Magia i show, czyli Just Edi w akcji

Czy iluzjonista z Radomia wygra program „Mam talent”? Okaże się w sobotę, ale mnie „Just Edi” zaczarował już pięć lat temu.

Poznaliśmy się w ciepły październikowy dzień 2011 roku, w ulubionym miejscu spotkań radomian, czyli przy fontannach na placu Konstytucji 3 Maja. Byłem wówczas redaktorem naczelnym pewnego ambitnego projektu wydawniczego – lifestylowego magazynu „Salt@Pepper” oraz autorem większości artykułów do gazety, którą wciąż uważam za jedno z największych osiągnięć zawodowych i żałuję, że światło dzienne ujrzało tylko dwanaście numerów.

Moją „idée fixe” stało się wówczas promowanie ludzi z pasją i opisywanie tych szczególnie „pozytywnie zakręconych”, próbujących mimo licznych przeszkód realizować nawet najbardziej zwariowane pomysły, i nie użalających się, że w Radomiu nic się nie może udać.

On idealnie pasował do tej koncepcji. Gdy szczupły młodzieniec z rozwianymi włosami pojawił się o umówionej godzinie, przedstawił mi się słowami: „jestem ekstremalnym komikiem”. Jedną ręką ciągnął gigantyczną walizkę, drugą toczył monocykl, czyli jednokołowy rower.

Po chwili zaczął opowiadać, jak sam uzbierał pieniądze na studia i w wieku 18 lat wyjechał do Edynburga, by zgłębiać tajniki biotechnologii. W Szkocji odkrył jednak prawdziwe powołanie, a przełomem w jego życiu okazała się wizyta na festiwalu sztuki ulicznej. Postanowił przerwać naukę i przez rok trenować do kolejnej edycji tej imprezy. Obiecał sobie, że jeśli publiczność nie kupi jego numerów, wróci na uczelnię. Poszło lepiej niż sobie wymarzył.

Gdy się poznaliśmy, był już ulicznym artystą pełną gębą. Podróżował od Tatr po Bałtyk, a każdy jego występ gromadził tłumy gapiów. Sztukmistrz z Radomia jeździł na dwumetrowym monocyklu, jednocześnie żonglując piłkami, maczetami, płonącymi pochodniami lub… piłą spalinową. Ważny punkt programu stanowiły rozmowy i żarty z publicznością.

„Codziennie staję przed innymi ludźmi i muszę ich przekonać, że nie jestem nieudacznikiem szukającym szczęścia na ulicy z powodu braku innych pomysłów na życie” – tłumaczył.

Na pewno nie widziałem w nim nieudacznika.Wręcz przeciwnie, zauroczyła mnie energia i pasja, z jaką opowiadał o planach na przyszłość. Jednym z marzeń młodego człowieka było zorganizowanie w Radomiu festiwalu sztuk ulicznych. „Znając realia naszego miasta, zadanie masz trudne” – skomentowałem pesymistycznie. „Jeszcze się zdziwisz” – odpowiedział.

Zdziwiłem się. Kilka miesięcy temu w Radomiu odbyła się piąta już edycja Festiwalu Artystów Ulicznych i Precyzji. Zachwycona publiczność podziwiała popisy iluzjonistów, szczudlarzy, żonglerów, akrobatów, tancerzy i muzyków z całego świata, nawet Australii, skąd przyjechał Aerial Manx, zdobywca kilkunastu rekordów w połykaniu mieczy.

Imprezę organizuje oczywiście facet, z którym spotkałem się tamtego październikowego dnia. „Chciałbym wystąpić kiedyś w telewizji” – rzucił, gdy na zakończenie spytałem go wtedy o marzenia. Ten plan też udało mu się zrealizować. Jest jednym z największych odkryć obecnej edycji TVN-owskiego programu „Mam talent”. Po jego magicznych sztuczkach karcianych publiczność wpadła w ekstazę, natomiast jurorzy oniemieli, a Agustin Egurrola wybąkał tylko: „Nie wiem, jak to zrobiłeś, i nie chcę wiedzieć”. Iluzjonista bez problemów dostał się do finału, który możemy obejrzeć już w sobotę, 26 listopada.

Nie zamierzam nikogo przekonywać do głosowania na Adriana Pruskiego, dziś znanego milionom widzów pod artystycznym pseudonimem „Just Edi”. Może macie lepszy pomysł na zagospodarowanie tych kilku złotych i w pełni to szanuję. Ja na pewno wyślę na niego sms-a, bo uważam, że w tych ponurych czasach potrzeba nam jak najwięcej magików.

Rafał

fot. www.justedishow.com

2