Kaczyński w „South Parku”, czyli niedoceniony sukces Polski

Obawiałem się, że po emisji tego odcinka „South Parku” Waszczykowski wezwie na dywanik amerykańskiego ambasadora, zaś Macierewicz zagrozi Stanom Zjednoczonym interwencją zbrojną. A przecież rządzący naszym krajem powinni podziękować twórcom serialu…

O co chodzi? W niedawnym odcinku kultowej kreskówki, zatytułowanym „Doubling Down” amerykański prezydent Herbert Garrison (nieprzypadkowo do złudzenia przypominający Donalda Trumpa) prowadzi telefoniczną rozmowę, siedząc za biurkiem w Gabinecie Owalnym. Jego wypowiedź trochę wymyka się standardom przyjętym w świecie dyplomacji, ponieważ Garrison krzyczy do słuchawki: „Rozumiem pedziu, a ty powinieneś zrozumieć, jak będą smakowały moje jaja, kiedy twojemu krajowi zaczną kończyć się pieniądze. W dupie mam nasze porozumienie polski karle”. Rozmowę kończy słowami: „Wal się debilu”.

W oryginale użyto nieco bardziej wulgarnych słów, ale nie chcę nimi nadmiernie epatować, by nie urazić co wrażliwszych czytelników. W każdym razie ta kilkunastosekundowa scenka wywoła spore poruszenie w nadwiślańskich mediach, czego efektem były tytuły w stylu: „Władze naszego kraju obrażone w South Parku”, „Wyjątkowo chamski atak na polityka z Polski. Cała Ameryka to zobaczyła” albo „Jarosław Kaczyński nazwany polskim karłem”.

Jak widać, szybko rozszyfrowano, kto jest rozmówcą serialowego prezydenta. „Komentujący film internauci nie mają wątpliwości, że określenie „polski karzeł” oznacza Jarosława Kaczyńskiego. Choć bywały w polskiej polityce osoby niższe od niego (prezes PiS ma 168 cm wzrostu, podczas gdy np. Leszek Miller 162 cm) lub niewiele wyższe (Lech Wałęsa – 169 cm, Aleksander Kwaśniewski – 170 cm, Zbigniew Ziobro, Bronisław Komorowski i Donald Tusk – po 174 cm), to do Kaczyńskiego przylgnęła łatka osoby szczególnie niskiej” – czytamy na stronie internetowej „Rzeczpospolitej”.

Jeśli twórcy kreskówki rzeczywiście mieli na myśli przywódcę obecnego obozu rządzącego, powinno to tylko napawać dumą, zarówno prezesa, jak i jego licznych fanów (może precyzyjniej byłoby nazwać ich wyznawcami).

Dlaczego? By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zdać sobie sprawę z tego, czym  tak naprawdę jest „South Park”.

Emitowany od 1997 roku serial autorstwa Treya Parkera i Matta Stone’a opisuje przygody czterech chłopców mieszkających w niewielkim miasteczku położonym w stanie Kolorado. Epatuje wulgarnym językiem („South Park” figuruje w księdze Guinnessa w kategorii „Najwięcej przekleństw w kreskówce”) i czarnym humorem, nie stroni od podejmowania kontrowersyjnych tematów, ale przede wszystkim cieszy się niesłabnącą popularnością, ponieważ jest przede wszystkim niezwykle celną i ciętą satyrą na współczesną Amerykę oraz jej mieszkańców. „South Park” zdobywa mnóstwo nagród i regularnie gości na czołowych miejscach rozmaitych rankingów najlepszych seriali animowanych wszech czasów.

Większość odcinków tworzona jest w ciągu tygodnia poprzedzającego ich emisję i dostarczana telewizji na kilka godzin przed premierą, co pozwala na umieszczanie w nich aktualnych tematów. W ostatnim czasie ulubionym bohaterem Parkera i Stone’a jest wspomniany już Garrison, czyli alter ego Donalda Trumpa. Twórcy serialu naprawdę go nie oszczędzają i nie są to żarciki w stylu „Ucha Prezesa”; wystarczy wspomnieć, że po telefonicznej rozmowie z polskim przywódcą amerykański prezydent postanowił zgwałcić swoich najbliższych współpracowników i wyszedł zza biurka z przytroczonym do pasa sztucznym penisem.

Głupie? Pewnie, ale siłą „South Parku” jest właśnie przekraczanie wszelkich granic, szczególnie wszechogarniającej współczesny świat politycznej poprawności.

Scenarzyści robią sobie jaja ze wszystkich. W jednym z odcinków kanclerz Angela Merkel szturmuje z karabinem tutejszą szkołę, której uczniowie uznali Niemców za najmniej zabawny naród na świecie (jeden z przerażonych młodzieńców próbuje obłaskawić napastników, proponując, by wzięli jego kolegę, „soczystego Żyda”, wyobrażacie sobie reakcje po umieszczeniu podobnej sceny w polskim filmie?).

W „South Parku” Jezus prowadzi talk-show i przystępuje do walki z Szatanem, który jednak podkłada się, by wygrać grubą kasę w zakładach bukmacherskich. Budda wciąga kokainę, a Joseph Smith, założyciel i przywódca Świętych w Dniach Ostatnich (jego wyznawców nazywa się mormonami), potrafi zamrażać oddechem. Z kolei Mahomet posiada moc panowania nad ogniem, zaś w jednym z epizodów paraduje w przebraniu pluszowego niedźwiedzia, co wzbudziło szczególnie dużo kontrowersji. Islamiści wystosowali groźby pod adresem autorów, podejrzewano nawet, że próba ataku bombowego przy Times Square była wymierzona w budynek Viacom – właściciela kanału Comedy Central. W efekcie kontynuacja tego odcinka została ocenzurowana, kwestie dotyczące religii muzułmańskiej „wypipkano”, a samą postać Mahometa zamazano. Widzowie byli przekonani, że to celowe działanie mające wykazać absurd zbyt daleko posuniętej poprawności politycznej. Jak się okazało, była to ingerencja władz telewizji.

„South Park” wyśmiewa absolutnie wszystko i wszystkich. Choć nie każdy zasługuje, by zostać tam wyśmianym.

Szczególnie jeśli chodzi o przedstawicieli świata polityki, którzy wbrew pozorom nie pojawiają się w serialu zbyt często. Po zakończeniu poprzedniego sezonu Trey Parker zapowiadał nawet, że znikną całkowicie. „Postanowiliśmy odejść od tego tematu i pozwolić politykom tworzyć swoją komedię” – przekonywał w rozmowie z ABC News, ale słowa nie dotrzymał.

W każdym razie do kreskówki trafiają tylko znaczące postacie z pierwszych stron gazet: Trump, Merkel, Barack Obama, królowa Elżbieta II czy Władimir Putin. Jeśli w tym gronie znalazł się też Jarosław Kaczyński (może jednak szkoda, że nie nazwany wprost), świadczy to o jego silnej pozycji i rozpoznawalności, o jakiej większość przywódców z naszego regionu może tylko pomarzyć.

Niedawno ekscytowaliśmy się wysokim miejscem Beaty Szydło w rankingu najbardziej wpływowych kobiet świata magazynu „Forbes” (szefowa polskiego rządu wyprzedziła nawet Hillary Clinton, już o Beyoncé nie wspominając), ale to tylko papierowa, nic nie znacząca zabawa dziennikarzy. Na masową wyobraźnię znacznie mocniej działa bowiem szeroko rozumiana rozrywka. Nic dziwnego, że nawet największe gwiazdy zabijają się, by zaistnieć w „Simpsonach” czy właśnie „South Parku”, w którym bardzo chciał użyczyć głosu m.in. Tom Cruise, przynajmniej do czasu, aż twórcy nie zaczęli szydzić ze scjentologii.

Prezesowi PiS udało się tam wystąpić bez żadnych starań, co bez wątpienia jest jaskrawym dowodem jego niebagatelnej pozycji w europejskiej, ba, światowej polityce.

Naprawdę powinniśmy cieszyć się, że w serialu pojawił się polski wątek. Nawet jeśli było głupio i wulgarnie, opisana na wstępie scena świadczy o naszej rozpoznawalności za oceanem, z czym w przeszłości bywało różnie. Nie dostrzegłem też nerwowych ruchów ze strony obozu rządzącego, co może sugerować spory postęp w kwestii poczucia humoru jego przedstawicieli. Jeszcze całkiem niedawno prokuratura potrafiła wszcząć śledztwo w sprawie znieważenia Lecha Kaczyńskiego przez niemiecką gazetę „Die Tageszeitung”, która dokonała brutalnego przestępstwa, porównując polskiego prezydenta do kartofla. Ironiczny artykuł stał się nawet przyczyną odwołania przez Kaczyńskiego planowanego spotkania z kanclerz Niemiec i prezydentem Francji w ramach Trójkąta Weimarskiego. Tego nawet w „South Parku” by chyba nie wymyślili.

Rafał

fot. Comedy Central

2

  • Szaman Shamansky

    Hm, dla mnie to nie jest jakiś wielki sukces, że Polska została wspomniana w Amerykańskim serialu. Wchodząc w tego linka myślałem, że pokazali karykaturę Kaczora, a nie tylko pseudoTrump wspomniał o nim w jednym zdaniu przez telefon 😛

    • Rafał Natorski

      Jak na amerykańskie standardy, czyli totalnego braku wiedzy o naszej części świata, to nawet taki epizod świadczy o znaczeniu i rozpoznawalności Kaczyńskiego

  • Pawel Komosa

    tak, do zdecydowanie najmniej doceniana „dobra zmiana”