Książka, której nie zapomnę: „Pianistka” Elfriede Jelinek

Ta nagrodzona Noblem powieść jest jak niewidzialna dłoń, która łapie cię za wnętrzności i nie puszcza ich aż do ostatniej strony.

Kiedy podczas spotkań autorskich jestem pytana o to, co czytam, „Pianistkę” Elfriede Jelinek najczęściej wymieniam w pierwszej kolejności. A zdarza mi się rzadko, żeby jakaś powieść kroczyła za mną tak długo – zazwyczaj opowiadam o książkach związanych z moim dorastaniem, do których żywię sentyment, jak i o tych, które właśnie przeczytałam, póki moja pamięć jest świeża.

Z tą powieścią jest inaczej, choć sama historia może wydawać się banalna. Można napisać, że „Pianistka” jest o skomplikowanej relacji dorosłej córki, nauczycielki gry na fortepianie, z despotyczną matką – i w zasadzie tyle wystarczy, bo właśnie o tym jest ta książka. Główna bohaterka, Erika, to niespełniona artystka. Choć dobiega czterdziestki, wciąż żyje pod dyktando matki, która traktuje córkę jak małą dziewczynkę. Nie tylko razem mieszkają, ale nawet śpią w jednym łóżku. Jedna jest od drugiej uzależniona. Pogrążona w seksualnej ascezie Erika żyje w izolacji od męskiego towarzystwa. A jednak w jej życiu pojawia się męski pierwiastek – nauczycielka zwraca uwagę własnego ucznia, z którym połączy ją trudna i bolesna dla obu stron relacja.

Jaki finał będzie miała ta historia, nie zdradzę. Zakończenie, przyznaję, zrobiło na mnie wrażenie i z kimś, kto przeczytał tę książkę, chętnie bym o nim porozmawiała. „Pianistka” w ogóle jest książką, która robi wrażenie. Zanim po nią sięgnęłam, przejrzałam opinie o niej. Pojawiały się określenia: wybitna, wyjątkowa, wspaniała. Ale też: smutna, mroczna, kontrowersyjna. Jedna z czytelniczek stwierdziła przewrotnie, że to „literatura brzydka”. Inna przyznała, że „Pianistka” ją psychicznie wykończyła. Jeszcze inna uznała „Pianistkę” za najsmutniejszą książkę, jaką w życiu czytała. A w jednej z recenzji przeczytałam zdanie, które trafia w sedno: „Można odnieść wrażenie, że ta książka wcale nie chce być przeczytana”.

To prawda. „Pianistka” Elfriede Jelinek nie jest lekturą pociągową. Nie należy jej czytać dla zabicia czasu czy z braku innych zajęć.

„Pianistka” wymaga skupienia, intelektualnego wysiłku. Nawet jeśli ją odłożycie, to możecie być pewni, że wrócicie do lektury.

Zaczyna się zwyczajnie. „Nauczycielka gry na fortepianie, Erika Kohut, wpada jak wicher do mieszkania, które dzieli z matką. Matka lubi nazywać Erikę swoim małym wicherkiem, ponieważ często tak bywa, że córeczka śmiga jak fryga”.

Nie dajcie się zwieść tej pozornej lekkości. Z każdą kolejną stroną atmosfera staje się coraz bardziej mroczna, duszna, niepokojąca. Jelinek pozwala czytelnikowi do kości wgryźć się w relację córki z charyzmatyczną matką. To relacja, która popycha Erikę do zachowań zdumiewających. Niektóre sytuacje w powieści są tak intymne, że czytelnik jako ich świadek czuje się nie na miejscu. Chciałby zakryć oczy. Wycofać się.

Jest w tej powieści bezkresny smutek. I współczucie, które z pewnością odezwie się w was, gdy lepiej poznacie główną bohaterkę. Erika to kobieta ze zniszczoną psychiką i zniszczonym życiem, która choć całkowicie stłamszona przez matkę i jej podporządkowana, nie potrafi – albo nie chce – wyrwać się spod jej dominacji. Spotkałam się z opinią, że opisana przez Jelinek relacja matki z córką zainspirowała Darrena Aronofsky’ego, gdy brał się do reżyserowania „Czarnego łabędzia”.

Ale tym, co w „Pianistce” wybija się na pierwszy plan, jest styl. Sama konstrukcja powieści jest niecodzienna: żadnych dialogów, rozmowy zapisane w formie mowy zależnej. A język… Jestem oczarowana sprawnością i pisarskimi umiejętnościami austriackiej pisarki. Mam w zwyczaju wynotowywać sobie z książek zdania, które zrobiły na mnie wrażenie. W przypadku „Pianistki” musiałabym przepisać całą książkę. Teoretycznie Jelinek robi z prozą to, czego każdy pisarz powinien unikać – buduje długie zdania, karmi czytelnika powtórzeniami, nadużywa strony biernej. A jednak okazuje się, że w przypadku „Pianistki” to zabieg doskonały.

„Ojciec natychmiast przekazał pałeczkę córce i ustąpił. Erika wstąpiła, ojciec ustąpił”.

„Czas wokół Eriki powoli zastyga jak gips. Osypuje się natychmiast, gdy tylko matka mocniej walnie weń pięścią. W takich razach Erika siedzi z resztkami ortopedycznego kołnierza czasu wokół cienkiej szyi, wystawiona na kpiny pozostałych i zmuszona jest przyznać: muszę iść do domu. Do domu. Kiedykolwiek spotyka się Erikę na ulicy, prawie zawsze właśnie jest w drodze do domu”.

„Ludzie stoją stłoczeni ciasno jak sardynki w puszce, co wcale nie znaczy, że każdy już naoliwiony, na to przyjdzie czas po fajrancie”.

„Matka krzyczy: Przeputałaś w ten sposób czekającą cię później nagrodę! Miałybyśmy później nowe mieszkanie, ale ponieważ nie umiałaś poczekać, to masz teraz tylko ten łach, który za chwilę będzie niemodny. Matka wszystko chce później. Niczego nie chce natychmiast. Za to dziecka chce przez cały czas, i cały czas chce wiedzieć, gdzie w razie potrzeby można dziecko zastać, gdyby mamie groził atak serca. Mama chce na razie oszczędzać, aby potem móc korzystać”.

Nie można nie zauważyć, że ogromną pracę wykonał tłumacz Ryszard Turczyn zajmujący się głównie przekładami z języka niemieckiego. Turczyn to członek Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i członek honorowy Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, który za swoje przekłady był niejednokrotnie nagradzany – w 2014 otrzymał Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Oryginału nie czytałam, ale „Pianistka” po polsku jest czytelniczą ucztą właśnie ze względu na wirtuozerię języka.

Warto trochę miejsca poświęcić samej Jelinek. W Polsce nie należy do grona mainstreamowych autorów. Na świecie uchodzi za pisarkę co najmniej kontrowersyjną czy wręcz skandalizującą. To kobieta oczytana i wykształcona – ma dyplom historii sztuki, znakomicie gra na fortepianie. W ojczyźnie nielubiana, uważana za faszystkę; jej ojciec był czeskim Żydem, przerwał II wojnę światową dzięki pracy dla III Rzeszy. Z wykształcenia chemik – ponoć zajmował się badaniem metod użycia gazu, którego Niemcy używali w obozach koncentracyjnych. Ojciec zabierał małą Elfriede do kina, gdzie oglądali filmy dokumentalne z obozów zagłady.

Ale to o matce, która do wychowania miała dość swobodny stosunek, dorosła Jelinek powiedziała, że ją „zniszczyła”. W jednym z wywiadów pisarka wyznała: „Myślę, że język uratował mi życie. Dał mi siłę przeciwko psychicznie zaburzonemu autorytetowi matki. Ojciec nie uratował mnie przed nią, ale dał mi język, dzięki któremu w pewien sposób mogłam ukryć się tam, gdzie nie sięgał jej autorytet”. Nieprzypadkowo „Pianistkę” uważa się za powieść o cechach autobiograficznych. Język niemiecki relację, jaka połączyła Elfriede Jelinek z matką, a także Erikę Kohut z jej rodzicielką, nazywa Hassliebe, co należy tłumaczyć jako gwałtowne uczucie oscylujące pomiędzy miłością a nienawiścią,

Jelinek to była komunistka i zdeklarowana feministka. Kobiecość, walka między płciami, seksualność to tematy najczęściej przez nią poruszane. Dla Jelinek nie ma tematów tabu; niektórzy twierdzą wręcz, że autorka balansuje na cienkiej granicy pomiędzy językową odwagą a kiczem.

Zarzuca się jej przesadną wulgarność językową, ocieranie się o pornografię.

Dlatego gdy w 2004 roku Austriaczka odbierała literackiego Nobla, wielu nie kryło zgorszenia. Ba, przyznanie kontrowersyjnej pisarce tak zaszczytnej nagrody uznano wręcz za skandal. Z werdyktem nie mógł pogodzić się zwłaszcza Watykan oraz ceniony szwedzki historyk literatury Prof. Knut Ahnlun.

Ahnlund przez lata należał do Akademii Szwedzkiej, która rokrocznie nominuje laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Z dalszej aktywności zrezygnował w 2005 roku. Wściekł się na Nobla dla Jelinek. W obszernym wywodzie opublikowanym w dzienniku „Svenska Dagbladet” – pod wiele mówiącym tytułem: „Wybranie Jelinek zniszczyło nagrodę” – skrytykował kolegów za przyznanie wyróżnienia austriackiej pisarce. Stwierdził dosadnie, że wartość artystyczna prozy Jelinek jest niewielka. W ogóle uznał, że członkowie Akademii pewnie nie przeczytali wszystkich książek Austriaczki. I dodał, że przyznanie Nobla Elfriede Jelinek „zrujnowało prestiż tej nagrody”.

Akademia przyznała Jelinek Nobla za „demaskowanie absurdalności stereotypów społecznych w powieściach i dramatach”, a także za „nadzwyczajną lingwistyczną pasję”. Sama Jelinek wyznała, że „Pisanie jest konieczne, aby uszło ze mnie napięcie, bo inaczej pęknie mi czaszka”.

Dziś siedemdziesięcioletnia pisarka żyje w odosobnieniu, rzadko pokazuje się publicznie, praktycznie nie udziela wywiadów. Cierpi na agorafobię, to jest lęk przed przebywaniem na otwartej przestrzeni. Nienawidzi być na świeczniku. Gdy dziennikarze okupowali jej dom w dniu przyznania Nagrody Nobla, której nie odebrała osobiście, powiedziała: „Jedyne, czego chcę, to żyć w odosobnieniu. Pragnę tylko, żeby zostawiono mnie w spokoju”.

„Okna rozbłyskują w słońcu. Ich skrzydła nie rozwierają się dla tej kobiety. Nie dla każdego się rozwierają. Nigdzie dobrego człowieka, choć się go wzywa. Wielu chce pomóc, ale tego nie robią. Kobieta wykręca szyję daleko w bok i obnaża uzębienie, jak chory koń. Nie spoczywają na niej niczyje ręce, nikt niczego z niej nie zdejmuje”.

„Pianistkę” na duży ekran przeniósł Michael Haneke. Film otrzymał wiele nagród, m.in. Grand Prix Festiwalu w Cannes oraz Złotą Palmę dla pierwszoplanowych aktorów – Isabelle Huppert i Benoît Magimel.

Ewa

„Pianistka”, Elfriede Jelinek, wyd. W.A.B. 2010

Korzystałam m.in. z opinii w portalu Lubimyczytać.pl, tekstu opublikowanego w „Dużym Formacie” oraz z tego artykułu

2