Jak koncertowo spieprzyć 100-lecie niepodległości

Miały być olśniewające fajerwerki, a będą zimne ognie trzymane w rozdygotanej dłoni. Choć politycy łaskawie zafundowali nam dodatkowe 24 godziny na świętowanie, nie potrafili znaleźć pomysłu na wypełnienie atrakcjami nawet jednego dnia.

Na przygotowania do świętowania mieliśmy trochę czasu – jakieś 29 lat (przed 1989 r. za obchodzenie dnia niepodległości można było zostać spałowanym albo trafić do aresztu, w tym okresie fetowano natomiast rocznicę wybuchu rewolucji październikowej, usiłując przekonać Polaków, że tak naprawdę dojście do władzy bolszewików dało nam szansę na wolność), jednak znów zwyciężyła nasza narodowa zasada, czyli „robimy wszystko na ostatnią chwilę”.

Efekt? Politycy znów dowiedli, że nie ma szczytów żenady, których nie potrafiliby zdobyć, a nawet przeskoczyć. Prezydent Andrzej Duda jednego dnia zachęcał rodaków do wzięcia udziału w Marszu Niepodległości („Jest to kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa. Stańmy obok siebie i pokażmy ludziom, że można być razem. Można się nie gryźć” – przekonywał w rozmowie z „Rzeczpospolitą”), by po kilkudziesięciu godzinach stwierdzić, że 11 listopada będzie strasznie zarobiony i chyba nie znajdzie czasu na łażenie po ulicach Warszawy.

Nie wiem, czy prezydent przestraszył się, że nad jego głową będą powiewały transparenty z hasłem „Biała siła” czy „Sieg heil”, co może kiepsko wyglądać na zdjęciach i w telewizji, czy też nie chciał stać się świadkiem chuligańskich wybryków kiboli, którzy lubią przebierać się w szaty prawdziwych patriotów, a w istocie szukają tylko okazji do zadymy. W każdym razie wyszło strasznie głupio.

Marsz Niepodległości jest bez wątpienia jedną z najbardziej zdemonizowanych imprez organizowanych we współczesnej Polsce.

Mainstreamowe media z lubością wywlekają bowiem tylko wspomniane powyżej incydenty, świetnie pasujące do budowanego przekazu o rozlewającej się nad Wisłą fali faszyzmu, totalnie pomijając tysiące osób (w tym wielu moich znajomych), które maszerują, bo po prostu czują gęsią skórkę nosząc biało-czerwoną flagę albo paradując w koszulce upamiętniającej „żołnierzy wyklętych”. I to oni stanowią zdecydowaną większość uczestników, a nie grupki zwykłych bandytów albo heilujących półgłówków.

Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, dlaczego prezydent Duda w ogóle wyskakiwał z tym pomysłem, ewidentnie nieprzemyślanym i nieprzygotowanym. Chyba najpierw należało obgadać wszystko z organizatorami marszu. W ostatnim czasie głowa naszego państwa ma wiele tego typu wrzutek (np. o żarówkach, które doprowadziły do brexitu albo wyimaginowanej wspólnocie, czyli Unii Europejskiej, mimo, że dziwnym trafem napływają z niej do Polski zupełnie niewyimaginowane miliardy euro) i niepokojąco zaczyna się w tym upodobniać do Donalda Trumpa, który – jak głoszą dobrze poinformowane źródła – bezustannie przyprawia współpracowników o palpitację serca, gdyż nigdy nie wiadomo, co głupiego palnie albo napisze na Twitterze.

Prezydenckie zaproszenie na marsz wynikało prawdopodobnie z nagłej autorefleksji i uświadomienia sobie mizerii obchodów zaplanowanych przez rządzących. Jak bowiem Andrzej Duda będzie świętował 100-lecie niepodległości? Uczestnicząc we mszy w Świątyni Opatrzności Bożej, składając kwiaty na Grobie Nieznanego Żołnierza, wręczając Ordery Orła Białego i może jeszcze wyjeżdżając gdzieś poza Warszawę, by wziąć udział w lokalnych uroczystościach związanych ze stuleciem. Czad! Nieprawdaż?

Podobno na obchody rocznicy wydano 240 milionów złotych, prezydent i premier powołali nawet z tej okazji specjalnych pełnomocników. „Blisko dwa lata przygotowań i jest wielkie zero” – ubolewał w RMF rozczarowany Grzegorz Schetyna. Przywódca opozycji zapytany, jak Platforma Obywatelska zamierza świętować 100-lecie niepodległości wyznał jednak szczerze: „Jak zwykle, składając wieńce w ważnych miejscach polskiej historii Nie będziemy robić nic nowego, nic własnego”. Śmieszne i żenujące.

Nasze polityczne „elity” po raz kolejny udowodniły swoją jałowość.

Dla nich liczą się tylko partyjne wojenki oraz pazerne starania o przejęcie władzy, reszta jest zupełnie nieistotna. Nawet przy okazji tak niezwykłej rocznicy społeczeństwu rzucane są zwykłe ochłapy. Trudno nie nazwać tak hucznie zapowiadanego Koncertu dla Niepodległej, którego największą gwiazdą okazuje się… Maryla Rodowicz. Aż dziw bierze, że na liście wykonawców zabrakło tak hołubionych w państwowych mediach Zenka Martyniuka czy Sławomira. Czy naprawdę z tych 240 baniek (wciąż głowię się, na co przepuszczonych) nie można było uszczknąć kilku, by sfinansować występ paru globalnych artystów, który po pierwsze przyciągnąłby tłumy (chyba m.in. na wyciągnięciu ludzi z domów powinno polegać fetowanie tej pięknej rocznicy), a po drugie zainteresował naszym świętem także parę osób za granicą.

Jednak świat raczej się o nim nie dowie. W obchodach prawdopodobnie nie będzie uczestniczył żaden znaczący przywódca, choć 11 listopada wielu z nich spotka się w Paryżu na uroczystościach z okazji stulecia zakończenia I wojny światowej i myślę, że przynajmniej kilku można by ściągnąć również do Polski, np. 12 listopada. Do tego potrzeba jednak skutecznej dyplomacji, a to pojęcie w ostatnich latach stało się trochę abstrakcyjne.

Jeszcze kilka miesięcy temu Jarosław Sellin, wiceminister kultury i rządowy pełnomocnik ds. obchodów 100-lecia niepodległości zapewniał, że prezydent już zaprasza przywódców państw. „Myślę, że będzie bardzo godna reprezentacja świata na naszych obchodach w dniu 11 listopada” – przekonywał.

Jak się okazało, świat ma nas głęboko w tyłku i żadnej reprezentacji, choćby niegodnej, nie przyśle. Nawet z San Escobar nikt się nie pofatyguje.

Politycy robią, co mogą, by obrzydzić nam tę rocznicę, choć łaskawie podarowali obywatelom dodatkowe 24 godziny na świętowanie. Nie mam zresztą pojęcia po jaką cholerę, skoro zabrakło im pomysłów na wypełnienie atrakcjami nawet jednego dnia.

Wierzę jednak, że mimo to Polacy poczują wewnętrzną potrzebę uczczenia niepodległościowego jubileuszu i 11 listopada spotkam na ulicach wielu uśmiechniętych rodaków, dumnie noszących biało-czerwone symbole i czujących radość z bycia członkami tego, w sumie przecież fajnego narodu. Może niektórzy, podobnie jak ja, wezmą udział w biegach lub innych masowych imprezach organizowanych z okazji 100-lecia, a może tylko zabiorą rodzinę na spacer, np. w miejsca związane z wydarzeniami sprzed wieku.

Warto o nich pamiętać, bo wtedy Roman Dmowski, Józef Piłsudski czy Ignacy Daszyński potrafili wznieść się ponad podziały i wspólnie grać do jednej bramki. Dziś niewyobrażalną jest już chociażby perspektywa podania sobie rąk przez Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Na szczęście współczesnych politykierów historia szybko przemieli, a później wypluje. Podczas obchodów 200-lecia odzyskania niepodległości (mam nadzieję, że bardziej hucznych) nikt już nie będzie o nich pamiętał.

Rafał

Fot. Pixabay

1