Nie bądź jak Michelle Williams. Walcz o swoje!

W Hollywood afera: Michelle Williams za tę samą pracę co Mark Wahlberg zgarnęła całego tysiaka zielonych. On – półtora miliona. Ale nie bądźmy źli na Wahlberga. Bądźmy źli na Williams.

Sytuacja dotyczy tak zwanych dokrętek, czyli dodatkowych zdjęć do filmu Ridleya Scotta „Wszystkie pieniądze świata”. Praca zajęła kilka dni. Budżet dodatkowych scen wyniósł 10 mln dolarów. Już wiadomo, kto zgarnął znaczną część tej kwoty. Otóż za dokrętki Mark Wahlberg wynegocjował sobie bajeczną stawkę – 1,5 mln baksów. I pewnie nie byłoby sprawy, gdyby nie fakt, że jego koleżanka z planu Michelle Williams za tę samą robotę otrzymała… tysiąc dolarów. Niecały 1% jego gaży. Innymi słowy: Mark Wahlberg zarobił 1500 razy więcej niż Michelle Williams.

To zresztą nie pierwsza afera wokół tego filmu. Po skandalu obyczajowym z Kevinem Spacey, który wystąpił na planie „Wszystkich pieniędzy świata”, utalentowanego aktora z miejsca wycięto ze wszystkich scen, zastępując go Christopherem Plummerem. Z nim podobno Wahlberg nie chciał grać. Zażądał więc podwyżki – i dopiął swego.

O dyskryminacji aktorek w Fabryce Snów pod względem zarobków mówi się od dawna. W 2015 roku tabu przełamała ulubienica Hollywood Jennifer Lawrence. W newsletterze śmiałej aktorki i reżyserki Leny Dunham (swoją drogą warto się zapisać: lennyletter.com) umieściła wpis, w którym prosto z mostu zapytała, dlaczego zarabia mniej od facetów, z którymi spotyka się na planie.

Skąd wiedziała o nierówności płac? Ona i cały świat dowiedział się tego za sprawą ataku hakerskiego w 2014 roku na serwery Sony Pictures Entertainment, z których wyciekło kilkadziesiąt dokumentów i prywatnych maili. Okazało się wtedy, że seksizm to w Hollywood chleb powszedni.

Weźmy świetnie przyjęty przez krytyków film „American Hustle”. Odtwórcy głównych ról męskich – Bradley Cooper, Christian Bale i Jeremy Renner dostali po 9% zysku ze sprzedaży biletów. Lawrence i Amy Adams – o 2% mniej. „Po ataku na Sony, kiedy odkryłam, o ile mniej zarobiłam od tych szczęściarzy z fiutkami, nie wkurzyłam się na Sony. Wkurzyłam się na siebie. Poległam jako negocjator, bo za szybko się poddałam” – napisała Lawrence.

Gdy zrobiła się afera, sam Cooper przyznał, że to „żenada” i zapowiedział, że zanim podpisze jakąkolwiek umowę, ujawni najpierw, ile zaproponowano mu pieniędzy. Według niego jawność zarobków powinna ograniczyć zjawisko nierówności płac w Fabryce Snów.

Z ziemi amerykańskiej do Polski

Jennifer Lawrence w swoim eseju napisała niezwykle ważną rzecz. Zwróciła uwagę, że bardzo jej zależy, aby być lubianą. Nie chciała się wykłócać o pieniądze. Nie chciała, aby odebrano ją jako „trudną” czy „rozpieszczoną”. Żyła z tym przekonaniem do czasu, kiedy odkryła, że jej koledzy po fachu mają w głębokim poważaniu, jak zostaną odebrani. Aktorka zaznaczyła słusznie: „Nie wydaje mi się, żebym była jedyną kobietą, która tak myśli”.

Ma rację. Nie jest. Również w Polsce kobiety zarabiają mniej od mężczyzn, także dlatego, że nie chcą wyjść na niegrzeczne. Na początek konkrety: według statystyk Polki otrzymują średnio o 19% niższe wynagrodzenie od mężczyzn. Te dysproporcje widać na wszystkich szczeblach kariery i są niezależne od wielkości firmy oraz stażu pracy.

– W wielu krajach prawo zabrania dyskryminacji płacowej ze względu na płeć, ale na rynku pracy wciąż występują różnice w zarobkach kobiet i mężczyzn. W Polsce w ubiegłym roku mężczyźni zarabiali średnio o tysiąc złotych więcej niż kobiety. Największa rozpiętość przeciętnych wynagrodzeń występowała wśród 25% najwyżej opłacanych kobiet i mężczyzn. W przypadku szeregowych pracowników mężczyźni zarabiali średnio o 300 zł więcej niż kobiety wykonujące te same obowiązki – mówi agencji Newseria dr Małgorzata Kluska-Nowicka, wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Te różnice w zarobkach pomiędzy płciami potwierdzają dane zebrane m.in. przez Główny Urząd Statystyczny oraz firmę Sedlak&Sedlak. Według tej drugiej (która przeprowadza Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń) rok temu kobiety w Polsce zarabiały średnio 3,4 tys. brutto na miesiąc, czyli średnio o 800 zł mniej niż mężczyźni (4,2 tys. zł brutto).

Szukanie przyczyny

Pytanie brzmi, dlaczego kobiety zarabiają mniej, nawet jeśli zajmują te same co faceci stanowiska i mają to samo doświadczenie zawodowe oraz kwalifikacje.

Powód #1: potrzeba bycia lubianą

Czyli to, o czym wspomniała Jennifer Lawrence. Wiele (większość?) kobiet ma ogromną potrzebę akceptacji otoczenia. Faceci? Oni generalnie mają to gdzieś. Jest dokładnie tak, jak uważa Lawrence: nie chcemy wyjść na przemądrzałe, niemiłe, zimne. Trudne i rozpieszczone. Pokażcie mi mężczyznę, który myślałby tymi kategoriami.

Powód #2: nieumiejętność chwalenia się dokonaniami

Kobiety nie chcą i/lub nie potrafią mówić bez ogródek, w czym są dobre i jakie mają sukcesy na koncie. Usłyszałam to na jednej z konferencji, w której prelegentką była znana psycholog Maria Rotkiel. Podała przykład:

• Gdy mężczyzna na rozmowie kwalifikacyjnej zostaje poproszony o podanie swoich mocnych stron, po prostu to robi. Mówi, czym się dotąd zajmował, co potrafi i w czym jest dobry. Zwyczajnie odpowiada na pytanie.
• Gdy zostaje o to poproszona kobieta, zaczyna lawirować. Wstydzi się mówić wprost o swoich sukcesach. Zaczyna je deprecjonować. Używa słów „udało się” albo twierdzi, że ktoś jej w czymś pomógł. Nie chce się chwalić.

Przyznajcie, jak często mówicie o sobie: „Jestem dobra w…?”.

Dlaczego tak jest? Dużo na ten temat pisze Sylwia Kubryńska w książce „Kobieta (dość) doskonała”. Za psychologami i socjologami powtarza, że winne jest temu stereotypowe wychowanie. Dziewczynki dorastają w przekonaniu, że mają być posłuszne, przyzwoite, skromne. To chłopcom od małego wpaja się, że mają być silni i dzielni. Jak często dziewczynki słyszą, że kiedyś zostaną prezydentem? Umówmy się, bardzo rzadko, większość nigdy. Chłopcy natomiast bez przerwy. Nam mówi się najczęściej, że kiedyś będziemy wspaniałymi gospodyniami i mamusiami. Ale świat podbijać mają oni.

Powód #3: brak wiary w siebie

Kolejna choroba, która trawi kobiety. Poczytajcie badania. O tych, z których wynika, że przeważająca część Polek nie akceptuje swojego wyglądu, już nawet nie wspomnę. Od wyglądu się zaczyna, a potem mamy do czynienia z efektem kuli śnieżnej. Konkluzja jest jedna: kobiety mają kompleksy, niską samoocenę i nie wierzą w siebie. Jasne, że nie wszystkie. Ale jednak bardzo dużo – znacznie więcej niż mężczyzn. I z tą niewiarą wysyłają CV, chodzą na rozmowy o pracę, podpisują umowy. Zadowalają się tym, co dostają.

Nie wierzą, że mogłyby wywalczyć więcej.

Nie wierzą, że zasługują na więcej.

Powód #4: stereotypy

– Pierwotną przyczyną nierówności płacowych mogą być wybory dokonywane krótko przed rozpoczęciem kariery zawodowej i w okresie życia zawodowego. Wybory te dotyczą przede wszystkim wykształcenia, zawodu, branży czy sektora, a także wielkości firm, w których jesteśmy zatrudnieni – wskazuje dr Małgorzata Kluska-Nowicka w rozmowie z Newserią.

Pewnie znacie zjawisko zwane „szklanym sufitem” – chodzi o barierę, która utrudnia bądź uniemożliwia kobietom dojście do wysokich pozycji. Ale jest też zjawisko przeciwne zwane „lepką podłogą”. W tym przypadku chodzi o dyskryminację ze względu na płeć polegającą na tym, że kobiety podejmują się prac, w których możliwość awansu jest mocno ograniczona lub w ogóle nie istnieje. To właśnie kobiety częściej są woźnymi, sprzątaczkami, kucharkami (np. w szkolnych w stołówkach), krawcowymi, urzędniczkami, sekretarkami, nauczycielkami, pielęgniarkami, kasjerkami.

Tak, wiem, że z krawcowej może być Gosia Baczyńska. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: te zawody są mocno sfeminizowane i nie dają większych szans na rozwój.

W 2014 roku Najwyższa Izba Kontroli wykryła, że w instytucjach państwowych mężczyźni na porównywalnych stanowiskach zarabiają średnio o ok. 11% więcej. Kobiety częściej zatrudniane są w działach obsługujących (kadry, finanse, logistyka), gdzie wynagrodzenia są nisze i mniej jest stanowisk kierowniczych. Mężczyźni natomiast pracują w działach specjalistycznych, gdzie obowiązują wyższe płace, a stanowisk kierowniczych jest więcej.

„Zdaniem NIK nie jest to wynik dyskryminacyjnej polityki przy zatrudnieniu. Winien jest efekt gender, czyli społeczno-kulturowych ról związanych z płcią, występujący przy wyborze wykształcenia. Kobiety rzadziej mają tzw. wykształcenie kierunkowe, potrzebne w działach specjalistycznych. Tu NIK powołuje się na dane GUS, że kobiety najchętniej wybierają studia humanistyczne, pedagogiczne, dające wykształcenie ogólne, a nie specjalistyczne” – pisze „Wyborcza”.

Powód #5: życie kobiety

Co mam na myśli? Fakt, że pewnych rzeczy mężczyźni za nas nie zrobią, bo są wpisane w naszą codzienność. Kobieta zachodzi w ciążę i rodzi dzieci. Kobieta zazwyczaj jest ich główną opiekunką. Kiedy dzieci chorują, częściej bierze zwolnienie i pędzi z nimi do lekarza. Takie przerwy nie pomagają w karierze. Widzę po swoich koleżankach, jak zmieniło się ich życie zawodowe, odkąd zostały mamami. Straciły klientów i muszą rozkręcać firmy od nowa. Nie wracają na cały etat. Częściej biorą wolne. Bywa – choć to prawnie niedopuszczalne – że po powrocie z macierzyńskiego tracą pracę.

Trzeba również podkreślić, że kobiety częściej od mężczyzn zajmują się osobami starszymi (np. rodzicami). A to kolejna luka w karierze.

Myśl jak facet!

Skoro znamy już genezę problemu, zastanówmy się, co z tą wiedzą zrobić. Dr Małgorzata Kluska-Nowicka w rozmowie z Newserią mówi: „Kobieta może zrobić kilka rzeczy, aby zminimalizować tego typu sytuacje. Ważny jest wybór ścieżki wykształcenia, mając na uwadze przyszłe zatrudnienie. Szukając pracy po zakończeniu kształcenia, warto jest wybrać sektor i branżę, w których zarobki są relatywnie wyższe. Z kolei po powrocie z urlopu macierzyńskiego warto wybrać taką firmę, która oferuje placówki opiekuńcze dla dzieci. Niezależnie od tego na każdym etapie swojej kariery warto negocjować wysokość swojej pensji”.

Co to oznacza dla ciebie? Że powinnaś myśleć… jak facet. Ty pomyślisz, że chciałabyś projektować biżuterię. Facet pomyśli, że założy sieć sklepów z biżuterią handmade. To oczywiście przykład, ale chodzi o sposób myślenia.

Mark Wahlberg uchodzi za jednego z najtwardszych negocjatorów w Hollywood. W ubiegłym roku był najlepiej opłacanym aktorem świata. Według „Forbesa” w rok zarobił 68 mln dolarów.

Jennifer Lawrence przypuszcza, że Cooper, Bale i Renner za wynegocjowanie swoich stawek w „American Hustle” zostali pochwaleni – uznano ich za bezwzględnych i taktycznych negocjatorów. Wytknęła również, że żadnego negocjującego warunki finansowe faceta nikt nie nazwałby „rozpieszczonym bachorem”, a takie określenie znalazło się w mailach wykradzionych z serwera Sony Pictures – opinia dotyczyła Angeliny Jolie (przy okazji nazwano ją „minimalnie utalentowaną”).

Bądź jak Charlize Theron, która dowiedziawszy się, ile zarabia jej kolega z planu „Królewny Śnieżki i Łowcy” Chris Hemsworth, z miejsca zażądała podwyżki.

Zresztą kobietom naprawdę warto dobrze płacić. „Forbes” opublikował pod koniec grudnia listę najbardziej dochodowych aktorów 2017 (czyli tych, z udziałem których filmy zarobiły najwięcej). Pierwsze miejsce – Vin Diesel (1,6 mld dolarów), drugie miejsce – Dwayne Johnson (1,5 mld dolarów). Za to dwie następne pozycje przypadły aktorkom. Trzecie miejsce zajęła Gal Gadot, czyli Wonder Woman (1,4 mld dol.), a czwarte Emma Watson (1,3 mld dol.). W dziesiątce znalazła się też Daisy Ridley (1,08 mld dol.) znana z najnowszych części „Gwiezdnych wojen”.

Mam też dobrą wiadomość. Islandia jest pierwszym krajem na świecie, w którym od 1 stycznia 2018 roku prawnie zakazano nierówności płac pomiędzy kobietami a mężczyznami. Do 2022 roku, m.in. właśnie dzięki tej ustawie, Islandia planuje całkowicie skasować lukę płacową pomiędzy płciami.

I jeszcze wiadomość z ostatniej chwili: Mark Wahlberg obiecał przekazać w imieniu Michelle Williams 1,5 mln dolarów na rzecz funduszu Time’s Up. „W ostatnich dniach sprawa mojego wynagrodzenia za dodatkowe zdjęcia do filmu Wszystkie pieniądze świata była szeroko komentowana. W pełni popieram walkę o równe wynagrodzenia i przekazuję 1,5 miliona dolarów w imieniu Michelle Williams na fundusz prawniczy Time’s Up” – można przeczytać w oficjalnym komunikacie podpisanym przez aktora.

W kampanię Time’s Up („Czas minął”) zaangażowało się ponad 300 wpływowych aktorek, które sprzeciwiają się przemocy seksualnej. Z zebranych pieniędzy zostaną opłaceni m.in. adwokaci dla molestowanych pracownic niższych szczebli.

Z Time’s Up związana jest inna akcja – „50/50 by 2020” walcząca z dyskryminacją. Dotyczy to również nierówności płac między kobietami a mężczyznami. Dla przykładu: w Hollywood mężczyźni stanowią 81% członków zarządu, 96% reżyserów i 98% kompozytorów.

Na koniec wszystkich kobietom razem wziętym i każdej z osobna życzę, żeby ich mężowie mogli o nich powiedzieć to, co bohaterka filmu Stanisława Barei „Poszukiwana, poszukiwany”:

Mój mąż? Mój mąż z zawodu jest dyrektorem!

50/50 by 2020
50/50 by 2020

Ewa

fot. filmweb

11