Pienińska przygoda, czyli dlaczego warto odwiedzić Krościenko

„Nie musicie zamykać drzwi, bo u nas nie ma złodziejstwa” – stwierdziła już na wstępie właścicielka domu w Krościenku, gdzie spędziliśmy bardzo miły tydzień. I nie jest to jedyny atut uroczej miejscowości nad Dunajcem.

Dzieje Krościenka są znacznie bardziej imponujące, niż mogłoby się wydawać turyście przybywającemu dzisiaj do tej spokojnej i dość sennej miejscowości przeciętej wstęgą pięknego o każdej porze roku Dunajca. Już w połowie XIV wieku Kazimierz Wielki ulokował tutaj na prawie magdeburskim miasto noszące wówczas nazwę Crosno. 600 lat później, ze względu na małą liczbę mieszkańców, Krościenko straciło prawa miejskie i zostało zdegradowane do poziomu wsi, czego miejscowi do dziś chyba nie zaakceptowali, bo gospodyni, u której mieszkaliśmy przy różnych okazjach podkreślała sformułowanie „nasze miasto”.

Akt lokacyjny, zezwalający okolicznej ludności na łowienie ryb w Dunajcu i polowania na zwierzynę w królewskich lasach, spłonął zresztą podczas najazdu husytów, ale z tamtych czasów przetrwał dzisiejszy, regularny układ ulic oraz urokliwy czworoboczny ryneczek. W szczycie sezonu turystycznego kwitnie tutaj życie, my odwiedziliśmy Krościenko tuż po feriach zimowych, dlatego większość restauracji i kawiarni było zamkniętych na cztery spusty. Cudem udało nam się znaleźć sklepik z magnesami na lodówkę, czyli obowiązkową pamiątką przywożoną z każdej eskapady.

Jednak ten międzysezonowy marazm ma też swoje zalety, przede wszystkim pozwala na wyciszenie i spokojne kontemplowanie uroków okolicy, a ta jest naprawdę cudna, nawet na początku marca, czyli w tym mało interesującym wizualnie okresie, gdy zima pozostawiła po sobie smętne i szare pobojowisko, natomiast wiosna nie zdążyła się jeszcze zadomowić.

Nic dziwnego, że to właśnie w Pieninach utworzono pierwszy w Polsce park narodowy, który wśród wszystkich 23 tego typu obszarów objętych ochroną prawną na terenie naszego kraju ma wciąż najwyższy wskaźnik nasilenia ruchu turystycznego w przeliczeniu na hektar powierzchni.

W spokojnym z pozoru Krościenku zawsze zresztą sporo się działo. W średniowieczu przez miasto przebiegał słynny trakt Via Regia, który przemierzały orszaki królewskie i karawany kupców. Tędy w pogoni za świętą Kingą, podążały tatarskie czambuły. Nad Dunajec – według Jana Długosza – już przed wiekami ściągali poszukiwacze złota, zwabieni mirażem bogatych pokładów cennego kruszcu.

Dziś w Krościenku raczej nie znajdziemy samorodków, które uczynią z nas bogaczy. Bez trudu odkryjemy za to inny z tutejszych skarbów natury, czyli źródła wód mineralnych o wdzięcznych nazwach „Stefan” i „Michalina”. Miejscowa ludność już przed wiekami czerpała „kwaśną wodę” o leczniczych właściwościach, stanowiącą skuteczne remedium na problemy z układem pokarmowym czy oddechowym. W XIX w. trafiła ona nawet na półki aptek w Krakowie i Lwowie, natomiast w 1934 r. Krościenko zostało oficjalnie uznane za uzdrowisko.

Szybko okazało się jednak, że krościeńskie źródełka mają zbyt małą wydajność i plany, by miejscowość stała się sanatoryjnym kurortem, spaliły na panewce. Znacznie większą sławę wśród kuracjuszy zyskała pobliska Szczawnica. Nie zmienia to faktu, że warto wybrać się do miejsca, skąd biją „Stefan” i „Michalina”. Trasa jest bardzo urokliwa, lekko stroma, przy odrobinie fantazji można ją pokonać nawet z dziecięcym wózkiem, choć lepiej sprawdzi się nosidełko, co zaświadczamy własnym przykładem.

W Krościenku wypoczywaliśmy z 11-miesięcznym brzdącem, dlatego wypad do źródełek był najambitniejszym z naszych górskich dokonań. Następnym razem na pewno zdobędziemy więcej pienińskich szczytów, wszak stąd prowadzą szlaki na Trzy Korony, Sokolnicę, Lubań czy Turbacz.

Tutaj kończy się również spływ flisackimi łodziami malowniczym przełomem Dunajca, który pozwala przeżyć niezapomnianą podróż przez unikatowy zakątek będący krajobrazową osobliwością na skalę europejską. Liczne banery i tablice zachęcają do pokonania trasy w bardziej nowoczesny sposób: kajakiem lub pontonem. Gdy Filip trochę dorośnie być może zakosztujemy takiej atrakcji.

Tym razem musiały nam wystarczyć spacery, na przykład do Szczawnicy (w obie strony ponad 15 kilometrów), bardzo popularnego w PRL-u uzdrowiska, które chyba wciąż żyje głównie wspomnieniami o tamtych pięknych czasach, bo zdecydowanie wymaga solidnego liftingu. Najlepszym przykładem jest posępny park zdrojowy, nad którym góruje opuszczony i zdewastowany budynek dawnego sanatorium, dziś mogący służyć jako sceneria horroru. Takich niezbyt reprezentacyjnych obiektów znaleźliśmy w Szczawnicy więcej. Na szczęście całkiem niezła okazała się tutejsza gastronomia. Gorąca czekolada i naleśniki kanadyjskie w kawiarni Englander były naprawdę pyszne!

Krościenko ma tę zaletę, że kiedy znudzi się już jego małomiasteczkowość, całkiem blisko znajdziemy mnóstwo innych atrakcji: wąwóz Homole, słowacki Czerwony Klasztor, zamki w Niedzicy czy Czorsztynie albo zapora wodna i sztuczne Jezioro Czorsztyńskie, po którym można popływać statkiem.

Długo można wyliczać ciekawe miejsca, ale zdecydowanie lepiej zobaczyć je na własne oczy. Zapraszamy zatem w Pieniny!

Rafał

   

5

  • Silene

    Piękne zdjęcia <3 Muszę się tam kiedyś wybrać 🙂
    Pozdrawiam
    https://writtenbysilene.blogspot.com/

  • Arkadiusz Nagrodzki

    Bardzo zachęcający opis
    http://newsgames.pl/

  • Piotr Koścień

    Może dopiszę to miejsce do moich odwiedzin w tym roku 🙂

    Póki co zapraszam 🙂

    http://wszystkojestniczym.blox.pl/html

  • Jestem u was pierwszy raz i chciałbym pochwalić wygląd bloga 🙂 Bardzo mi się podoba 🙂

    Co do artykułu – przyjemnie się czytało i z miłą chęcią będę tutaj zerkał bo jest bardzo przyjemnie.