Jedna rzecz, którą zrobiłam, by ułatwić sobie życie

Kobieto, matko, żono! Nie rób z siebie męczennicy. To droga donikąd. Jeśli istnieje sposób, żeby ułatwić sobie życie (a wiedz, że istnieje), skorzystaj z niego bez wyrzutów sumienia.

W jednej z grup na Facebooku, w której się udzielam, a która – jakże by inaczej – dotyczy wychowywania dzieci, jedna z mam umieściła ostatnio rozpaczliwy wpis. Jako matka prawie dwulatka i noworodka znalazła się w krytycznym punkcie macierzyństwa i życia. Jej dzieci źle śpią, jedno budzi drugie, nie ma nikogo do pomocy, a ona tylko w kółko pierze, przewija i karmi. Jest wypalona i wycieńczona. „Co mam robić? – zapytała. Coraz częściej myślę, żeby włączyć starszemu bajkę i mieć choć 5 minut dla siebie”.

Odpisałam: „Wszystko minie. I proszę włączyć tę bajkę”.

Odnoszę wrażenie, że mamy w Polsce i może również na świecie kult matek-męczennic. Jak widać, bezgranicznie poświęcająca się swoim dzieciom matka-Polka wciąż uchodzi za ideał. O tym, że jest zmęczona, sfrustrowana, zdołowana mówi się niewiele lub wcale. Matka, która włącza dziecku bajkę, z automatu uchodzi za złą. Wiem, o czym piszę, na własne oczy widziałam dyskusje we wspomnianych grupach, w których wiadro hejtu lało się na matki, które ośmieliły się przyznać, że ich dzieci oglądają „Świnkę Peppę”, „Psi patrol” czy „Strażaka Sama”.

Moje dzieci bajek nie oglądają – to najczęstsza z odpowiedzi.

Cóż, tego nie sprawdzimy. Nie wiem tylko, czemu mają służyć takie komentarze.

Ale wróćmy do sedna.

Oczywiście, że włączenie bajki i pozostawienie dziecka samemu sobie jest pójściem na łatwiznę, ale czasem nie da się inaczej. Dzieci bywają marudne. Bywa, że przyklejają się do rodziców jak rzep do psiego ogona. Albo, co gorsza, wpadają im do głowy niebezpieczne pomysły, a wtedy nie ma mowy, by nawet na minutę wyjść do drugiego pokoju. Załóżmy, że musisz wstawić obiad, dokończyć zmywanie, uczesać się albo po prostu zrobić siku. Co wtedy? Możesz włączyć bajkę. I zrób to, o matko!

Nikt nie mówi o tym, żeby dwulatek przez cały dzień siedział z nosem w telewizorze. Jasne, że nie. Ale my również włączamy Filipkowi bajki – mniej więcej od 17. miesiąca życia. Pierwsze bajki zgraliśmy na tablet, aby jakoś przetrwać lot samolotem do Włoch. Uwierzcie, w drodze powrotnej „Świnka Peppa” uratowała nam życie. A Filipek pokochał „Pappę”. Bywa, że ostro protestuje, gdy po dwudziestu minutach kończę seans. Ale bywa również, że zeskakuje z łóżka i zaczynamy bawić się klockami.

Mogłabym długo o tym pisać, ale nie będę odbiegać od tematu, bo miało być o ułatwianiu sobie życia.

Generalnie w tym tekście, droga mamo (choć tę radę mogą sobie do serca wziąć również ojcowie), chcę zachęcić cię do tego, żebyś – na tyle, na ile to możliwe – ułatwiała sobie życie. Potrzebujesz tego ty, potrzebują tego twoje dzieci, potrzebuje tego twój mąż i wszyscy w twoim otoczeniu.

Włączenie mądrej bajki od czasu do czasu pod nadzorem rodzica to jeden ze sposobów.

Ale w tytule tego wpisu („Jedna rzecz, którą zrobiłam, by ułatwić sobie życie”) chodziło mi o inną sytuację.

Jako zapracowana kobieta, a szczególnie matka, doskonale wiesz, jak wiele rzeczy jest w domu do zrobienia i jak bardzo brakuje na nie czasu. Mnóstwo energii idzie na czynności, których na pierwszy rzut oka nie widać – np. na zamiatanie i zmywanie podłóg, czyszczenie pomazanych kredkami mebli, porządkowanie po dzieciach, wstawianie, wyciąganie, suszenie i prasowanie ciuchów itp.

Oraz na cerowanie.

Było tak: po kolejnym (pewnie milionowym w moim życiu) praniu, na etapie segregacji odkryłam parę dziurawych skarpetek. Doskonale pamiętałam, że cerowałam je już dobrych kilka razy. Teraz dziury na piętach były tak duże, że można by przez nie przecisnąć piłeczkę pingpongową. Odłożyłam skarpety do zszycia. Na tak zwane później. I tak sobie mijała godzina za godziną, dzień za dniem, a dziurawe czarne skarpety porzucone na białym krześle nie drgnęły nawet o milimetr. Tylko na nie patrzyłam i wzdychałam: „Muszę je wreszcie zszyć”, „Muszę je wreszcie zszyć”. Wzięłam je więc w końcu z tego krzesła i… wyrzuciłam do kosza.

Mój mąż ma całą szufladę skarpet, ciągle dokupuje sobie nowe. Trudno już tam wcisnąć choćby szpilkę. Te skarpety były cerowane wielokrotnie. Kosztowały, jak to skarpetki, parę złotych. Pomyślałam, że swoje już zrobiły i czas zwolnić je z obowiązków.

Skarpetki wylądowały w śmieciach, a mnie ulżyło jak diabli.

I na tym właśnie polega sztuka ułatwiania sobie życia.

Może znajdzie się wśród was ktoś, kto oceni mnie źle: no bo jak to, zamiast poświęcić 10 minut na zacerowanie należących do męża skarpetek, ona po prostu wywaliła je do kosza i jeszcze pisze o tym tekst?

Tak, bo wystarczająco dużo mamy na świecie męczennic, a ja nie zamierzam być kolejną.

Żeby było jasne: jestem pracowitą, piekielnie ambitną kobietą, która wiele wymaga od innych, lecz najwięcej od siebie. Nie posłałam syna do żłobka, gotowanie sprawia mi przyjemność, więc czasem serwuję mężowi dwudaniowy obiad z deserem. Często miewam dni, gdy nie wiem, w co włożyć ręce. Ciągle wymyślam sobie zadania. Ale żeby móc funkcjonować na wysokich obrotach, trzeba wiedzieć, kiedy zwolnić i naładować baterie.

• To znaczy wywalić w cholerę dziurawe skarpety, skoro w szufladzie identycznych par jest tysiąc pięćset.
• To znaczy zrobić szmatę ze spranego, dziecięcego bodziaka, na którym widać plamy prosto po wyjęciu z pralki.
• To znaczy pójść na pizzę, gdy nie chce ci się gotować.
• To znaczy zrobić sobie manicure hybrydowy albo przedłużyć paznokcie, żeby dobrze wyglądać i tak samo się czuć, a przy tym przez te 1–2 godziny nieco odsapnąć.
• To znaczy pozbyć się wszystkiego, co brzydkie, stare, niepotrzebne, wysłużone, szczególnie jeśli kosztowało grosze i nie ma większej wartości.
• To znaczy wybrać pakiet „All inclusive”, żeby mieć święty spokój na wakacjach. (My od tego odeszliśmy, ale rodziny wielodzietne zachęcam).
• To znaczy włączyć bajkę dziecku, żeby móc w spokoju wypić ciepłą herbatę.
• To znaczy olać wszystkie sprawy, które wcale nie są pilne, ważne i tak naprawdę spokojnie możesz o nich zapomnieć.
• To znaczy nie brać wszystkiego na siebie i poprosić o pomoc.

I powiedzcie mi teraz, że jestem złą żoną oraz złą matką.

Jeśli tak, to bezczelnie życzę każdej kobiecie, żeby była złą żoną i jeszcze gorszą matką.

Ewa

8

  • Bardzo fajny wpis! 🙂 Jestem zdecydowanie na tak, dawno już nie czytało mi się tak dobrze blogowych artykułów 😉 Serdecznie pozdrawiam!
    coscudownego.blogspot.com

  • Zdecydowanie jesteś złą mamą i żoną, ale to znaczy, że ja też jestem kiepską żoną ha ha. Ja uwazam, ze wszystko w granicach rozsadku 😀

    P.S. Nigdy nie cerowalam skarpet haha, a te które miały być białe, a były szare- rowniez laduja w smietniku 😀 Chcesz nosic biale, to kupuj je czesciej 😀

  • Jakimś dziwnym sposobem utrwalił się ten dziwny stereotyp. I oczywiście popieram! Wszystko w granicach rozsądku 😉