Jak kufel piwa zmienił się w kubek kakao

Zobacz, jeszcze niedawno w sobotę o tej porze byłbym już pewnie po piątym piwie, a dziś popijam kakao – powiedziałem do żony. Po chwili uświadomiłem sobie, że to zdanie jest kwintesencją mojej życiowej rewolucji.

Kluczowym słowem w tym artykule będzie „pretekst”, czyli – według słownika języka polskiego – „zmyślony powód podany w celu ukrycia właściwej przyczyny”. Ta definicja znakomicie oddaje istotę polskiego sentymentu do napojów wyskokowych, o którym chciałbym napisać, oczywiście na własnym przykładzie.

Chyba nikt nie zaprzeczy, że lubimy sobie golnąć, a jednocześnie jesteśmy mistrzami w znajdowaniu do tego rozmaitych powodów, co świetnie podsumował w jednym z wywiadów wybitny pisarz i dramaturg Janusz Głowacki. „Narzeczona zdradza – seta, nie ma na buty – sto pięćdziesiąt, cenzura zdejmuje książkę – pół litra, przyjaciel zakapuje – półtora, nasi przegrywają z Ruskimi w nogę – trzydniówka” – stwierdził autor „Antygony w Nowym Jorku”. Choć opisywał realia PRL-u, to przyznajmy szczerze, że w tej kwestii nic się nie zmieniło.

Na starcie przygody z alkoholem, czyli przeważanie we wczesnej młodości, pretekstem staje się chęć posmakowania „zakazanego owocu”, a przede wszystkim udowodnienia światu, zwłaszcza kumplom, że drinkowanie jest naszym chlebem powszednim, niemal od kołyski. Tak było kiedyś i tak jest też dzisiaj. Wyniki niedawnych badań (podejrzewam, że mocno zaniżone, bo wielu małolatów wciąż jednak niezbyt chętnie przyznaje się dorosłym do sięgania po trunki) wskazują, że połowa gimnazjalistów raczyła się alkoholem w ciągu ostatnich 30 dni przed ankietą. W przypadku uczniów szkół ponadgimnazjalnych odsetek ten szybuje już do 82 proc.

Co ciekawe, jeszcze kilka lat temu w gronie popijającej młodzieży zdecydowanie przeważali przedstawiciele brzydszej płci. Dziś dziewczyny z powodzeniem dorównują rówieśnikom.

W tak zwanym badaniu ESPAD zapytano też uczniów, czy w poprzedzającym miesiącu zdarzył im się klasyczny „zjazd do bazy”, któremu towarzyszy zataczanie się, bełkotanie lub zanik pamięci. Co piąty pytany przyznał otwarcie, że doświadczył takiego odmiennego stanu świadomości.

Opisywanego powyżej uczucia doświadczyłem po raz pierwszy na szkolnej wycieczce w ósmej klasie podstawówki. Mieliśmy podziwiać wówczas piękno Śląska, ale ja zapamiętałem z tego wyjazdu tylko widok z hotelowego okna na obskurną katowicką kotłownię i słodko-siarczany smak wina o nazwie Sangria, które – oprócz nazwy – nie miało nic wspólnego ze słynnym hiszpańskim napojem alkoholowym, a trzepało całkiem po polsku. Całkowitego zaniku pamięci zatem nie doznałem, za to zataczania się i bełkotania jak najbardziej.

Pijaństwo było wtedy jednak zjawiskiem dość incydentalnym, na serio rozpoczęło się dopiero w liceum. Wtedy też pojawił się pierwszy poważny pretekst do raczenia się trunkami. Magiczna „osiemnastka”. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale w tym okresie uczestniczyłem w permanentnej imprezie, podczas której świętowaliśmy czyjeś wejście w dorosłe życie. Tylko dlaczego nigdy nie było tortu ze świeczkami? A może po prostu go nie pamiętam…

Na studiach preteksty pojawiały się już na pęczki. Przecież trzeba było oblać zaliczony egzamin, zatopić smutki po oblanym sprawdzianie, uczcić powrót do akademika z przerwy świątecznej i napić się przed wyjazdem do domu.

Obowiązkowo należało pocieszyć kumpla, który dostał kosza od dziewczyny albo uraczyć się czymś mocniejszym, gdy okazało się, że innemu udało się wyrwać najlepszą laskę na roku. Urżnąć się, bo przyszła wiosna, bo zbliżają się wakacje, bo wakacje dobiegły końca, bo święta, bo Andrzejki, bo karnawał. I tak dalej, i tak dalej.

Na swoje usprawiedliwienie dodam nieskromnie, że mimo spędzania długich godzin na alkoholowych posiadówach nie byłem chyba najgorszym studentem, skoro promotorka mojej pracy magisterskiej proponowała, bym został na uczelni i kontynuował działalność naukową. Poczułem jednak silny zew małej ojczyzny, postanowiłem więc wrócić do rodzinnego miasta, by realizować w praktyce zdobytą wiedzę.

Trafiłem do lokalnej redakcji największego wówczas polskiego dziennika. Szybko potwierdziła się powszechnie panująca opinia, że żurnaliści to nie jest grupa zawodowa, która zwykła wylewać za kołnierz. Nie tylko w Polsce. Z niedawnych badań brytyjskiego ministerstwa zdrowia wynika, że pracownicy mediów piją znacznie więcej niż przedstawiciele innych zawodów. Statystyczny dziennikarz na Wyspach tygodniowo konsumuje około 44 jednostki alkoholu (równowartość pięciu butelek wina lub 11 litrów piwa).

Do problemów z alkoholem przyznaje się wielu polskich dziennikarzy, np. Wojciech Maziarski (przestał pić w 1997 r.). „Kiedy pracowałem w „Gazecie Wyborczej”, zdarzało mi się nie pójść do pracy albo zawalić coś ważnego. Pamiętam też nocne powroty do domu taksówkami. Firma nam je fundowała. Zawsze mówiłem kierowcy: „Jedziemy na Żoliborz”, ale po drodze zastanawiałem się: kurczę, może by się zatrzymać przy nocnym, kupić sobie buteleczkę? Przecież inaczej nie zasnę. I prosiłem taksówkarza, żeby stawał. Wciskałem mu kit, że muszę chleb kupić, a kupowałem flaszkę” – opisuje w „Newsweeku”.

Natomiast moje wieczorne powroty z redakcji zwykle kończyły się w zaprzyjaźnionym pubie. Oczywiście zawsze znalazł się pretekst, by wpaść tam na piwko. Bo jestem zmęczony, bo muszę odreagować, bo podejmowałem trudne tematy i jestem psychicznie wyczerpany, bo chcę coś ciekawego opowiedzieć chłopakom za barem, bo nie mam lepszego pomysłu na resztę dnia.

Znałem tam prawie wszystkich i wszyscy mnie znali, choć podejrzewam, że wielu miałoby problem, gdyby spytano ich, jak „Redaktor” ma na imię, już o nazwisku nie wspominając. Na tym etapie życia to mi jednak w pełni wystarczało.

Etap mocno się wydłużył i być może trwałby nadal, gdybym na swojej życiowej ścieżce nie spotkał Jej. Poznaliśmy się oczywiście w redakcji (wtedy pracowałem już w innej gazecie), a relacje umacnialiśmy przy kufelku piwa lub kieliszku miętowej żołądkowej. Jednak z czasem okazało się, że alkohol nie jest nam do niczego potrzebny. Ewa zresztą nigdy nie była wielką fanką napojów wyskokowych. Dowodzi tego fakt, że od ponad roku nie wypiła nawet kieliszka procentowego napoju, najpierw z powodu ciąży, a teraz karmienia piersią Filipa, i w tym czasie może ze dwa-trzy razy bąknęła, że chętnie skosztowałby lampkę wina.

A ja? No cóż, skłamałbym, gdybym napisał, że małżeństwo i narodziny syna uczyniły ze mnie abstynenta. Lubię czasem strzelić piwko podczas pracy (fakt, że siedzę w domu, piszę zamówiony artykuł, popijam browarka i nikt nie grozi mi dyscyplinarnym zwolnieniem uznaję za jeden z większych atutów freelancingu), a niekiedy nawet lekko sponiewierać się w gronie kumpli, ale po pierwsze zdarza się to sporadycznie, a po drugie nie muszę już szukać pretekstów. Piję, bo mam na to ochotę. I tyle.

Tyle, że ta ochota zdarza się coraz rzadziej. Przyczyną nie są społeczne normy, zakazy czy nakazy, ale wewnętrzne przekonanie, że swoje wypiłem, alkohol nie jest mi już do niczego potrzebny, a wiele napojów po prostu smakuje lepiej. Niedawno, po powrocie z zimowego spaceru, przyrządziłem sobie grzane wino. Aromatyczne, z korzennymi przyprawami i zatopionym plastrem pomarańczy. Wystarczył jeden łyk, bym zaczął żałować, że to nie jest kubek… kakao, które zresztą dziś znacznie częściej gości w moim menu. Czego i wam, Drodzy Czytelnicy życzę!

Rafał

By uniknąć opinii, że całkowicie zramolałem, chciałbym tylko poinformować, że w trakcie pisania tego tekstu wypiłem piwo, za to ani jednego kubka kakao.

fot. Pixabay

2