O Polaku, który zastrzelił czarnego Wałęsę

Pospolity morderca strzelający do niewinnego człowieka czy ostatni żołnierz wyklęty pragnący powstrzymać rozlew komunizmu w Afryce? Jak by nie oceniać jego czynu, Janusz Waluś należy do nielicznego grona Polaków, którzy trafili na karty historii świata.

Był 10 kwietnia 1993 r. W Polsce obchodzono tego dnia Wielką Sobotę. Tysiące kilometrów od naszego kraju, przed jednym z domów na przedmieściach południowoafrykańskiego Boksburga, miasta położonego w przemysłowo-górniczym regionie Witwatersrand, wysiadł z samochodu postawny, czarnoskóry mężczyzna. Po przejściu kilku kroków usłyszał za plecami okrzyk: „Mister Hani!”. Gdy się odwrócił, zobaczył blondwłosego faceta z wymierzonym w jego kierunku pistoletem. Padły dwa strzały, kule trafiły w tułów i ranny mężczyzna przewrócił się na chodnik.

Napastnik podszedł i dla pewności strzelił jeszcze dwa razy w skroń ofiary, po czym wskoczył do auta i odjechał.

Kilka godzin później zszokowani mieszkańcy Republiki Południowej Afryki dowiedzieli się o śmierci Chrisa Haniego, przywódcy Afrykańskiej Partii Komunistycznej, lewicowego populisty i idola biedniejszych warstw społecznych widzących w nim przyszłego przywódcę, który na zawsze wygoni białych i uczyni RPA krajem „mlekiem i miodem płynącym”. Na ulice wyszło 1,5 mln oburzonych ludzi, zamieszki omal nie doprowadziły do zerwania negocjacji białego rządu z czarnymi i wybuchu wojny domowej. Nie trzeba też było długo czekać na zatrzymanie zamachowca. Okazał się nim 40-letni emigrant z Polski, Janusz Waluś…

W tym momencie chciałbym oznajmić, że z pewnych względów nie będzie to całkiem obiektywny tekst (choć jaki blogowy wpis jest obiektywny?). Po pierwsze Janusz Waluś przed wyjazdem do południowej Afryki mieszkał w moim rodzinnym Radomiu, co automatycznie dodaje mu kilka punktów do sympatyczności, a po drugie znam i lubię jego córkę Ewę. Przez kilka lat pracowaliśmy w jednej redakcji, dlatego mieliśmy sporo okazji do rozmów o wydarzeniach z kwietnia 1993 r., gdy skromny emigrant z Polski w dramatycznym stylu zmienił bieg dziejów RPA, a być może całej Afryki.

Ewa rozpoczynała wówczas walkę o warunkowe zwolnienie ojca z południowoafrykańskiego więzienia. Dzielnie prowadzi ją do dzisiaj, niestety bezskutecznie. Media poinformowały właśnie, że Janusz Waluś po raz kolejny zwrócił się do sądu w Pretorii o wypuszczenie z zakładu karnego i deportację do Polski. W 2016 roku tamtejszy sąd najwyższy wydał już nawet pozytywną decyzję, ale wcześniejsze wyjście na wolność zablokował minister sprawiedliwości RPA, ulegając naciskom Limpho Hani, prominentnej działaczki politycznej i wdowy po Chrisie Hanim, zastrzelonym ćwierć wieku temu przez Polaka.

Podejrzewam, że nie za bardzo kojarzycie te nazwiska, podobnie zresztą jak całą historię jednego z najsłynniejszych morderstw politycznych w XX wieku, w centrum której znalazł się nasz rodak. Janusz Waluś pochodzi z Zakopanego, ale w młodości przeniósł się z rodzicami do Radomia, gdzie pomagał ojcu prowadzącemu prywatny zakład produkujący kryształy. W wolnych chwilach uwielbiał szybką jazdę samochodem, został nawet mistrzem Polski w kategorii Fiat 127.

W latach 70. ojciec i brat Janusza wyemigrowali do południowej Afryki. On sam dołączył do nich w 1981 r., wyjeżdżając w poszukiwaniu przygody i lepszych perspektyw życiowych, ale także uciekając przed obezwładniającą PRL-owską rzeczywistością. Zabrał ze sobą również niechęć, a może nawet nienawiść do komunizmu, która kilka lat później znacząco wpłynęła na decyzję o zaangażowaniu się w działalność organizacji walczących o utrzymanie systemu apartheidu, wywodzącego się z kalwińskiej doktryny odrzucającej koncepcję społeczeństwa wielorasowego.

Biali i czarni mieszkańcy RPA tylko teoretycznie żyli w jednym państwie, bo w rzeczywistości mieli oddzielne szkoły, sklepy czy urzędy, a nawet stosunki seksualne pomiędzy przedstawicielami różnych ras uznawano za przestępstwo.

Czarnoskórzy obywatele bez wątpienia mieli ciężko, choć warto zauważyć, że w porównaniu do innych afrykańskich krajów i tak żyło im się zwykle znacznie lepiej, bo biali płacili za separację ogromne pieniądze, wydając krocie na inwestycje w bantustanach (terytoriach wydzielonych dla poszczególnych grup etnicznych).

Gdy Waluś pojawił się w południowej Afryce, apartheid był w rozkwicie, jednak już kilka lat później system zaczął się kruszyć. Przyczyniła się do tego zarówno presja zagraniczna (Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, które wcześniej czerpały pełnymi garściami z bogactw naturalnych i strategicznego położenia RPA, nałożyły sankcje ekonomiczne w proteście przeciwko polityce rasowej), jak i wewnętrzny ferment wywoływany głównie przez Afrykański Kongres Narodowy kierowany przez legendarnego Nelsona Mandelę, który spędził w więzieniach blisko 30 lat.

W 1990 r. Mandela wyszedł na wolność, zaś ówczesny prezydent RPA Frederik Willem de Klerk rozpoczął z nim rozmowy, rozpoczynając demontaż systemu apartheidu. Trzy lata później obu uhonorowano Pokojową Nagrodą Nobla, a w 1994 r. odbyły się pierwsze wolne wybory, w wyniku których Mandela został prezydentem.

Bezkrwawa rewolucja stała się faktem, choć historia mogła potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby do władzy doszedł wielki rywal Mandeli, Chris Hani. Charyzmatyczny przywódca partii komunistycznej, szkolony przez sowieckie KGB, współpracujący z NRD-owskim Stasi i sponsorowany przez libijskiego dyktatora Muammara Kaddafiego, miał zupełnie inny pomysł na RPA. Chciał znacjonalizować przemysł, a także uwłaszczyć i wygnać z kraju białych farmerów. Nie wahał się używać przemocy, czego dowodem były relacje świadków, którym udało się uciec z owianego złą sławą obozu śmierci Quatro, zorganizowanego przez paramilitarną bojówkę „Włócznia Narodów”, dowodzoną przez Haniego.

Choć chętnie nazywano go „afrykańskim Wałęsą”, bliżej mu było raczej do kubańskiego rewolucjonisty oraz ikony popkultury Che Guevary, do dziś ubóstwianego (z zupełnie irracjonalnych powodów) przez lewicowych intelektualistów.

„Nie trzeba mi dowodu, aby rozstrzelać człowieka” – głosił człowiek, któremu przypisuje się odpowiedzialność za prawie 10 tysięcy egzekucji. Che tępił wolność prasy, homoseksualistów i fanów rocka czy jazzu, czyli produktów imperializmu. Gdy kierował ministerstwem przemysłu oraz narodowym bankiem Kuby, wcielał w życie szalone komunistyczne idee, doprowadzając kraj do ruiny.

Czy z Hanim byłoby podobnie? Odpowiedzi na to pytanie nigdy nie poznamy, bo Janusz Waluś skutecznie pozbawił południowoafrykańskiego radykała szans na realizację programu. Jednak wielu analityków uważa, że popularny Hani wcześniej czy później zdobyłby władzę, prowadząc RPA w kierunku wyznaczonym przez wiele afrykańskich państw, borykających się z biedą, zacofaniem i wszechogarniającą korupcją.

Do dziś pojawiają się sugestie, że za zamachem przeprowadzonym przez Walusia stali nie tylko biali nacjonaliści (planujący wywołanie rasowej wojny domowej, oderwanie części kraju i utworzenie tam burskiej republiki), ale również Afrykański Kongres Narodowy obawiający się radykalizmu Haniego. Okoliczności morderstwa sprzed ćwierć wieku wciąż zresztą budzą wiele domysłów i wątpliwości. Dlaczego Polak nie pozbył się broni, ale wrzucił pistolet na tylne siedzenie samochodu, którym później uciekał najbardziej ruchliwą trasą, gdzie został bez trudu namierzony przez policję? Z jakiego powodu trzymał w domu listę z nazwiskami osób do odstrzelenia, skoro było ich tylko dziewięć i można było je łatwo zapamiętać?  On sam niezmiennie tłumaczy, że zastrzelił Haniego z pobudek ideologicznych, by ustrzec południową Afrykę przed zalewem komunizmu.

Demontażu apartheidu nie udało mu się powstrzymać, ale bez wątpienia znacząco wpłynął na historię RPA.

Polaka skazano za to na śmierć, jednak po zniesieniu tej kary przez Mandelę wyrok zmieniono na dożywocie. Waluś uzyskał też prawo ubiegania się o zwolnienie warunkowe po 12 latach spędzonych w więzieniu, ale do tej pory nie otrzymał zgody na opuszczenie zakładu karnego, choć w międzyczasie wyszli na wolność autorzy znacznie okrutniejszych zbrodni, często na tle rasowym. Zwolniono nawet Clive’a Derby-Lewisa, czołowego polityka Partii Konserwatywnej, uznanego za głównego organizatora zamachu na Haniego.

Mimo pozytywnych rekomendacji rady ds. zwolnień warunkowych, za każdym razem znajdowano powód, aby pozostawić Walusia za kratkami. „To oczywiste, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby się zrehabilitować, przestrzegać zasad więziennego życia. Ponadto okazałem skruchę. Wygląda na to, że minister traktuje mnie inaczej niż pozostałych, tylko dlatego, że nazywam się Janusz Waluś” – żali się Polak w kolejnych wnioskach do sądu.

W RPA wciąż budzi duże emocje, gdyż dla wielu czarnych jest mordercą ukochanego przywódcy, który mógł poprowadzić kraj ku świetlanej przyszłości. W Polsce przez długi czas o Walusiu było cicho, ale ostatnio coś zaczęło się zmieniać, gdyż zabójca Haniego stał się ikoną środowisk kibolskich i narodowych. Na facebookowym profilu „Freedom for Janusz Waluś”, polubionym przez blisko dwa tysiące internautów, publikowane są zdjęcia transparentów wyrażających wsparcie dla siedzącego w południowoafrykańskim więzieniu rodaka, rozwieszanych na piłkarskich stadionach czy siatkarskich halach.

https://www.facebook.com/wiezien.polityczny/
https://www.facebook.com/wiezien.polityczny/

Na jednej z fotek pojawia się nawet kilkunastomiesięczny bobas ściskający w rękach kartkę z napisem „#FreedomForJanuszWaluś”, co akurat budzi mój lekki niesmak, bo chyba jednak wzorzec bohatera dla dzieci powinien prezentować się trochę inaczej.

https://www.facebook.com/wiezien.polityczny/
https://www.facebook.com/wiezien.polityczny/

Popularność Walusia bez wątpienia rośnie. Transparenty z jego podobizną można było oglądać także podczas ostatniego Marszu Niepodległości, zaś na prawicowych forach czy grupach w mediach społecznościowych sprzedawane są koszulki i smycze z wizerunkiem Walusia, powstają też inicjatywy zorganizowania wyjazdu do RPA, by złożyć wizytę i oddać cześć bohaterowi. Rafał Mossakowski, przedstawiciel bardzo konserwatywnego Centrum Edukacyjnego „Powiśle”, nazwał go „ostatnim żołnierzem wyklętym”.

https://www.facebook.com/wiezien.polityczny/
https://www.facebook.com/wiezien.polityczny/

Cóż, dla mnie Janusz Waluś na pewno nie jest bohaterem, gdyż nawet najszczytniejsze pobudki nie usprawiedliwiają odebrania życia innemu człowiekowi. Może z nielicznymi wyjątkami – gdyby 8 listopada 1939 roku Adolf Hitler nie skrócił przemówienia w monachijskiej knajpie, w której 20 minut po jego wyjściu wybuchła bomba podłożona przez Georga Elsera, świat pewnie uniknąłby hekatomby II wojny światowej.

Bardziej przychylam się do oceny księdza Tadeusza Isakowicza-Zalewskiego, który nazwał Walusia postacią tragiczną.

Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że odpokutował już swoje winy i państwo polskie powinno trochę mocniej zaangażować się w działania zmierzające do jego deportacji i umożliwienia odbycia reszty kary w ojczyźnie. W południowoafrykańskim więzieniu jest bowiem coraz mniej bezpieczny, przeżył już kilka prób zabójstwa podejmowanych przez innych osadzonych, fanów Haniego.

Janusz Waluś na sztandarach kiboli i ksenofobicznych nacjonalistów budzi jednak niepokój. Chciałbym się mylić, ale większość młodych ludzi rozwieszających transparenty wzywające do uwolnienia rodaka uwięzionego w Pretorii prawdopodobnie nie ma pojęcia o historycznych zawiłościach związanych z jego czynem. Najważniejsze przecież, że stuknął komunistę, i to jeszcze czarnego. Jeśli jest to wystarczający powód, by zasłużyć na miano bohatera, to oznacza, iż żyjemy w naprawdę strasznych czasach.

Rafał

fot. Facebook

12

  • Pawel Komosa

    cytując za Ludwikiem XVI – gdy celem jest śmierć ciemiężycieli, nie ważne kto umrze pierwszy…