„Ostatni Jedi” – refleksje po seansie (nie tylko dla fanów)

Od pewnego czasu jednym z moich najbardziej efektywnych kryteriów oceny filmu jest liczba scen, które… przespałem w trakcie seansu. Czy najnowsza odsłona „Gwiezdnych wojen” też mnie uśpiła?

Muszę ze wstydem donieść, że coraz częściej zdarza mi się uciąć sobie drzemkę w kinie. Nie wiem, czy jest to konsekwencja panujących tam sprzyjających okoliczności (ciemność, wygodny fotel, przyjemne ciepełko), czy może fizycznego zmęczenia materiału, ale sklejanie powiek stało się pewnego rodzaju tradycją, podobnie jak rozlegające się zewsząd dźwięki kompulsywnego grzebania w pudłach z popcornem, już o zapachu prażonej kukurydzy nie wspominając.

Lista obejrzanych ostatnio filmów, podczas których choć na krótko nie straciłem wątku, jest przerażająco krótka. W zasadzie mogę ze 100-procentowym przekonaniem zapewnić, że nie przyciąłem komara (nawet przez chwilę!) tylko na „Dunkierce”, może ewentualnie jeszcze „Listach do M. 3”, choć w tym drugim przypadku nie mam już bezdyskusyjnej pewności.

Oczywiście im bardziej wciągający film, tym usilniej walczę z sennością, ale ponieważ większość najnowszych produkcji jest wtórna i nudna, mogę bez żalu zapadać się w objęciach Morfeusza.

Jest jednak seria, której każda kolejna odsłona wywołuje u mnie wyjątkową mobilizację. Idę wówczas do kina z mocnym postanowieniem, że nie prześpię nawet minuty, bo przecież właśnie wtedy może zdarzyć się na ekranie coś bardzo istotnego. Coś, co będzie miało kolosalne znaczenie dla biegu wydarzeń i losów bohaterów.

„Gwiezdne wojny” pokochałem w mrocznych i szarych latach 80. Starszy brat zabrał mnie wówczas na „Imperium kontratakuje”, czyli drugą część kosmicznej sagi George’a Lucasa. Z tego, co pamiętam, wcale nie przeszkadzał mi fakt, że nie widziałem pierwszej. Nie miałem zresztą czasu na tego typu refleksje, gdyż zbierałem z podłogi szczękę, która opadała już po pierwszych scenach, a zwłaszcza bitwie toczącej się na śnieżnej planecie Hoth.

Potężne, imperialne maszyny kroczące wywarły potężny wpływ na chłopięcą psychikę, co znalazło odzwierciedlenie w licznych snach oraz nałogowo tworzonych wówczas przeze mnie komiksach. Większość tych historyjek rysunkowych relacjonowała atak potwora lub wielkiego robota na miasto, kończyła się zaś gigantyczną rozpierduchą. Musiały robić spore wrażenie na odbiorcach, skoro zaniepokojeni rodzice poprosili o radę psychologa, który ponoć stwierdził, że nie ma powodów do obaw, a dzieła świadczą tylko o mojej kreatywności i wyobraźni.

Zachwycony „Imperium kontratakuje” obejrzałem pierwszą (w kolejności powstawania, bo chronologicznie czwartą) część cyklu, czyli „Nową nadzieję”, dzięki czemu dowiedziałem się, jak doszło do tego, że młody farmer Luke Skywalker odkrył istnienie Mocy (czyli pola energii spajającej cały wszechświat), został rycerzem Jedi, a na koniec poznał prawdziwego ojca, którym okazał się demoniczny Darth Vader, notabene mój ulubiony bohater sagi, do dziś zresztą filmowe „czarne charaktery” pasjonują mnie bardziej niż ich nudni zazwyczaj rywale o dobrym sercu i czystych intencjach.

Siłą opowieści stworzonej przez George’a Lucasa są właśnie barwne i pełnokrwiste postacie.

Od Hana Solo, bezrefleksyjnego przemytnika przeobrażającego się w dzielnego bojownika Rebelii, po kukiełkowego mistrza Yodę, obleśno-żabowatego międzyplanetarnego gangstera Jabbę, małomównego, ale piekielnie skutecznego łowcę nagród Bobę Fetta, zaś kończąc na kultowym duecie robotów – gadatliwym C-3PO oraz przydatnym w kryzysowych momentach R2-D2.

Nie tylko z tego powodu „Gwiezdne wojny” stały się fenomenem i na stałe weszły do popkulturowego kanonu, w zasadzie tworząc jego podwaliny. Lucas, niczym najlepszy mistrz kuchni, wrzucił do kosmicznego kotła same smakowite kąski: motyw walki dobra ze złem, samoniszczącą naturę gniewu i nienawiści, zmagania z odwiecznie kuszącą ludzkość „ciemną strony mocy”, konflikty międzypokoleniowe i oczywiście miłość. Wszystko to oblał smakowitym sosem świetnej przygody, humoru, akcji czy nowatorskich efektów specjalnych. W efekcie otrzymaliśmy dzieło wybitne, palce lizać!

O smaku każdej potrawy decydują jednak perfekcyjnie dobrane proporcje składników. Oryginalna trylogia stała się legendą, ponieważ jej twórcy mistrzowsko balansowali między szeroko rozumianym kiczem, nierozerwalnie związanym z rozrywkowymi superprodukcjami a uniwersalną opowieścią, która oferuje widzowi nie tylko poczucie miło spędzonych dwóch godzin, lecz również trochę daje do myślenia, a może nawet stwarza pole do głębszej refleksji. To dlatego fenomen „Gwiezdnych wojen” do dziś jest analizowany na wielu płaszczyznach; jedni dopatrują się religijnych alegorii, inni doszukują aluzji politycznych.

Problem w tym, że legendę zaczęli podkopywać… jej twórcy.

Czternaście lat po premierze „Powrotu Jedi” na ekrany kin triumfalne wkroczyło „Mroczne widmo”, czyli chronologicznie pierwsza część kosmicznej sagi, opowiadająca m.in. o dzieciństwie Anakina Skywalkera, czyli przyszłego Dartha Vadera. Wciąż pamiętam, jak z bijącym sercem zasiadłem wówczas w kinie, by znów odbyć podróż po galaktykach. I niestety nie mogę też zapomnieć, jak rozczarowany wstawałem z fotela po seansie, gdy okazało się Lucas bezczelnie nakręcił pełnometrażową reklamę dla dzieci, pełną zabawkowych gadżetów i śmiesznych stworków, z irytującym Jar Jar Binksem na czele, do dziś dzierżącym tytuł najbardziej znienawidzonego przez fanów bohatera „Gwiezdnych wojen”. Choć komputerowe efekty robiły wrażenie, „Mroczne widmo” pozostało przeciętną historyjką science-fiction, z jednowymiarowymi postaciami, średnio ciekawą fabułą i topornym humorem.

Później było trochę lepiej. Kolejne odsłony sagi – „Atak klonów” i „Zemsta Sithów” nabrały nieco głębi, stały się bardziej mroczne i brutalne, a ich bohaterowie – wyraziści. Ostatnia godzina drugiego z tych filmów wciąż wbija mnie w fotel, a sceny, gdy Anakin Skywalker definitywnie przechodzi na „ciemną stronę mocy” uważam za majstersztyk. To jest naprawdę godne wprowadzenie do ikonicznej „Nowej nadziei”.

Uniwersum „Gwiezdnych wojen” okazało się maszynką do robienia pieniędzy, więc tylko kwestią czasu były kolejne filmy. W 2015 r. odbyła się premiera chronologicznie siódmej części, czyli „Przebudzenia Mocy”, wyprodukowanego już przez Walt Disney Company (w 2012 r. rozrywkowy moloch kupił za 4 miliardy dolarów spółkę Lucasfilm kontrolującą prawa do „Gwiezdnych wojen” i wizerunków ich bohaterów). Mam problem z tym filmem. Niby ciekawy, niby efektowny, niby garściami nawiązujący do pierwowzoru (na ekranie znów oglądamy Marka Hamilla w roli Luke’a, Harrisona Forda jako Hana Solo czy Carrie Fisher wcielającą się w przygnębiająco podstarzałą księżniczkę Leię), ale jakiś taki nijaki.

I w tym momencie chciałbym wrócić do wspomnianego na wstępie kryterium senności. Otóż „Przebudzenie Mocy” obejrzałem wnikliwie dopiero w telewizji, bo w kinie duże fragmenty po prostu przedrzemałem. Dlatego z pewnym niepokojem wybrałem się na kontynuację. I pragnę obwieścić, że na „Ostatnim Jedi” przyciąłem komara tylko raz, gdyż znużył mnie, rozwleczony do granic wytrwałości widza, wątek pobytu Rey na wyspie, na której ukrył się Luke Skywalker, emerytowany mistrz targany licznymi rozterkami.

Czy zatem fakt, że nie przespałem najnowszej części „Gwiezdnych wojen”, świadczy o jej wybitności? Bez przesady.

„Ostatni Jedi” to film świetnie zrealizowany i całkiem wciągający, ale niestety więcej w nim Disneya niż Lucasa. Świadczy o tym chociażby liczna galeria zupełnie niepotrzebnych postaci, które mają jedno zadanie – świetnie sprzedać się pod postacią figurek, klocków czy pluszaków sygnowanych podwyższającym cenę logo „Star Wars”. Najlepszym przykładem są porgi – gremlinowate stworki nękające biednego Chewbaccę, czy kryształowe liski pomagające rebeliantom na mroźnej planecie Crait.

Fakt, to Lucas był prekursorem merchandisingu, czyli zarabiania na gadżetach związanych z filmem (nieprzypadkowo w „Powrocie Jedi” wprowadzono misiowate ewoki), ale teraz zaczyna to przybierać groteskowe rozmiary. Równie drażniąca staje się też polityczna poprawność, której bezrefleksyjnie poddają się twórcy nowych odsłon „Gwiezdnych wojen”. Już w poprzedniej części jednym z głównych bohaterów uczyniono czarnoskórego dezertera z armii Najwyższego Porządku, teraz dodano mu partnerkę o skośnych oczach, by najwyraźniej poprawić notowania wśród widzów w Azji. Szkoda tylko, że Rose Tico kompletnie nic nie wnosi do tej historii, może oprócz łzawego i topornego wątku romansowego, który niestety zostanie pewnie rozwinięty w kolejnej części gwiezdnej sagi – jej premiera planowana jest w 2019 r.

Wtedy prawdopodobnie dowiemy się też, po której stronie mocy ostatecznie utkwił Kylo Ren, na razie budzący więcej litości niż strachu. Po wyjściu z kina nazwałem go w rozmowie z kumplem „piździakiem” i to chyba najlepsze podsumowanie bohatera marzącego o karierze w stylu Dartha Vadera, na razie jednak bardziej przypominającego Lorda Dark Helmeta z „Kosmicznych jaj” Mela Brooksa.

Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał o mocnych stronach „Ostatniego Jedi”, a tych na szczęście jest całkiem sporo.

Mniej więcej w połowie film nabiera dynamiki przypominającej pierwszą trylogię, a sceny na Crait to czytelne nawiązanie do tej klasyki.

Wizualnym majstersztykiem jest starcie na śniegu pokrywającym czerwone podłoże planety. Gdyby w pewnym momencie nie pojawiły się te obciachowe kryształowe liski, znów poczułbym się jak ten nastoletni chłopak sprzed lat, z wypiekami na twarzy podziwiający „Imperium kontratakuje”.

Z bohaterów najciekawiej wypada demoniczny przywódca Najwyższego Porządku, Snoke, zaś kreujący go Andy Serkis, czyli Gollum z „Władcy pierścieni” udowodnia, że do twarzy mu z każdą wirtualną charakteryzacją. Przejmująco gra też Carrie Fisher, choć w tym wypadku na ocenę mogła wpłynąć męcząca mnie przy każdorazowym pojawieniu się księżniczki Lei myśl o niedawnej śmierci aktorki.

Jak zawsze duże wrażenie robi muzyka Johna Williamsa, choć w „Ostatnim Jedi” jest jej trochę za mało. Ale przecież i tak największe ciarki pojawiają się na samym początku, wraz z charakterystycznymi fanfarami towarzyszącymi płynącym po ekranie kolejnym akapitom wprowadzającym widza w bieżącą sytuację w galaktyce.

Kto raz pokochał bombastyczny styl Williamsa, ten pozostanie mu wierny do końca. To samo dotyczy zresztą całego cyklu, dlatego mimo rozczarowań niektórymi epizodami zawsze z napięciem czekam na kolejne. Tak już pewnie zostanie, choć po wyjściu z kina coraz rzadziej odczuwam ten niemożliwy do opisania stan ekstatyczno-euforyczny, jakiego doświadczałem dzięki „Nowej nadziei”, „Imperium kontratakuje” czy „Powrotowi Jedi”. Albo ja się zestarzałem, albo gwiezdna saga traci moc.

Rafał

fot. Pixabay

6

  • Pawel Komosa

    zgadzam się w całej rozciągłości… Niech Moc będzie z Tobą

  • agnesssja

    Oj gwiezdne wojny to nie moja bajka 🙂
    agnesssja.blogspot.com