Macierzyństwo: jazda bez trzymanki. Na co nie byłam przygotowana?

O pisaniu książek mówi się, że nie jest ani tak proste, ani tak trudne, jak może się wydawać. To samo mogłabym powiedzieć o macierzyństwie.

W połowie kwietnia po raz pierwszy zostałam mamą. Dałam życie cudownemu synkowi, który jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie. Choć pamiętam luz, jaki mieliśmy, zanim Filemon pojawił się na świecie, to dziś wydaje mi się, jakby był z nami od zawsze… I już sobie nie wyobrażam, że mogłoby go nie być – co jednak nie zmienia faktu, że nowa rola, w którą weszłam – rola matki, to doznanie ekstremalne. Co zaskoczyło mnie najbardziej?

Poród nie jest taki straszny…

Do wszystkich kobiet, które nie chcą mieć dzieci w obawie przed mękami porodowymi: nie nastawiajcie się negatywnie, bo jestem żywym przykładem na to, że poród nie musi być koszmarem. Miałam termin na siedemnastego i siedemnastego urodziłam. O piętnastej jadłam obiad u teściów. O osiemnastej pięćdziesiąt pięć trzymałam na rękach swoje dziecko. Skurcze, które miały boleć jak diabli, miały taką moc, że zastanawiałam się, czy to na pewno skurcze porodowe. Bo nastawiłam się na rzeźnię! Nie napiszę, że nie bolało wcale, ale naprawdę było to wszystko do wytrzymania.

Miałam to szczęście, że urodziłam w czterdzieści pięć minut. Nawet nie miałam czasu pomyśleć o znieczuleniu, wannie, piłkach. Anegdota ze szpitala. Położna, do której trafiłam, była przemiłą kobietą. Zapytałam ją, czy odbierze mój poród. Odpowiedziała, że nie, bo o dziewiętnastej kończy pracę. Było wtedy po osiemnastej. No cóż. Tak się maluch sprężył, że za niespełna godzinę był z nami ;-). Dlatego powtarzam: rodziłam po raz pierwszy i dałam radę, nie wspominam tego jako koszmaru. Może dlatego, że cały czas był przy mnie mój Rafek. Każda z nas powinna rodzić ze swoim ukochanym. Absolutnie.

…w przeciwieństwie do początków karmienia piersią

Jestem zła, wkurzona, rozczarowana, że nikt mnie do tego nie przygotował. W najśmielszych snach nie spodziewałam się, że karmienie piersią – czynność niemal mityczna, do której zachęcane są wszystkie matki – może być horrorem. Przynajmniej na początku. W poradnikach dla matek piszą tylko o tym, że karmić warto (zgoda) i dlaczego. Że to pokarm najlepszy dla dziecka, zaspokajający wszystkie potrzeby rozwijającego się organizmu, wartościowy, zapewniający zdrowie i odporność. Na zdjęciach słodkie bobaski tulą się do maminych piersi, a kobiety, które się nad nimi pochylają, są zrelaksowane i uśmiechnięte.

Moment! Już w szpitalu pojawił się pierwszy stres: niedostatek pokarmu. Tak, byłam na to przygotowana, mimo to, gdy walczyłam o każdą kroplę, łzy same cisnęły mi się do oczu. To jednak był dopiero początek. Nikt mnie nie uprzedził, że karmienie może boleć – nawet gdy technika jest prawidłowa (nauczyła mnie jej konsultantka laktacyjna). Boleć do tego stopnia, że przed każdym kolejnym karmieniem przeżywasz niewyobrażalny stres. Zagryzasz zęby i dostawiasz malucha do piersi, ale jednocześnie robisz unik i się cofasz. On zaczyna płakać, więc w końcu się przełamujesz… I ból jest tak duży, że karmiąc, wyjesz. A wyjąc, karmisz. Na początku nie była dnia, żebym nie myślała o przejściu na mleko modyfikowane. Już poród był dla mnie dużo łatwiejszy. Maści, nasadki, rogale do karmienia – trochę łagodziły ból, ale problemu nie rozwiązały.

U mnie ból związany z karmieniem piersią trwał długo, bo ponad miesiąc. W końcu nie wytrzymałam i zadzwoniłam do położnej od laktacji, która przyjechała do mnie do domu. Zaleciła maść antybiotyczną i z lanoliną. Kazała zmienić nasadki. Poprawa okazała się niewyobrażalna. Na początku absolutnie zgadzałam się z wypowiedzią jednej z internautek: „Karmienie nie sprawia mi zbytniej przyjemności. Przyjemność sprawia mi moje dziecko, które jest przy piersi najszczęśliwsze”. Po ponad miesiącu ból minął całkowicie i okazało się, że bez cyca nie ma życia.

Emocje są ekstremalne

Nie spodziewałam się, że ja – prawie trzydziestoletnia baba – nie będę mogła dać sobie rady z emocjami, gdy moje dziecko już pojawi się na świecie. Skoki hormonalne po porodzie, totalne przeorganizowanie życia i nowa rola zrobiły swoje. Łzy dosłownie same cisnęły mi się do oczu z byle powodu. Wielokrotnie nie byłam w stanie nad sobą zapanować. Wystarczyła iskra, a wpadałam w histerię. Tetra, którą miałam wycierać buźkę synka z mleka, służyła mi do wycierania łez. Ech, trochę się mój mąż napatrzył…

Płakałam z bólu, zmęczenia, bezradności. Nie ma nic gorszego niż brak wiedzy, dlaczego twoje dziecko cierpi. Tak, to dla młodej mamy jest chyba najstraszniejsze. Chcesz dziecku nieba uchylić i zrobisz wszystko, by czuło się bezpiecznie, ale gdy płacze i nic nie skutkuje, to masz ochotę podciąć sobie żyły. Początki to był dla mnie okres burzy i naporu. A najgorsze były te uwagi, że powinnam się uspokoić, bo dziecko wyczuwa moje emocje. Łatwo powiedzieć. Jednak tylko kobieta zrozumie kobietę ;-). PS Dziś, po paru miesiącach, jest już super.

Żyjesz z ciągłym poczuciem winy

Dlaczego maluch płacze? Coś zjadłam? Jest głodny? A może przejedzony? Ubrałam go za grubo? Za cienko? Za mało spędzam z nim czasu? Nudzi się? Jest przebodźcowany? Synek od godziny spędza czas z tatą, może powinnam się nim zająć? Tęskni za mną? Ratunku, nie umiem zająć się własnym dzieckiem! Dopiero teraz wiem, co to znaczy żyć z poczuciem winy… Nieustannym. Gdy tylko moje dziecko załka, a już szczególnie, gdy zacznie wyć, analizuję cały dzień – co robiłam, co miałam na talerzu etc. Próbuję wrzucić na luz, bo na dłuższą metę tak się nie da. Cóż, jeszcze dobrych kilka lat i pewnie mi przejdzie ;-).

Niczego nie zaplanujesz

Oczywiście w tym akurat przypadku uprzedzano mnie, że tak będzie. A jednak musiałam przekonać się na własnej skórze, że przy niemowlaku żyje się spontanicznie. Nie zaplanujesz niczego i trzeba się z tym liczyć. Pamiętam dzień, gdy umówiłam się z siostrą i synkiem na spotkanie w kawiarni. O czternastej. Zanim się wyszykowaliśmy, byłam cała spocona. Miałam już wychodzić, a wypadło karmienie. Zaczęłam więc karmić wystrojona od stóp do głów, a gdy skończyłam, rozpadało się. Nie muszę chyba pisać, że myślałam, że wyjdę z siebie. Przy moim synku nauczyłam się, że trudno cokolwiek precyzyjnie zaplanować. Żyjemy pod jego dyktando. To on, choć nie ma o tym pojęcia, decyduje, jak będzie wyglądał nasz dzień. Nie dajemy sobie co prawda wejść na głowę, ale dziś wiemy już, że teraz nasze plany zawsze mogą nie wypalić. Wystarczy, że dziecko będzie miało kiepski dzień i pozamiatane.

Klucz do sukcesu? Wrzucić na luz, kolejny raz. Muszę sobie o tym przypominać za każdym razem, gdy moje plany biorą w łeb. Wtedy zaczyna się okazywać, że i na film jest czas, a i książkę jest kiedy poczytać.

Najgorsze są pierwsze dwa tygodnie

O tym, że dużo, bardzo dużo płakałam, już napisałam. O życiowej rewolucji i permanentnym poczuciu winy – także. Teraz już wiem, że choć macierzyństwo jest trudne, to najgorsze są pierwsze dwa tygodnie. Ja miałam to szczęście, że nieźle czułam się po porodzie, a mimo to było mi ze sobą nie po drodze, szczególnie że na początku było za zimno, żeby wychodzić na spacery, więc siedziałam z synkiem zamknięta w domu… Pamiętam moją radość, jaką było pierwsze samodzielne wyjście do Rossmanna (!) po porodzie. Poczułam się jak na wczasach! Wcześniej wydawało mi się, że chyba już nigdy nie wyjdę z domu, że już nigdy na nic nie będę miała czasu, że niczego już nie osiągnę… I jeszcze ta nieznajomość własnego dziecka. Karmienie, które trwało dwie godziny. Mycie zębów o czternastej. Nie było łatwo!

Dziś (syn urodził się w kwietniu) jest zupełnie inaczej. Filipek to już juniorek, kochany, radosny chłopczyk, który daje nam masę szczęścia. Mama i maluch muszą się poznać, dopasować do siebie. Widzę to po sobie i moim synku. Jasne, czasem bywa ciężko. Ale udało nam się wypracować pewien schemat, rytm. Wróciłam do pisania, co trzeba, załatwiam (choć nierzadko z dzieckiem pod pachą), widuję się z koleżankami, mam spotkania autorskie i czas dla męża, a dziś byłam u fryzjera. Chce się żyć! 😉

Ewa

1