkolnych pochłaniałam przeróże powieści fantastyczne. Obecnie będąc na studiach nie pamiętam kiedy ostatni raz czytałam coś co chciałam i coś co mnie niesamowicie pochłonęło.. czy kiedyś te czasy powrócą? potrafię się dobrze zorganizować, ale to moje nowe wielkie miasto zabiera mi naprawdę dużo czasu! 🙁