„Istota zła” – literackie wydarzenie czy marketingowa ściema?

Luca D’Andrea tak bardzo chciał przerazić czytelnika historią masakry w tyrolskim wąwozie Bletterbach, że chyba sam przestraszył się tego zadania i zagubił gdzieś po drodze pomysł na wciągającą powieść…

„Światowe wydarzenie literackie roku!”, „włoski thriller, do którego prawa w ciągu zaledwie kilku dni kupili wydawcy z ponad 30 krajów!”, „autor, którego krytycy stawiają w jednym rzędzie z Kingiem, Lovecraftem, Deaverem i Jo Nesbø” – zapowiadano. Trzeba przyznać, że wydawnictwo zrobiło wiele, by jeszcze przed lekturą „Istoty zła” czytelnik miał poczucie obcowania z dziełem wybitnym, wbijającym w fotel, wciągającym, poruszającym i do końca trzymającym w napięciu. I wcale się temu nie dziwię, wszak reklama jest dźwignią handlu, szczególnie na specyficznym rynku księgarskim. Specyficznym, bo im mniej Polaków przyznaje się do czytania książek, tym więcej się ich ukazuje. Dlatego trzeba się naprawdę wysilić, by ze swoją publikacją (zakładając, że nie jest to kolejna odsłona przygód masochistycznego biznesmena o wielu twarzach Christiana Greya) dotrzeć do szerszego grona odbiorców.

Wydawcy „Istoty zła” udało się to świetnie, czego najlepszym dowodem jest fakt, że znalazłem tę książkę pod choinką, jako prezent od ukochanej żonki, która doskonale zna moje zamiłowanie do strasznych, a nawet trochę makabrycznych historii. Od wielu lat bezgranicznie kocham pisarskie dokonania Stephena Kinga, dlatego Ewa dała się przekonać zapewnieniom sprytnych PR-owców, że nauczyciel z gimnazjum we włoskim mieście Bolzano jest pełnoprawnym następcą „króla horroru”. Doceniam znaczenie marketingowych sztuczek, ale tym razem chyba jednak ktoś grubo przesadził.

D’Andrea i jego twórczość, przynajmniej na razie, mają się do Kinga tak, jak za przeproszeniem aktorstwo Kasi Cichopek do pracy Meryl Streep.

Nie twierdzę, że „Istota zła” jest złą powieścią. Wręcz przeciwnie, pochłonąłem ją z zainteresowaniem, rosnącym z każdą kolejną przeczytaną stroną, jednak problem w tym, że było to zaciekawienie w stylu: kiedy wreszcie zacznie się dziać coś naprawdę strasznego? Autor potrafi bowiem nieźle budować klaustrofobiczną i niepokojącą atmosferę, ale równie łatwo wypuszcza z tego balonu powietrze, pozostawiając czytelnika z dojmującym poczuciem niezaspokojenia. Chyba nie ma nic gorszego w powieści aspirującej do miana thrillera, już o horrorze nie wspominając.

Celowo nie piszę zbyt wiele na temat fabuły, bo miałbym problem z uniknięciem spoilerowania, a sam nie lubię, gdy recenzenci zdradzają zbyt wiele z treści książki czy filmu. Nadmienię tylko, że bohaterem „Istoty zła” jest Amerykanin Jeremiasz Salinger, scenarzysta filmowy, który z żoną i małą córeczką przeprowadza się z Nowego Jorku do Siebenhoch, małej wioski w górach Południowego Tyrolu. Zafascynowany miejscowym krajobrazem kręci dokument o pracy ratowników górskich. Uczestniczy w akcji, w której ginie cała załoga, on jedyny, cudem unika śmierci.

Nękany atakami paniki i poczuciem winy Salinger próbuje uporać się z traumą oraz stresem pourazowym. Odrzuca zapisane przez lekarza farmaceutyki, postanawiając zmierzyć się z najciemniejszą otchłanią ludzkiej natury i gór. Przypadkiem trafia bowiem na historię brutalnej masakry w wąwozie Bletterbach – niebezpiecznym i owianym legendami miejscu kryjącym skamieniałości i koszmary sprzed 280 milionów lat – której rozwikłanie staje się jego niebezpieczną obsesją. Zadanie ma piekielnie trudne, ponieważ w miasteczku panuje wokół tej tragedii zmowa milczenia, a miejscowi wierzą, że w wąwozie czai się pradawne zło i lepiej go nie budzić.

Na tym poprzestanę, bo może jednak sięgniecie po „Istotę zła” i wtedy moglibyście mieć do mnie słuszne pretensje o ujawnienie zbyt wielu szczegółów opowieści, która z założenia powinna być zaskakująca.

Włoskiemu pisarzowi nawet czasem udaje się zaskoczyć czytelnika, a finał powieści to już szalona „jazda bez trzymanki”, tylko co z tego, skoro przez 450 wcześniejszych stron zostałem skutecznie przymulony licznymi i niepotrzebnymi wątkami czy postaciami, które nie wprowadzają nic ciekawego do tej historii.

Niestety jest to jedna z bardzo licznej grupy współczesnych książek, po lekturze których mam nieodparte wrażenie, że autora przerósł jego własny pomysł i zamiast ubrać go w ramy noweli czy opowiadania, postanowił napompować historię do rozmiarów całkiem sporej cegły. Podejrzewam, iż w krótszej formie literackiej „Istota zła” mogłaby stać się mocną oraz trzymającą w napięciu pozycją, a tak stała się rozwlekłą rozprawą o dobru i złu, winie i odkupieniu, miłości i zazdrości, a przy okazji także wielkich skorpionach sprzed milionów lat czających się w tyrolskich jaskiniach.

Jako niepoprawny „Kingoholik” lubię dobrze skrojonych bohaterów, a amerykański pisarz jest niekwestionowanym mistrzem w tworzeniu pełnokrwistych postaci, które się kocha lub nienawidzi, lecz na pewno nie traktuje obojętnie. I w tej kwestii D’Andrea musi się jeszcze sporo uczyć, bo mimo mnogości pojawiających się w jego powieści osób, niemal żadna nie budzi większych emocji. Nawet Jeremiasz Salinger, mężczyzna po przejściach, który ciągle pakuje się w kłopoty, jakby tego było mało w jego głowie wciąż krzyczy pradawna Bestia, a mnie – czytelnika – ani to ziębi, ani grzeje.

Jedno za to udało się włoskiemu pisarzowi znakomicie. Bardzo sugestywnie opisał południowy Tyrol. Urokliwe miasteczka wrośnięte w skały, malownicze góry niczym z widokówek, lasy i wąwozy, które skrywają niekiedy mroczne tajemnice. No i tamtejsza kuchnia: kanapki ze speckiem i korniszonami, knedelki podawane na kilkadziesiąt sposobów, strudle oraz nieodłączna grappa, która do dziś pomaga miejscowym choć na chwilę zapomnieć o codziennych problemach. Po lekturze powieści nabrałem chęci na wizytę w tym zakątku Europy. Nie przestraszą mnie nawet kryjące się tam bestie. Poza tym przecież to nie taka zła istota była…

Rafał

4