Jedna rzecz, która zmieni twoje życie

Musisz odpowiedzieć sobie na jedno bardzo ważne, ale to bardzo ważne pytanie… Tylko najpierw wskocz do wanny.

Ambicja to wspaniała cech, ale jeśli jest chorobliwa, może zatruć życie. Wiem coś o tym. Moja samoocena jest wieczną sinusoidą. Raz wydaje mi się, że osiągnęłam całkiem sporo – spełniam marzenia, wydałam dwie powieści, mam własną firmę i świetną pracę, utrzymuję się z pisania, spotykam się z wieloma wyrazami uznania i życzliwości, jestem zdrowa, mam siostrę i rodziców dwie ulice dalej, oddanych teściów w tym samym bloku, fajnego męża i cudownego synka. Generalnie robię to, co lubię, podróżuję, mam wiele pasji i w zasadzie żadnych większych przeszkód, by żyć po swojemu. A mimo to ciągle mi mało.

Potrafię znaleźć tysiąc powodów, by w jednej chwili się zdołować.
– Zbyt niskie dochody (nie zarabiam 10–20 tys. na rękę).
– Za małe mieszkanie (na dodatek mieszkam w bloku, a bloków szczerze nie znoszę).
– Nie sprzedaję tyle książek co Katarzyna Bonda.
– Czasem muszę wejść na debet.
– Jako blogerka nie jestem jeszcze tak popularna jak Segritta czy Jason Hunt (znany lepiej jako Kominek).
– Wiecznie ważę za dużo/za mało, mam zmarszczki, cellulit i się sobie nie podobam.

Ostatnio stwierdziłam, że w zasadzie nie osiągnęłam w życiu nic szczególnego. Bo przecież osoba z takimi ambicjami jak ja powinna być nominowana do Nike (żeby to raz!), pisać felietony do „Wysokich Obcasów” i nie myśleć o tym, że aby mieć porządny dach na głową, musi podpisać cyrograf na 30 lat, czyli prawie do emerytury (co jawi mi się jako największy życiowy koszmar).

W szczytowych chwilach takiego zdołowania i zapętlenia potrafię wpaść w prawdziwą psychodelię, bez przerwy sprawdzając zarobki pisarek i pisarzy na topie, przeglądając listy bestsellerów i dręcząc samą siebie, że są tam nazwiska autorek książek niewysokich lotów, piszących o tzw. dupie Maryni, bo przecież ja mam coś ważnego do powiedzenia, pracuję jak dziki osioł, a często wychodzi z tego wielkie nic.

Co z tego, że właśnie wróciłam z wakacji we Włoszech, które kosztowały nas kilka tysięcy złotych, a których nikt nam nie podarował, tylko sami na nie zarobiliśmy? Co z tego, że czytelniczki pytają mnie o kolejne książki i upominają się o wpisy na blogu? Co z tego, że przeglądając recenzje swoich powieści, czytam o sobie, że jestem eee… „wybitną współczesną pisarką” (sic!)? Co z tego, że ciągle mamy nowych oraz stałych klientów, a nasza firma działa już ponad sześć lat?

Nic z tego!

Jest tylko za mało, źle i w ogóle żyje się w przekonaniu, że jest się do niczego i że umrze się przeciętnym. Do tego dochodzi niezrozumienie ze strony otoczenia – mąż, który łapie się za głowę i prawie krzyczy, że grzeszę, i siostra, która patrząc na mnie z politowaniem, odpowiada, że mówię to chyba specjalnie, żeby usłyszeć zaprzeczenie, bo przecież opowiadam bzdury.

Kto tego doświadczył, wie, że to prosta droga do szpitala psychiatrycznego.

Naprawdę, czasem naprawdę lepiej nie mieć ambicji! I nie myśleć zbyt dużo.

Z jakiegoś powodu byłam ostatnio w fazie takiego zdołowania. Dopada mnie to od czasu do czasu i wtedy z niczego nie jestem zadowolona, a najmniej z siebie. Już wiem, że najgorzej, gdy nic się z tym nie robi. Gdy w ogóle dopuszcza się takie myśli do głosu.

Na szczęście nastąpił wreszcie przełomowy moment, na który czekałam chyba całe swoje dorosłe życie.

Najpierw do myślenia dała mi kwestia z filmu „Boska Florence. Film prawie cały przespałam, obudziłam się jednak w momencie (to nie mógł być przypadek), gdy Hugh Grant mówi coś takiego (cytuję z pamięci, więc mogą pojawić się nieścisłości, ale sens został zachowany):

„Byłem dobrym aktorem, ale bez szans, żeby zostać wybitnym. Uświadomienie sobie tego wiele mnie kosztowało, uwolniło mnie jednak od chorobliwej ambicji i wiecznej gonitwy za czymś nierealnym”.

To wtedy zaczęło cię coś w mojej psychice zmieniać. Musiałam jeszcze zdołować się parę razy, że to, że tamto, żeby wreszcie pójść po rozum do głowy i odbyć ze sobą poważną rozmowę.

Odbyłam ją w wannie pewnej niedzieli. Zaczęłam zastanawiać się nad wszystkim, nad swoim życiem i tym, co mam. W końcu zapytałam samą siebie:

Czy nie oczekuję od życia zbyt wiele?

Długo trwało, zanim doszłam do wniosku, że owszem, oczekuję.

I że z powodu tych oczekiwań jestem wiecznie niezadowolona. Mało tego. Mam taką głupią cechę charakteru, która powoduje, że tworzę wyobrażenia, które w konfrontacji z rzeczywistością zawsze wypadają słabo.

Na przykład:
– Poszłabym do kawiarni na kawę i ciastko, posiedziałabym.
Idę, siedzę. Ale kawa nie jest tak pyszna, jak oczekiwałam, a do zjedzenia nie było nic ciekawego. W ogóle wcale się nie wyluzowałam.
– Pojechałabym na urlop.
Jadę. Ale ciągle coś mnie wkurza – a to pogoda (za zimno, za gorąco), a to jedzenie (dość dodać, że w tym roku rozczarowała mnie kuchnia śródziemnomorska, ale to może kwestia nastawienia) i w ogóle wróciłabym już do domu.
– Zjadłabym wieczorem kawałek ciasta (niech zgrzeszę!) i poczytała książkę.
Jednak nie zjem ciasta, bo za dużo kalorii i niezdrowe. Robię sobie kolację, ale to nie to, na co miałam ochotę. Książka też mnie jakoś nie wciąga. Miałam zwinąć się pod kocem, a nie mogę sobie znaleźć miejsca. Rozczarowana idę spać.

Myślę, że również na Bali, o którym marzę, mogłabym być z czegoś niezadowolona. Przynajmniej byłabym, gdyby nie sesja w wannie.

A przecież żyłam w przekonaniu, że nie jestem malkontentką! Fakt, kocham Polskę i sukcesy innych ludzi. Ale też bywam swoim własnym największym wrogiem.

Prawda jest taka, że życie jest bardzo proste w obsłudze.

Możesz albo być zadowolona/y z tego, co masz, albo niezadowolona/y.

Bez względu na to, czy zarabiasz tysiąc złotych, czy milion.

Parę dni temu jadłam śniadanie przed 9 rano, popijałam ciepłą herbatę, gdy za oknem lały się strugi deszczu, i zdałam sobie sprawę, że to, czego doświadczam, jest wielkim luksusem. Śniadanie o 9 w otoczeniu zdrowej, pięknej, fajnej rodziny. Fakt, że mogę cały dzień spędzić w szlafroku, robiąc to, co uwielbiam – pisać i tym pisaniem zarabiać na życie – podczas gdy inni wstają o nieludzkiej porze, by zdążyć na autobus czy pociąg do pracy, do szkoły. Marzną, mokną, za szefa mają psychopatę, zarabiają śmieszne pieniądze albo w ogóle nie otrzymują wynagrodzenia. Naprawdę. Moje życie to luksus.

Do myślenia dała mi też książka „Luz. I tak nie będę idealna” Tatiany Mindewicz-Puacz, która zaczyna się wspomnieniem: autorka, wtedy bardzo młoda matka, o 6 rano śpieszy się z dzieckiem w wózku na autobus. By zdążyć na czas do żłobka, a potem do pracy, musi się przesiąść jakieś dwa razy. Oczywiście wszędzie się spóźnia. Choć podpiera się nosem, żeby być na czas. Ale ludzie mają to gdzieś. Co ich obchodzą jej powody? Opieprzą ją jeszcze za spóźnialstwo, popatrzą z politowaniem.

Tak, moje życie to luksus i zwyczajnie grzeszę, gdy narzekam.

Czy ty też przypadkiem nie oczekujesz od życia zbyt wiele?

Pamiętaj: życie jest bardzo proste w obsłudze.

To co, kiedy wskakujesz do wanny? 🙂

Ewa

4