Freddie Mercury – mój artysta wszech czasów

Mercury był geniuszem, człowiekiem obdarzonym nieprawdopodobną charyzmą i znakomitym głosem, który dał muzyce prawdziwy skarb – nieśmiertelne piosenki.

Wreszcie jest – zwiastun „Bohemian Rhapsody”, biograficznego filmu o zespole Queen, który za parę miesięcy trafi do kin. Mercury’ego zagra w nim Rami Malek. Przed aktorem znanym dotąd z takich produkcji jak „Noc muzeów”, „Need for Speed” czy „Mr. Robot” życiowe wyzwanie. Nie można mieć wątpliwości, że zagrać kogoś takiego jak lider Queen to rola jedna na milion.

Mercury wielkim artystą był

Freddie Mercury naprawdę nazywał się Farrokh Bulsara i pochodził z Zanzibaru. Już jako dziecko przejawiał talent muzyczny, zaczął więc kształcić się w tym kierunku i udzielać się w marzących o wielkiej karierze kapelach. Miał dwadzieścia cztery lata, gdy wraz kolegami założył grupę Queen, która szybko zyskała popularność. Mercury był jej liderem w każdym tego słowa znaczeniu. To on wymyślił nazwę i logo, wyznaczył również kierunek artystyczny, w którym zespół miał się rozwijać.

Nieprawdopodobne wyczucie artystyczne, którym Mercury był obdarzony, musiało zaprocentować. Choć grupa Queen grała muzykę trudną jednoznacznie do sprecyzowania – wśród wiodących gatunków wymienia się m.in. glam rock, art rock, dance rock czy rock stadionowy – to kapitalnie wstrzeliła się w gust słuchaczy. Nie sposób wymienić wszystkich przebojów zespołu, jedno nie ulega jednak wątpliwości – to piosenki, które się nie starzeją; były, są i będą grane. Który inny zespół może się tym pochwalić? Beatlesów czy Stonesów nie grają w radiu zbyt często. Queen – bez przerwy.

I trudno się temu dziwić, gdy wymieni się kilka pierwszych lepszych hitów brytyjskiej kapeli. „We Are The Champions”, „Radio Gaga”, „We Will Rock You”, „Crazy Little Thing Called Love”, „Show Must Go On”, „Who Wants to Live Forever”, „I Want To Break Free”, „Bicycle Race”, „Don’t Stop Me Now”, „A Kind Of Magic” czy wreszcie „Bohemian Rhapsody” – to tylko czubek góry lodowej, jeśli chodzi o dokonania Queen. „Bohemian Rhapsody” jest zresztą majstersztykiem, utworem niepowtarzalnym, nieprzypadkowo wymienianym jako jeden z najlepszych w historii muzyki pop.

Show jednego człowieka

Piosenki stworzone przez Mercury’ego i jego kolegów są nieśmiertelne, bo i Freddie Mercury był artystą, jaki rodzi się raz na sto lat albo i rzadziej. Choć niespecjalnej urody, z wadą zgryzu, to obdarzony głosem jak dzwon, muzyczną intuicją i charyzmą przez duże „C”. To człowiek, który przez dwie godziny był w stanie skupić na sobie uwagę kilkusettysięcznej publiczności (12 stycznia 1985 roku – Rio De Janeiro, 250 tys. ludzi). Dla porównania: gdy oglądałam jeden z koncertów Katy Perry, oczy wychodziły mi na wierzch ze zdumienia. Cuda na kiju, chodzące lizaki, Perry skacząca na skakance, dziwaczne stroje zmieniane z prędkością światła; doprawdy, brakowało tam tylko małpy.

Mercury i Queen nie potrzebowali takiej oprawy. Oni grali fantastycznie, a on fantastycznie śpiewał. Miał nieprawdopodobny kontakt z publicznością. Jednocześnie wzruszał i pobudzał, elektryzował i wpędzał w melancholię. Po prostu dawał czadu! Tego nie da się wyćwiczyć, z tym trzeba się urodzić. To był człowiek stworzony po to, by żyć na scenie.

Znam ludzi, którzy na dźwięk jego nazwiska, kręcą nosem. Bo homoseksualista niekryjący się ze swoją orientacją, a wręcz się z nią obnoszący, prowadzący hedonistyczne, rozwiązłe życie. Tak. Freddie Mercury nie był hetero – miał licznych kochanków, choć za miłość swojego życia uważał Mary Austin i podobno tylko ona wie, gdzie został pochowany. Zmarł na AIDS. Dla mnie jednak nie ma to najmniejszego znaczenia, bo oceniam Mercury’ego wyłącznie jako artystę, który muzyce dał więcej niż ktokolwiek inny.

Mama, just killed a man

Sylwestra 2017/2018 spędziliśmy na kanapie. W domu półtoraroczne dziecko i drugie w drodze – wybór był prosty. Po północy, trochę śpiący i zmęczeni, przeskakiwaliśmy od kanału do kanału, między Sylwestrem z Jedynką, Dwójką a Polsatem. Gwiazd na te bliźniacze imprezy zaproszono od cholery, i co z tego, skoro jakość jak zwykle okazała się miałka. Znudzeni i zmęczeni poziomem współczesnej polskiej muzyki rozrywkowej trafiliśmy na retransmisję słynnego koncertu Queen na Wembley. Wciągnęła nas bez reszty, a Mercury dosłownie nas zahipnotyzował. Jestem nieobiektywna, po prostu uwielbiam tego człowieka. Dlatego na premierę filmu o Queen czekam z niecierpliwością i obejrzę go z wielkim zainteresowaniem.

A na koniec jeszcze odrobina prywaty. Główna bohaterka mojej najnowszej powieści, którą wkrótce będziecie mogli przeczytać, jest Mercurym zafascynowana, nosi koszulki z jego wizerunkiem, a piosenka „Bohemian Rhapsody” jest we „Wściekłych” utworem bardzo ważnym, wręcz symbolicznym.

„Robi się cicho, tylko jak dzwon brzmi elektryzujący głos Freddiego, który w Bohemian Rhapsody wyznaje: Mama, just killed a man. Tamara ma dreszcze na skórze”.

Premiera „Wściekłych” na przełomie września i października.

Premiera „Bohemian Rhapsody” 2 listopada.

Zapowiada się piękna jesień.

Ewa

fot. https://queenpoland.wordpress.com

4