Kogo chcemy oszukać? Dlaczego wycofuję swój podpis z poparcia dla ruchu Ratujmy Kobiety

Ten wpis jest efektem mojego wielkiego rozgoryczenia.

Kto mnie zna, wie, że jestem nowoczesną, 31-letnią kobietą. Matką, żoną, córką, siostrą, przyjaciółką, pisarką, dziennikarką, blogerką, dokładnie w tej kolejności. Prowadzę firmę, noszę spodnie, czytam „Wysokie Obcasy”. Uważam, że jeśli warto o coś walczyć do upadłego, to o równouprawnienie płci – nie mam co do tego wątpliwości. Podziwiam silne kobiety, aktywistki, pacyfistki, które w naszym imieniu walczą o prawa wszystkich kobiet. Boli mnie, jak pejoratywnie skojarzenia budzi w dzisiejszych czasach słowo „feministka”. Mam w swoim otoczeniu mężczyzn o skrajnie prawicowych poglądach, dla których feministki to głupie, rozkrzyczane, obrzydliwe baby, wiedźmy, odłam lewactwa, które nienawidzą mężczyzn i chcą zabijać dzieci na żądanie.

Jakie to przykre, a jakie niesprawiedliwe.

Jestem feministką i nie jestem wiedźmą.

Jestem normalną kobietą.

Jestem feministką, choć lubię lepić pierogi.
Jestem feministką, choć regularnie używam maszynki do golenia.
Jestem feministką, choć nie wyrażam zgody na aborcję na życzenie.

Kobiety przez stulecia były traktowane niesprawiedliwie, nie dziwmy się więc, że upominają się o swoje. Z uwagą i wielkim zainteresowaniem śledzę sytuację polityczną w naszym kraju, a szczególnie plany wprowadzenia w życia ustaw ingerujących w prawa kobiet – zwłaszcza jeśli w grę wchodzi ograniczanie naszej wolności. Imponują mi i wzruszają mnie oddolne inicjatywy takie jak Czarny Protest – tamtego dnia sama ubrałam się na czarno, a do kancelarii pani premier wysłałam wycięty z „Gazety Wyborczej” wywiad z doktorem Grzegorzem Południewskim, w którym opowiadał, z jak bardzo zdeformowanymi ciążami stykał się w swojej praktyce lekarskiej.

Zawsze to podkreślam: wolność nie jest dana człowiekowi raz na zawsze.

Skąd więc moje rozgoryczenie?

Jakiś czas temu do mnie i mojej siostry w centrum Radomia podeszły reprezentantki komitetu Ratujmy Kobiety. Jedna z nich zapytała nas, czy się podpiszemy. Ja zapytałam, pod czym konkretnie – to dla mnie bardzo ważne, żeby wiedzieć, pod czym się podpisuję, zwłaszcza gdy dotyczy to spraw kobiet. Usłyszałam, że chodzi o dostęp do antykoncepcji, utrzymanie standardów okołoporodowych, edukację seksualną. Uważam, że są to rzeczy szalenie ważne i potrzebne. Upewniłam się jednak, czy nie podpisuję się za zliberalizowaniem ustawy aborcyjnej. Jedna z kobiet zbierających podpisy z przekonaniem odparła, że nie. Że to nie dotyczy aborcji.

Podpisałam się. Moja siostra też.

Być może nigdy nie napisałabym tego tekstu, gdyby nie artykuł, który przeczytałam po fakcie. Wstrząsnął mną. Okazało się, że nie tylko zostałam wprowadzona w błąd, co po prostu, nazwijmy rzeczy po imieniu, oszukana. Chyba że osoby zbierające podpisy dla komitetu Ratujmy Kobiety są niedoinformowane, wydaje mi się to jednak niemożliwe i byłoby niedopuszczalne. Z tego artykułu dowiedziałam się, że jednak chodzi o zliberalizowanie prawa aborcyjnego. Projekt Ustawy o Prawach Kobiet i Świadomym Rodzicielstwie ustawy zakłada, że:

„Kobieta w ciąży ma prawo do jej przerwania do końca 12. tygodnia trwania ciąży”.

Co to oznacza? Że podpisałam się pod projektem dopuszczającym aborcję na życzenie.

I nawet nie wiecie, jak jest mi przykro, że mnie oszukano. W sprawach kobiet musimy mówić jednym głosem, ale też być uczciwe i akceptować odmienność cudzych poglądów. Nie istnieje tylko skrajna prawica i skrajna lewica – jest też coś pośrodku. Jako matka nie podpiszę się pod ustawą dopuszczającą legalne przerywanie ciąży, nawet jeśli „tylko” do 12. tygodnia. Nie zrobię tego, choć uważam się za feministkę. Choć na wydanie czeka moja powieść poświęcona prawie kobiet o decydowaniu o sobie i o tym, co się dzieje, gdy system narzuca nam styl życia.

Dlatego poprosiłam o wykreślenie mojego podpisu z list popierających Projekt Ustawy o Prawach Kobiet i Świadomym Rodzicielstwie. Jeśli powstaną kiedyś dwie inicjatywy – jedna dotycząca przerywania ciąży, a druga dotycząca pozostałych kwestii (takich jak dostęp do edukacji i badań prenatalnych czy utrzymanie standardów okołoporodowych), pod tą drugą podpiszę się bez wahania. A jednak skoro w 7. tygodniu ciąży widziałam na USG bijące serce mojego syna, nie mogę zgodzić się z aborcją na życzenie. Podobne zdanie miałam zresztą już wcześniej i go nie zmienię. Dla mnie dziecko kilkutygodniowe to człowiek. Nie płód.

Ciągle łudzę się, że to nie było oszustwo z premedytacją, a co najwyżej luki w wiedzy. Nie wierzę, że kobieta mogłaby oszukać drugą kobietę w tak ważnej sprawie! Choć pamiętam tę rozmowę, jakby odbyła się wczoraj:

– Ale to nie jest projekt dotyczący dopuszczenia aborcji na życzenie?
– Nie, nie jest.

A jednak jest.

I co teraz? Teraz widzę, jak ważne jest mówienie o tym, że feminizm może mieć różne twarze. Że można zarówno realizować się jako matka, jak i walczyć z dyskryminującym kobiety biznesowym zjawiskiem, jakim jest szklany sufit. Można mieć dzieci i jednocześnie wkurzać się na program 500+, gdy czyta się o kobietach, które po wprowadzeniu programu zwolniły się z pracy – nie myśląc o tym, jaką emeryturę sobie wypracują. Rozmawiajmy o tym! Rozmawiajmy o tym, że w Polsce jest też miejsce dla kobiet, które mają mózgi, a jednak nie chcą legalizacji aborcji.

Byłam, jestem i będę za utrzymaniem ustawy aborcyjnej w obecnej formie. Nie popieram zmiany w żadną stronę – ani całkowitej legalizacji przerywania ciąży, ani całkowitego zakazu aborcji.

W mojej książce główna bohaterka Tamara mówi: „Ja nie wiem, czym jest feminizm. Wiem natomiast, czym jest sprawiedliwość”.

Moja powieść nazywa się „Wściekłe”.

Czuję się dokładnie tak, jak moje bohaterki.

Ewa

fot. Jerry Kiesewetter on Unsplash

4

  • Dobrze napisałaś, trzeba zacząć mówić o tym, że feminizm ma różne twarze. Nie czuję się feministką, ponieważ nie utożsamiam się z tym najgłośniejszym feminizmem, w którym niestety często brak rzetelnych argumentów na rzecz „bo tak”. I brak też pewnego zrozumienia, że ktoś może myśleć inaczej, bądź nie zgadzać się we wszystkich kwestiach. Boli mnie to, że ktoś próbuje mi wmówić, że jestem uciskaną kobietą, bo Mąż mnie w drzwiach przepuszcza, albo dlatego, że ja Mu zrobię obiad. I wszystkie ważkie sprawy zostają sprowadzone do takich właśnie prywatnie wypracowanych między ludźmi relacji, krzykaniny itp. To tak ogólnie.
    Oszustwo natomiast, subtelniej mówiąc błąd, w który zostałaś wprowadzona, podkopuje wiarygodność tej organizacji, a jednocześnie i innych podobnych. Bowiem nie trzeba wiele by ludzi zniechęcić, acz ogrom wysiłku kosztuje zdobycie ludzkich serc.

  • Jarek Cieśla

    Feministka taka trochę jesteś, ale taka pozytywna, masz rację kiedy coś walczymy to na całego albo wcale. Trzymam kciuki za każda waszą inicjatywę, choć z tą aborcją to trochę przesadzone, czy przewidziałaś fakt jakim jest po aborcyjna depresja albo inne choroby ? Choć z innej strony jeśli rodzice nie poradzą sobie albo jest jakiś ważny powód dla którego to chcą robić to powinni pozwolić takie prawo wprowadzić.

  • Daria

    Ja tak samo oszukana poczułam się po czarnym proteście. Wszystkie kobiety wtedy krzyczały o wolności, o tym, że to one wiedzą, czy dadzą radę wychowywać chore dziecko, czy nie. Krzyczały, że nikt nie chce „skrobać się na życzenie”. Popierałam to. I tylko to.

    WTEM! Natalia Przybysz pochwaliła się aborcją na życzenie, kobiety zaczęły wiwatować. Spytałam więc: jak to jest? Przecież miałyśmy dążyć do niezaostrzania przepisów, a nie do tego, by w ogóle aborcję dopuścić. I przeczytałam w tym momencie, że przecież nikt nie będzie od razu żądał całej ręki, że trzeba było zacząć delikatnie, a potem się rozkręcić i w ogóle to JA mam się zdecydować, czy płód jest dla mnie płodem, czy biednym dzieciątkiem… Przeczytałam też, że to przez kobiety takie jak ja mamy przerąbane.

    Dlatego też uważam od tego momentu, co wspieram.

    • Też byłam rozczarowana wyznaniem Natalii w kontekście Czarnego Protestu. Myślałam, że chodzi o coś innego ale za chwilę okazało się, że aborcja z powodu za małego mieszkania jest stawiana na równi z walką o niezmuszanie kobiety do urodzenia ciężko chorego dziecka, które może nie przeżyć nawet doby.

  • Pingback: Jedno słowo, które nigdy się nie zestarzeje - Co na to Natorscy()