Księżna Diana – najbardziej przereklamowana celebrytka wszech czasów

Nie grzeszyła inteligencją, urodą też nie wybijała się ponad brytyjską przeciętność. Nie śpiewała, nie grała w filmach, nie pisała książek. A mimo to rozpalała ludzkie emocje. Była bowiem prawdziwą królową w… manipulowaniu mediami.

Kult narodził się 31 sierpnia 1997 roku, gdy mercedes wiozący Dianę Frances Mountbatten-Windsor z domu Spencer uderzył w 13. filar paryskiego tunelu Alma. O jej śmierć natychmiast oskarżono bezwzględnych paparazzi, którzy ścigali na skuterach limuzynę z księżną i jej ówczesnym kochankiem Dodi Al-Fayedem, synem egipskiego miliardera, m.in. właściciela słynnego londyńskiego domu handlowego Harrods. W oceanie wylanych wówczas łez zatonęło parę istotnych faktów: żaden z pasażerów samochodu nie wysilił się, by zapiąć pasy bezpieczeństwa, kierowca Henri Paul był pijany (późniejsze pomiary wykazały blisko 1,7 promila), a gdy wjeżdżał do feralnego tunelu miał na liczniku ponad 150 kilometrów na godzinę, czyli trzy razy więcej niż dopuszczały przepisy.

Straszni paparazzi zabili Dianę” – wydano bezdyskusyjny wyrok, zapominając, że jeszcze kilkanaście dni wcześniej sama księżna nie miała oporów przed poinformowaniem fotoreporterów, gdzie spędza upojne chwile w ramionach kochanka. Podobno, kiedy w tabloidach zobaczyła zdjęcia, na których obściskuje się z Al-Fayedem na pokładzie jego jachtu, narzekała jedynie, że fotografie są… zbyt rozmyte.

Diana perfekcyjnie radziła sobie z mediami i umiała skutecznie używać ich do swoich celów.

To był dar naturalny, umiejętność na pewno nie wyuczona, bo z nauką księżna od dziecka miała potężne problemy. W prywatnej szkole dla dziewcząt West Heath School barierą nie do przejścia i kompromitacją okazały się dla panny Spencer już egzaminy na poziomie 0 – oblała pięć na sześć sprawdzianów z wybranych przez siebie przedmiotów. Dwukrotnie nie zdała też matury, więc rodzice wysłali ją do szkoły dobrych manier w Szwajcarii. Wytrzymała tam tylko trzy miesiące.

Edukacyjnymi porażkami raczej się nie stresowała, bo od najmłodszych lat za główny cel stawiano przed nią nie staranne wykształcenie, ale dobre zamążpójście. I konsekwentnie dążyła do jego realizacji. Szczęśliwy (a może jednak pechowy?) traf sprawił, że latem 1980 r. na grillu w letnim domu znajomych poznała Karola, następcę brytyjskiego tronu. Jak opowiadała później Diana, starszy od niej o 13 lat arystokrata wyglądał na bardzo samotnego. Uznała, że powinien mieć u boku kogoś, kto się nim zaopiekuje. W swoim przekonaniu była najlepszą kandydatką. Wystarczyło 13 randek, by przyjęła oświadczyny, a ich bajkowy ślub z zapartym tchem podziwiało blisko 750 milionów ludzi na całym świecie.

Czy Diana naprawdę pokochała niezbyt wyględnego Karola, z którym tak naprawdę dzieliło ją prawie wszystko, od inteligencji i wykształcenia, po temperament, zainteresowania czy poczucie humoru? Szczerze wątpię, choć w słynnym pozaręczynowym wywiadzie dla BBC odpowiedziała na to pytanie twierdząco i entuzjastycznie, w przeciwieństwie do narzeczonego, który bąknął wtedy „Cokolwiek to znaczy…”.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że serce brytyjskiego następcy tronu mocniej bije tylko przy jednej kobiecie, Camilli Parker-Bowles, która tak jak on uwielbiała m.in. grę w polo i łowiectwo. Miała jedną, niestety dość istotną wadę, była zamężna. Związek z Dianą stał się więc „małżeństwem z rozsądku”, do którego został trochę zmuszony, i które miało  udobruchać opinię publiczną, zwłaszcza królową niezadowoloną z przedłużającego się starokawalerstwa syna.

Diana musiała sobie z tego zdawać sprawę, a jednak weszła w ten układ. Nieprzypadkowo wpadała w furię po odkryciu na ulubionych spinkach do mankietów męża inicjałów C&C (Charles & Camilla) czy fotografii Parker-Bowles, które wypadły z notatnika księcia podczas miesiąca miodowego spędzanego na statku Britannia. Ponoć nękała Camillę głuchymi telefonami w środku nocy. W późniejszych wypowiedziach, sprytnie przemycanych do mediów, żaliła się, że z powodu nielojalnego zachowania męża wpadła w depresję i bulimię, a nawet miała podjąć próbę odebrania sobie życia rzucając się ze schodów (swoją drogą to chyba najgłupszy pomysł na samobójstwo o jakim słyszałem), choć po latach pałacowa służba przyznała, iż Diana po prostu potknęła się wówczas o stopień. W świat szedł jednak prosty przekaz – dobra i wierna księżna cierpi w mrocznym zamczysku, zdradzana i upokarzana przez męża, a jakby tego było mało nie akceptowana przez złą królową i jej rodzinę.

Jaka była prawda? Diana romansowała na lewo i prawo, przy niej to Karol był stały w uczuciach, bo oprócz Camilli nie liczyła się żadna inna.

Lista kochanków księżnej, tych domniemanych i rzeczywistych, robi wrażenie.

Jest na niej ochroniarz Barry Mannakee, którego później nazwie „najbliższym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miała” (mężczyzna zginął w dość tajemniczym wypadku motocyklowym w 1987 r., miłośnicy teorii spiskowych przekonują, że zaaranżowanym przez służby specjalne). Ważne miejsce w spisie zajmuje też major James Hewitt, przez długi czas uznawany za prawdziwego ojca młodszego syna Diany, księcia Harry’ego. Romansowała też z Jamesem Gilbey’em, spadkobiercą rodziny producentów dżinu, zapis ich telefonicznych konwersacji opublikował w 1992 r. „The Sun”. Diana nazywała w nich Windsorów „pieprzoną rodziną” i wyrażała obawy, że może być w ciąży z kochankiem.

Nawet to nie nadszarpnęło popularnością księżnej, wręcz przeciwnie, umocniło jej pozycję, jako bieduli uciemiężonej przez rodzinę królewską. Dzięki współpracy ze specami od wizerunku zdobywała kolejne punkty u opinii publicznej, angażując się w rozmaite akcje humanitarne, choć później współpracownicy księżnej zdradzili, że często nie miała pojęcia, czym tak naprawdę ma się zająć. W efekcie ze współpracy z Dianą wycofała się na przykład organizacja National AIDS Trust. „Straciliśmy do niej zaufanie” – tłumaczył dyrektor Michael Adler.

Te informacje raczej nie trafiały na pierwsze strony gazet, w przeciwieństwie do obszernych fotorelacji z wizyty księżnej na polu minowym w Angoli, po którym maszerowała z detektorem w ręku. „Nie można sobie wyobrazić lepszego ambasadora dla takiej sprawy, jeśli się chciało, żeby świat o niej usłyszał” – piały gazety.

Jak napisano w jednym z artykułów o Dianie, wreszcie okazała się pojętną uczennicą – nauczyła się wykorzystywać społeczne nastroje i manipulować mediami, które ją kochały, a ona uwielbiała pokazywać się w blasku fleszy. W końcu doprowadziło to do tragedii. Choć od śmierci księżnej minęło 20 lat, jej popularność wciąż ma się świetnie, a w przeprowadzonym przez BBC plebiscycie na „100 najwybitniejszych Brytyjczyków” Diana zajęła 3. miejsce, w pokonanym polu pozostawiając Williama Szekspira, Isaaca Newtona czy Johna Lennona. Trochę to śmieszne, choć bardziej przerażające.

Rafał

fot. Pixabay

2