Jak zostałem dzieckiem świtu

„Jak dobrze wstać skoro świt” – brzmią słowa dawnego przeboju. Od kilku miesięcy jest to moje życiowe motto…

Pokój spowija totalna ciemność, spotęgowana jeszcze przez zasunięte rolety zaciemniające – jedną z wielu inwestycji mających zapewnić komfort małemu berbeciowi, który w kwietniu wdarł się do naszego życia i wywrócił je do góry nogami. Szczelnie zasłonięte okna sprawiają, że świat za nimi stanowi permanentną zagadkę. Nie mam pojęcia, jaka jest pogoda, czy wstaje pogodny dzień, czy może pada deszcz i wieje przejmujący wiatr.

Wybija godzina 5.30, co telefon na nocnej szafce obwieszcza nastrojową melodią, która dla mnie pełni rolę budzika, ale dla pozostałych domowników jest tylko chwilowym podkładem muzycznym kolejnych sennych projekcji. Przynajmniej powinna być, bo słyszę lekko poddenerwowany głos żony i standardowe pytanie: „Naprawdę musisz tak wcześnie wstawać? Poleż jeszcze trochę”. Odpowiadam równie tradycyjną formułką: „Wiesz, że lubię trzymać się planu”.

Wstaję. Po omacku zmierzam do łazienki, omijając wszelkie zdradzieckie przeszkody, przede wszystkim kanty mebli, które w nocy dziwnym trafem zawsze znajdują się na trasie przemarszu. W przedpokoju dobiega mnie doskonale znany głos księdza odprawiającego poranną mszę – to znak, że staruszka z pierwszego piętra też rozpoczęła już swój dzień, odmierzany kolejnymi nabożeństwami i modlitwami płynącymi nieprzerwanym ciągiem po falach Radia Maryja. Sędziwa dama ma coraz większe problemy ze słuchem i podgłośnia radio na maksa, pewnie nieświadomie pełniąc rolę ewangelizacyjną, ponieważ sąsiedzi, chcąc czy nie chcąc, muszą codziennie zaliczyć solidną dawkę religijnych audycji.

Co ciekawe, kiedyś trochę nas to wkurzało. Pewnego razu odwiedziliśmy nawet staruszkę, by uświadomić jej, że wyświadczyłaby otoczeniu przysługę, gdyby choć trochę ciszej słuchała radia, zwłaszcza w weekendowe poranki. Miła pani sprawiała wrażenie zdziwionej, że komuś zakłóca spokój. Następnego dnia msza rozbrzmiała jeszcze głośniej…

Dziś jednak w ogóle mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, polubiłem poranne brzmienie kościelnych organów, bo w jego rytmie świetnie przeprowadza się rozgrzewkę. Trochę skłonów, przysiadów, rozciągnięć i już zakładam buty, wciskam słuchawki do uszu, uruchamiam Endomondo, następnie zbiegam po schodach na spotkanie świata, który, podobnie jak ja, właśnie budzi się do życia.

Biegam już od blisko dwóch lat, ale dopiero po narodzinach Filipa odkryłem uroki joggingu uprawianego o wschodzie słońca, gdy wszystko jest jeszcze świeże, pachnące i nieskalane szaleństwem codzienności.

I urokliwe. Niedawno przemierzałem rzadko uczęszczaną przez samochody drogę, gdy nagle kilka metrów przede mną na jezdnię wybiegło pięć sarenek. Z zaciekawieniem, a może nawet lekkim zdziwieniem obrzuciły wzrokiem biegnącego faceta, który głośno dyszy i co chwila ściera pot z twarzy, a po chwili dostojnie potruchtały w kierunku pobliskiego zagajnika. Choć staram się tego nie robić w czasie treningu, zatrzymałem się na moment, by pokontemplować tę magiczną chwilę.

Poranne bieganie ma mnóstwo zalet, o których możecie poczytać na blogach profesjonalistów. Dla mnie to po prostu „energetyczny kop” na cały dzień, bez względu na to, czy pokonałem dystans pięciu czy piętnastu kilometrów. Po powrocie całuję żonę (która nadal nie może zrozumieć, po co zrywam się z łóżka o tak nieludzkiej porze) i roześmianego synka, biorę prysznic, jem śniadanie (nigdy nie smakuje tak dobrze, jak po treningu) i czuję, że mógłbym bez większego wysiłku przenosić góry.

Oczywiście nie biegam codziennie. Jednak nawet w dniach „bezjoggingowych” zdarza mi się wstawać między piątą a szóstą. Zazwyczaj po to, by popracować. Mam to szczęście, że jako freelancer mogę sam ustalać godziny aktywności zawodowej, a odkryłem, że rano jest ona najbardziej efektywna. Siadam przed komputerem i piszę, niekiedy spoglądając w okno, za którym początkowo panuje mrok, szybko jednak przeganiany przez nadchodzący świt. Panuje błoga cisza, choć oczywiście nie absolutna, bo przecież z radia ulubionej sąsiadki sączą się już słowa kapłana wzywającego: „Módlmy się…”.

Nie jestem pierwszym, ani z dużym prawdopodobieństwem ostatnim facetem, który odkrył zalety porannego wstawania. Znalazłem się zresztą w doborowym towarzystwie – skowronkami byli m.in. Leonardo da Vinci (renesansowy geniusz poświęcał na sen tylko 3 godziny na dobę), brytyjski premier Winston Churchill, genialny wynalazca Thomas Edison czy cesarz Napoleon (słynny Francuz mawiał: „Tylko durnie i cherlaki potrzebują dużo snu”).

Ernest Hemingway, który jak wiadomo nie wylewał alkoholu za kołnierz i nocami ostro tankował, codziennie zrywał się o godz. 5.30

„Rano nikt ci nie przeszkadza, bo cały świat jeszcze śpi. Jest chłodno, a ty siadasz do swojego pisania, które cię rozgrzewa” – tłumaczył wybitny pisarz. Sam bym tego lepiej nie ujął. „Wczesne kładzenie się spać i wczesne wstawanie czynią człowieka zdrowym, bogatym i mądrym” – to z kolei warte zapamiętania słowa Benjamina Franklina, jednego z „ojców-założycieli” Stanów Zjednoczonych i wynalazcy piorunochronu.

Mógłbym jeszcze długo wyliczać słynnych rannych ptaszków, albo przytaczać liczne badania naukowe, z których wynika, że wczesne wstawanie to gwarancja lepszego zdrowia i samopoczucia: zwiększa naszą odporność, reguluje procesy przemiany materii oraz pozwala uchronić się przed problemami psychicznymi, np. wyniszczającą współczesnego faceta depresją. Specjaliści, prawdopodobnie amerykańscy (bo o jakich innych piszą media?), doszli nawet do wniosku, że osoby rozpoczynające aktywność razem z kurami mają znacznie większe szanse na osiągnięcie szczęścia.

Nie zamierzam jednak nikogo namawiać do zrywania się o 5.30. Po pierwsze nie lubię się wymądrzać i przekonywać, że znalazłem lepszy od innych patent na życie. Po drugie, gdyby nagle wszyscy zaczęli rano wstawać i – co gorsza – doszli do wniosku, iż fajnie jest zacząć dzień od biegania, ta pora straciłaby dla mnie atuty, o których wspominałem powyżej. Po trzecie, trzeba w naturalny sposób dojrzeć do tego, by stać się „dzieckiem świtu” (fani „Draculi” na pewno odkryją, że jest to nawiązanie do pamiętnych „dzieci nocy”, których wycie było dla transylwańskiego hrabiego najpiękniejszą muzyką), czego zresztą jestem najlepszym przykładem.

Choć nigdy nie lubiłem długiego wylegiwania się w łóżku, przez lata aktywność rozpoczynałem między godziną 7 a 9 (w zależności od dnia tygodnia i miejsca pracy). Żyłem bowiem w przekonaniu, że wcześniej nie bardzo jest co ze sobą zrobić, a poza tym żonka lubi pospać, więc nie chciałem jej rozbudzać kręceniem się po mieszkaniu. Wszystko zmieniły narodziny Filipa, który ma w nosie upodobania czy przyzwyczajenia rodziców. Maluch skutecznie rozregulował nasze pory zasypiania i pobudek. Dzięki niemu, podczas jednej z sesji lulania bladym świtem, doszedłem do wniosku, że skoro i tak już nie śpię, to może fajnie byłoby pobiegać o tej dziwnej porze. I tak się zaczęło…

Rafał

4

  • Marta Flak (Gofer)

    Jak ja uwielbiam czytać tego bloga. To jak czekanie na kolejny sezon ulubionego serialu, kolejną część książki. Jak pojawi się coś nowego, to człowiek żałuje, że tak szybko obejrzał, przeczytał i chce więcej 😀

    • Rafał Natorski

      Bardzo nam miło, aż się zarumieniliśmy (musisz uwierzyć nam na słowo ;)). Obiecujemy, że dołożymy wszelkich starań, żeby każdy kolejny „sezon” był coraz lepszy, z czym w przypadku seriali bywa różnie…