Jak Lewandowski znów stał się Polakiem

Jeszcze całkiem niedawno Robert Lewandowski jawił się jako cyborg, którego można porównać do perfekcyjnego, ale trochę nudnego zegarka rodem ze Szwajcarii. W ostatnim czasie udowodnił jednak, że jego korzenie tkwią mocno nad Wisłą.

Nie ulega wątpliwości, że Robert Lewandowski wielkim piłkarzem jest. Być może największym w futbolowej historii naszego narodu, choć nie lubię tego typu rankingów, bo jak porównać dokonania gwiazdora Bayernu Monachium z popisami Ernesta Wilimowskiego (dla niezorientowanych – gościa, który na mistrzostwach świata w 1938 r. strzelił cztery bramki Brazylii) albo Włodzimierza Lubańskiego, czyli genialnych napastników z bardzo zamierzchłych czasów.

Problem w tym, że Lewandowski, od lat brylujący na boiskach Bundesligi i niekwestionowany lider polskiej reprezentacji, która po długim pobycie w piłkarskim czyśćcu wreszcie zaczęła pukać do „nieba bram”, przez długi czas był tak perfekcyjny, że aż… nudny.

Ok, polskie ego miło łechtały zachwyty Pepa Guardioli, który opowiadał, że  nigdy nie spotkał takiego profesjonalisty jak Lewandowski. „Wszystko robi po to, żeby być lepszym piłkarzem i skupia się na tym przez 24 godziny. Dużo śpi, odpowiednio się odżywia i nigdy nie narzeka, że coś go boli” – chwalił naszego asa obecny trener Manchesteru City.

Nie mniej imponowały opowieści samego Lewandowskiego, niemal od kołyski skoncentrowanego na jednym, jakże konkretnym celu. „(Rodzice) wozili mnie z Leszna na treningi, co kosztowało, i wierzyli, że to da efekty, że warto się poświęcić dla dziecka, żeby potem mieć satysfakcję i być dumnym. Inna sprawa, że ja od początku wykazywałem wielki zapał do sportu, rodzice nie musieli mnie zmuszać do treningów. Sam trenowałem po normalnych zajęciach. No i nie zastanawiałem się, kim zostanę albo co będę chciał w życiu robić. Od razu wiedziałem, że chcę być piłkarzem” – opowiadał gwiazdor w rozmowie z „Galą”.

Fundamenty pod pomnik mistrza dzielnie kładła także jego żona.

Anna Lewandowska zdradziła na przykład, że po pamiętnym meczu z Wolfsburgiem (gdy strzelił pięć goli w dziewięć minut) Robert wrócił do domu niepocieszony z powodu niezdobycia jeszcze jednej bramki i sfrustrowany zabrał się za… mycie podłogi.

Gdy przyjeżdżał na mecze reprezentacji, choć jest jej żywą ikoną i gwiazdą, o której autografie pewnie niedawno marzyło wielu młodszych kolegów z kadry, do znudzenia podkreślał przede wszystkim rolę „team spirit”, umniejszając rolę jednostki w sukcesach zespołu.

Jakby tego było mało, Lewandowski chętnie dzielił się rosnącym w oszałamiającym tempie majątkiem. Media co rusz donosiły, że piłkarz wpłacił pieniądze na konto chorego chłopca albo sfinansował remont zniszczonego przez nawałnicę szpitala.

Tak tworzył się obraz skromnego, sympatycznego chłopaka, którego wielki sukces nie zepsuł nawet troszeczkę. „Zupełnie, jakby nie był Polakiem” – stwierdził kiedyś znajomy, nawiązując do długiej listy pochodzących znad Wisły grajków, którzy już po kilku większych wypłatach w zagranicznych klubach obrastali w piórka oraz przekonanie o własnej zajebistości. Po czym tracili fortuny w kasynach, rozbijali sportowe samochody, wykłócali się z trenerami i obrażali na dziennikarzy. Ich kariery zwykle kończyły się równie szybko, co zaczynały, na pamiątkę zostawiając długi i marskość wątroby.

Lewandowski miał być inny. Przecież jako cyborg zaprogramowany na osiągnięcie konkretnych celów, nie mógł pozwolić sobie na takie słabości. Owszem, niekiedy wrzucił do internetu fotkę, pozując na tle kolejnej luksusowej bryki w kolekcji czy gigantycznego apartamentu kupionego za miliony monet, ale jakoś nie było to specjalne rażące. Chłopak zarabia przecież krocie, to czasem może sprawić sobie trochę przyjemności.

Najważniejsze, że sodówka nie uderzyła mu do głowy. Do czasu.

Choć kilka dni temu Lewandowski po raz trzeci w karierze otrzymał pokaźną statuetkę armaty, wręczaną tradycyjnie najlepszemu strzelcowi Bundesligi, mało kto zwrócił na to uwagę. Znacznie ciekawszym tematem dla mediów jest trwająca od kilku miesięcy podjazdowa wojna, jaką polski napastnik toczy ze swoim klubem.

Zaczęło się we wrześniu 2017 roku, gdy na łamach „Der Spiegel” Lewandowski skrytykował politykę transferową Bayernu, narzekając, że monachijski potentat nigdy nie wydał na piłkarza więcej niż 40 mln euro, co jest śmieszną kwotą w porównaniu do przelewów dokonywanych przez Real Madryt czy Manchester United. Słowa naszego gwiazdora spotkały się z krytyką władz klubu, słusznie przypominających swojemu hojnie opłacanemu pracownikowi, że jest od grania, a nie wymądrzania. To było jednak tylko preludium przed jego kolejnymi popisami.

Zamiast informować o kolejnych pięknych golach Lewego, media z lubością donosiły o konfliktach z kolegami z drużyny, m.in. Arjenem Robbenem czy Matsem Hummelsem, z którym Polak miał się poszarpać na treningu. Gdy w jednym z majowych spotkań został zdjęty z boiska, po zejściu z murawy urażony nie podał nawet ręki Juppowi Heynckesowi, bardzo doświadczonemu i szanowanemu trenerowi. Nic dziwnego, że został za to zbesztany z różnych stron.

W międzyczasie Lewandowski zwolnił dotychczasowego, wieloletniego menadżera Cezarego Kucharskiego, angażując Pini Zahaviego, syna polskiego Żyda spod Kielc, który – jak twierdzi – miał większy lub mniejszy udział we wszystkich najważniejszych transakcjach w historii futbolu. „Midas transferów” ma pomóc założyć naszemu piłkarzowi koszulkę Realu Madryt, ale na razie idzie mu to opornie, a klub ze stolicy Hiszpanii jest ponoć średnio zainteresowany wyłożeniem milionów na Polaka, który podczas niedawnego dwumeczu Bayernu z „królewskimi” w Lidze Mistrzów snuł się bezradnie po boisku i został powszechnie uznany za najsłabszego gracza tych spotkań.

I to jest największy problem.

Aspiracje Lewandowskiego zaczęły ostatnio brutalnie rozmijać się z jego formą sportową.

Zamiast zdobywać seryjnie gole, głównie narzeka, kłóci się z sędziami, rywalami, a nawet kolegami z boiska. Ponoć nawet przestał przykładać się do treningów, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia.

Na naszych oczach Polak z zimnego profesjonalisty przeistacza się w rozkapryszonego gwiazdora, który strzela fochy na lewo i prawo. Traci szacunek kibiców Bayernu, przez głupie zachowanie w niepamięć odchodzą jego historyczne rekordy (w marcu stał się najlepszym zagranicznym strzelcem w dziejach zasłużonego klubu). W niedawnym sondażu większość fanów opowiedziała się za odejściem Polaka.

„Lewandowski ma olbrzymi problem z samooceną. Napastnik, który wierzy, że jest na równi z Cristiano Ronaldo, musi to czasami pokazać. Dla niego liczy się tylko ja, ja i ja” – stwierdził niedawno Paul Breitner. I obserwując ostatnie popisy piłkarza, trudno nie przyznać trochę racji legendzie niemieckiej piłki.

„Żaden zawodnik nie może być większy niż klub” – mawiał z kolei Alex Ferguson. Nasz as najwyraźniej zapomniał o tej zasadzie.

Obawiam się, że cała historia zakończy się dla Lewandowskiego kiepsko.

Starania o jego transfer do Realu, Chelsea czy Manchesteru United prawdopodobnie okażą się medialną burzą w szklance wody i zostanie skazany na dotrzymanie warunków kontraktu z Bayernem. Spędzi kolejny rok w klubie, w którym nie będzie darzony sympatią przez kolegów z szatni i kibiców. Pogrążony w marazmie i coraz bardziej sfrustrowany.

Oczywiście istnieje również bardziej optymistyczna wizja przyszłości snajpera. Lewandowski zostaje królem strzelców mundialu i wprowadza naszą reprezentację przynajmniej do strefy medalowej. Zachwycony Roman Abramowicz sięga do przepastnego portfela i rzuca na stół 100 mln euro, by ściągnąć polskiego piłkarza do Londynu, a ten znów może koncentrować się na tym, co robi najlepiej, czyli „harataniu w gałę”.

Który scenariusz się sprawdzi? Mam nadzieję, że drugi, bo chyba jednak wolę cyborga od rozkapryszonego gwiazdora.

Rafał

Fot. Pixabay

2