Pięć powodów, dla których uwielbiam „Last Christmas”. Choć jestem facetem

Wkurzasz się, gdy po raz setny słyszysz w radiu George’a Michaela, który ubolewa, że w święta oddał ukochanej serce, a został kopnięty w tyłek? Ja natomiast podgłaśniam wówczas odbiornik i zaraz wytłumaczę dlaczego…

Po pierwsze, czysta magia świąt

Znany satyryk Jan Tadeusz Stanisławski zasłynął przed laty zabawnymi wykładami o „wyższości Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia”. Jednak zdecydowana większość Polaków ma odmienne zdanie. Z niedawnego sondażu wynika, że prawie trzy czwarte naszych rodaków najbardziej ze wszystkich świąt lubi Boże Narodzenie

Dlaczego tych kilka grudniowych dni darzymy takim sentymentem? Każdy ma swoją odpowiedź. Radość sprawia nam ubieranie choinki, wręczanie i otrzymywanie prezentów, śpiewanie kolęd oraz rodzinne spotkania przy wigilijnym stole. Jedni z niecierpliwością wertują program telewizyjny, żeby sprawdzić, o której godzinie rozpocznie się „Kevin sam w domu”, inni rozczulają się słuchając w radiu nieśmiertelnego przeboju grupy Wham! „Last Christmas”.

Należę do tych ostatnich. Choć denerwuje mnie, że konsumpcyjny potwór, który opanował nasz świat, podkręca bożonarodzeniową gorączkę tuż po wygaśnięciu świeczek zapalanych na grobach 1 listopada i na wiele tygodni przed Wigilią wysyła armię groteskowych często Mikołajów na nasze ulice oraz pasaże w galeriach handlowych, to jednak nieodmiennie wzruszam się, gdy po raz pierwszy słyszę w radiu Geoerge’a Michaela śpiewającego o miłosnej porażce i nieczułej kobiecie z „lodowatą duszą”.

Gdy słyszę „Last Christmas” wiem, że rozpoczął się ten przedziwny okres w roku, jednocześnie nerwowy i stresujący (zawsze jest wtedy mnóstwo pracy i zleceń, a przecież trzeba równocześnie myśleć o prezentach, sprzątaniu, przygotowywaniu świątecznych potraw i tak dalej…), ale przecież także piękny, rodzinny i taki trochę oniryczny. Święta mają w sobie magię, nawet jeśli nie są tak białe, jak te, o których marzą w innym bożonarodzeniowym evergreenie Bing Crosby, Frank Sinatra czy Michael Buble.

Po drugie, dawnych wspomnień czar

Niedawno uświadomiłem sobie, że lubię „Last Christmas”, bo kojarzy mi się z czasami dzieciństwa. Może trudno w to uwierzyć, ale premiera utworu miała miejsce 10 grudnia 1984 roku, czyli 32 lata temu… Szmat czasu, o czym najlepiej świadczy fakt, że mojej ukochanej żony nie było jeszcze wówczas na świecie. Za to ja, trochę urwisowaty 11-latek, szalałem z koleżankami i kolegami na dyskotekach w podstawówce.

Raczej nie podrygiwaliśmy wówczas do „Last Christmas”, ale towarzyszyły nam utwory o bardzo podobnych brzmieniach, które dziś są zwykle uznawane za synonim obciachu i kiczu królującego w tamtej epoce. „Muzycznie zaś to prosty, syntezatorowy aranż, który ociera się gdzieś o wczesną muzykę chodnikową, prekursora disco-polo pod względem czysto brzmieniowym i strukturalnym. To powtarzane, przez 3 minuty, cztery akordy: D-Bm-Em-A, których progresja jest przyjemna dla ucha – co, w połączeniu z odpowiednim aranżem pełnym tropów kojarzonych powszechnie ze świętami (dźwięki tamburynu, dzwonki, elektroniczne pianino) zapewnia temu utworowi długowieczność” – tak fenomen piosenki grupy Wham! tłumaczy na łamach serwisu natemat.pl Dynamitri, bloger i dziennikarz muzyczny.

Bez wątpienia „Last Christmas” nie jest dziełem, które zmieniło bieg muzycznej historii. Dla mnie jednak pozostaje żywym wspomnieniem fajnych czasów, gdy dziewczyny wieszały nad łóżkami plakaty z wizerunkiem George’a Michaela i wzdychały do niego wieczorami, a chłopaki marzyli, by kiedyś wzbudzać w koleżankach takie pożądanie. Czasów, gdy o brytyjskim gwiazdorze mówiło się tylko w kontekście kolejnych hitów, a nie przy okazji zatrzymania przez policję w londyńskim parku, gdy wynurzał się z krzaków po kontakcie seksualnym z przypadkowo poznanym kierowcą ciężarówki.

Po trzecie, bajkowy klip

Pisząc o „Last Christmas” trudno nie wspomnieć o ilustrującym utwór teledysku, przedstawiającym grupę przyjaciół, którzy spędzają święta w pięknym drewnianych domku stojącym na zboczu zalesionej góry. Zima w pełnej krasie, bitwy na śnieżki, spacery wśród zasp, a wieczorem pogaduszki przy buchającym ciepłem kominku i rozświetlonej choince. Śmiech, miłość i przytulanki.

Słodko? Do porzygu – stwierdził kiedyś mój kumpel, urodzony sceptyk o skłonnościach depresyjnych. Być może, ale mimo to uwielbiam ten filmik. Także dlatego, że zawsze marzyłem o spędzeniu Bożego Narodzenia w pięknych okolicznościach przyrody, ale dotychczas jakoś nie zrealizowałem swoich fantazji. Nawet w szalonych czasach studenckich, gdy najczęściej łamałem szablony i życiowe schematy, jakoś zawsze „wracałem na święta do domu”, cytując inny okolicznościowy klasyk, śpiewany przez Chrisa Rea.

Z badań CBOS wynika, że jestem w licznej grupie – 70 proc. Polaków zostaje na Boże Narodzenie w swoim gniazdku lub odwiedza bliskich. Jednak z roku na rok rośnie też grono rodaków decydujących się na świąteczny wyjazd, zwykle do ciepłych krajów, Egiptu czy Dominikany. Jeśli kiedyś pójdę ich śladem, to wybiorę jednak inny kierunek – będzie to szwajcarski kurort Saas-Fee, gdzie kręcono teledysk do „Last Christmas”. Może uda się zamieszkać w tym samym domku, w którym George mizdrzył się przy choince do ukochanej?

Po czwarte, zachęta do biegania

Jak już wiecie, a jeśli nie, to właśnie się dowiedzieliście, bardzo lubię biegać. Moim ulubionym towarzyszem zmagań z kilometrami, deszczem, śniegiem, upałem i własnymi słabościami jest muzyka. Brzmiące w uszach utwory dodają sił w trudnych momentach, pomagają zapomnieć o bolącym udzie czy suchości w ustach, a także stanowią świetną motywację do podkręcanie tempa.

Kiedyś może napiszę o mojej sportowej playliście, trochę szalonej i zakręconej, ale teraz muszę wrócić do „Last Christmas”. Mniej więcej na początku grudnia ładuję do odtwarzacza zawartość folderu o nazwie „Święta”. I aż do wigilii biegam słuchając „Santa Claus is Coming to Town”, „All I Want for Christmas is You” czy piosenki z mojego ulubionego bożonarodzeniowego filmu, czyli „W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju”. Poczesne miejsce w tym zestawie zajmuje oczywiście nieśmiertelny hit Wham!. Gdy słyszę „Last Christmas”, czuję przyjemne ciepło, nawet jeśli biegnę właśnie błotnistą lub oblodzoną ścieżyną, a po okularach spływa topniejący śnieg. Wyobrażam sobie wtedy, jak fajnie będzie wrócić do ciepłego domu, usiąść przy rozświetlonej choince, przytulić żonę i pobawić się z synkiem.

Po piąte, nic lepszego w tym temacie nie wymyślono

„Last Christmas” ma ogromną konkurencję, ponieważ świąteczne klimaty stanowią prawdziwą żyłę złota dla artystów, zarówno tych z samego szczytu, jak i podrzędnych śpiewaków. Żeby się o tym przekonać, warto obejrzeć świetny film „Był sobie chłopiec”. Jego głównym bohaterem jest Will (perfekcyjnie wykreowany przez Hugh Granta), 38-letni wieczny chłopiec prowadzący beztroskie życie, nie zmącone takimi pierdołami jak praca. Spokojną egzystencję umożliwiają mu tantiemy z bożonarodzeniowego hitu skomponowanego przed laty przez ojca.

Podobno George Michael zarobił dotychczas na swoim przeboju ponad 25 mln dolarów. I wcale nie jest rekordzistą, ponieważ na konto Mariah Carey wpłynęło już blisko 50 mln dol. z opłat licencyjnych za „All I Want for Christmas is You” – pierwszej piosenki świątecznej, która w Stanach Zjednoczonych sprzedała się w liczbie ponad miliona dzwonków na telefon.

Nic dziwnego, że w tym okresie muzycy próbują nas wzruszyć, poruszyć i wycisnąć jak najwięcej kasy. Stąd zalew kolęd i rozmaitych okolicznościowych utworów wykonywanych przez wszystkich, nawet bezkompromisowych artystów znanych z bardziej ostrego brzmienia, czego przykładem jest słynny „Heavy Metal Christmas” legendarnego gitarzysty Joe Satrianiego.

I co z tego? Lata mijają, kolejni próbują, a w radiu i tak najczęściej rozbrzmiewa „Last Christmas”. O właśnie znów leci w RMF-ie. Miło…

Rafał

fot. Pixabay

A teraz posłuchajmy i obejrzyjmy jeszcze raz

5

  • conatonatorscy.pl

    „Bez wątpienia „Last Christmas” nie jest dziełem, które zmieniło bieg muzycznej historii”.
    Polemizowałabym. Bo jakie piosenki zmieniają bieg historii? Właśnie takie – nierzadko proste melodie, które grali, grają i prawdopodobnie będą grać, gdy nas już nie będzie na świecie. Ludzie kochają ten utwór, ze świętami kojarzy się jak żaden inny, jest ponadczasowy. To wystarczy!
    Ewa

  • I autor najsłynniejszej świątecznej piosenki umarł w święta. Ironia losu. Smutne

  • Olusiek

    Zachęta do biegania… och gdybym mogła w taką pogodę pobiegać :c
    olusiek-blog.blogspot.com- klik!