Festiwal kłamstw, czyli nie wierz matkom-celebrytkom

Instamatki, matki-celebrytki, cała ta armia sexy mam wyłazi ze skóry, by pokazać, że są takimi samymi mamami jak przeciętna Kowalska. Jest tylko jednak problem: wcale nie są.

Mam wrażenie, że aktorka Maja Bohosiewicz stała się naczelną matką Polski. Na swoim Instagramie, gdzie przedstawia się jako „Stara dzidziutków”, obserwuje ją 230 tys. osób. To naprawdę niezły wynik. Maja szczególną na aktywność przejawia na swoim Instastory. Zasłynęła jako autorka wielu bon motów. Wyznała m.in. że na swoje dzieci – a ma dwoje – mówi „gówniaki” oraz że „mogłaby całe życie spędzić w pralni albo w Rossmannie i wybierać płyny do prania”.

Ostatnio przytrafiła jej się jednak wielce niefortunna wypowiedź, choć intencje miała pewnie dobre. Poszło o ubranka dla dzieci, które można oddać potrzebującym. „À propos ubranek i rzeczy, które miałam do oddania… Dziękuję wam bardzo za wasze wiadomości. Było ich sporo. Przyjechała do mnie dziewczyna ze swoim chłopakiem lub też z mężem. I wzięli wszystkie ubranka i zabawki i oddadzą je rodzinom, którymi się opiekują. To są ubogie rodziny, także super, mam do nich namiar. Jak będą następne partie starszych ubranek, w sensie zużytych ubranek, to znaczy wyrośniętych ubranek i was do tego też zachęcam”.

„Wyrośnięte ubranka” 😉 Ale ogólnie teoretycznie bardzo w porządku. Problem zaczyna się w dalszej części wypowiedzi: „Czasem są takie rzeczy, które fajnie sprzedać, bo wydaliście na nie kupę kasy, ale zdarzają się też takie, które kupiłyście w zwykłym sklepie, dziecko miało je na sobie dwa razy, a komuś innemu naprawdę mogą one uratować życie. Więc zachęcam was, żeby takie rzeczy zużyte oddawać komuś potrzebującemu. Tych, co nie chcecie sprzedać, wiadomo”.

I zrobiła się zadyma, której wcale się nie dziwię. Celebrytki zwyczajnie często się zapominają. Maja Bohosiewicz powinna wiedzieć, kiedy ugryźć się w język, a nie dawać rady w stylu: „zużyte ubranka oddać biednym, a markowe sprzedać”. Jednej z oburzonych fanek odpowiedziała (kopia wpisu): „Ludzie potrzebujący niech mi Pani wierzy nie potrzebują dresików Burberry. Dużo lepszym pomysłem jest ich sprzedaż i za te sumę chociażby kupić komuś pieluchy czy mleko. Widzę, że wiele moich znajomych zwyczajnie WYRZUCA wyrośnięte ubranka bo sądzą, że skoro to H&M, czy Tesco to nie nadają się na sprzedaż. A można je przecież podarować”.

Nie wydaje mi się, aby Bohosiewicz wcześniej miała na myśli sprzedaż markowych ubranek celem zakupienia dla ubogich pieluch czy mleka.

Mam nieodparte wrażenie, że matki-celebrytki zbyt mocno wierzą, że są wyrocznią w kwestii wychowania dzieci. Dlatego piszą poradniki typu „Sexy mama” (Katarzyna Cichopek), udzielają dobrych rad innym matkom (Katarzyna Zielińska o jedzeniu czekolady i noszeniu błyszczących butów w ciąży) albo rozkręcają dziecięco-macierzyńskie biznesy (projekt babybyann Anny Lewandowskiej).

Tej ostatniej też przytrafiła się kiedyś niefortunna wypowiedź, notabene zanim jeszcze została mamą: „Obserwując znajomych, którzy są zamożni, naprawdę trudno jest w takim domu wychować dziecko. Trzeba być bardzo czujnym, żeby nie wpaść w pułapkę kupowania, tego, że dziecko ma wszystko i na wszystko sobie może pozwolić”. Albo Lewandowska poszła jednak po rozum do głowy, albo ma dobrych doradców, ale o Klarze w wywiadach mówi niewiele i nie udziela rad innym matkom.

Nie odmawiam żadnej matce prawa do publicznego wypowiadania się, ale nie trzeba się wypowiadać w każdym temacie.

Gdy słucham matek-celebrytek albo widzę fitmatki na Instagramie, naprawdę zastanawiam się, na jakim świecie żyję. Szczególnie drażnią mnie te wszystkie płaskobrzuche dwa tygodnie po porodzie mamusie z portali społecznościowych, które wypielęgnowane po cebulki włosów dźwigają śliczne maluchy, a każdy ich wpis jest lokowaniem produktu. Mają idealne figury, idealne dzieci, idealne twarze, idealne domy z idealnym porządkiem i idealnych mężów. Zawsze w nienagannym makijażu, z błyszczącą cerą, zrobionymi paznokciami, udzielające porad, jak dojść do formy godzinę po porodzie i jak spełniać marzenia przy małym dziecku.

Te kobiety drażnią mnie i jednocześnie przerażają tak samo jak płacząca na ściance kilkuletnia córka Elizy i Trybsona znanych z reality show „Warsaw shore”. Albo posągowa, wyprasowana, pozbawiona jednej zmarszczki Kim Kardashian pozująca do zdjęć ze swoimi identycznie jak ona wystylizowanymi dziećmi.

Na tym tle pozytywnie zaskakuje Natalia Siwiec, która nie uczyniła ze swojej ciąży cyrku – ukrywała ją do tego stopnia, że do dziś internautki sugerują, że wynajęła surogatkę, a ostatnio pokazała twarz córki, twierdząc, że ma dość kombinowania, jak ją zasłonić i czy przypadkiem nie odsłoniła zbyt dużo jej nosa.

Zwyczajną i przytomną mamą wydaje się też była Miss Polonia Paulina Krupińska, która stwierdziła, że życie prawdziwej matki nie wygląda jak to prezentowane na Instagramie. Psychodietetyk Laura Osęka w felietonie dla gazeta.pl bardzo trafnie napisała: „Widziałam, jak destrukcyjny wpływ na te ostatnie [młode matki] miało to, że Ania Lewandowska w ciągu kilku tygodni odzyskała formę sprzed ciąży. Większość kobiet nie jest w stanie tego zrobić i to wywołuje ogromne wyrzuty sumienia. Podobnie jak materiały poświęcone kobietom zaraz po porodzie, które mają idealnie utrzymany i wysprzątany dom – u mało kogo tak to naprawdę wygląda. Proszę też moje klientki, żeby odlajkowały profile fitnesserek, by nie łapać doła i nie karmić kompleksów”.

Popieram tę wypowiedź całym sercem, zwłaszcza że przez Facebooki, Instagramy i ogólny lans w sieci prawdziwe matki czują się jak nieudacznice. W zamkniętych grupach, do których należę, regularnie pojawiają się wpisy załamanych kobiet. Właśnie przeczytałam: „#brakczasu #organizacja. Potrzebuję ojojania albo kopa w dupę. Czy są jakieś mamy, które pracują na pełen etat, mają dziecko, gotują, sprzątają, wyglądają pięknie i maja czas na siłkę? Czy tylko ja jakaś taka mało bystra i obrotna i brakuje mi co najmniej 10 godzin, żeby wszystko ogarnąć? Jak zrobić, żeby nie zwariować?”.

Czytałam też inne, bardzo podobne wpisy kobiet, które tylko w zamkniętych grupach były w stanie wyznać, że sobie nie radzą, na nic nie mają czasu i są z tego powodu zdołowane, bo inne matki takie piękne, zadbane, pracujące, oddane rodzinie… Więc to z nimi, tylko z nimi, musi być coś nie tak.

Dopiero po przeczytaniu komentarzy okazuje się, że inne mamy mają panie do pomocy albo babcię na miejscu, ewentualnie stacjonarnie pracującego męża, albo ćwiczą w domu z dzieckiem pod pachą, albo – najczęściej – postanowiły olać część obowiązków i skupiają się góra na kilku zadaniach, w myśl zasady, że nie można mieć wszystkiego.

I taka w zasadzie powinna być puenta tego tekstu – że wbrew rzeczywistości kreowanej przez instamatki czy matki-celebrytki, przeciętna polska mama nie będzie miała wszystkiego. Dlatego pamiętajcie: gdy na zdjęciu pięknej mamusi widzicie wypucowane mieszkanie, prawdopodobnie poza kadrem jest niezły syf. A brzuch do zdjęcia wciągnąć umie każdy.

Ewa

4

  • Natalia Kozłowska

    Super wpis. Naprawdę uważam, że powinno się o tym mówić częściej i głośniej.

  • Dobrze powiedziane. Dlatego też unikam wszelakiego rodzaju blogi super-mam (bez względu na to czy są celebrytką czy nie). Dla mnie jest to po prostu zakrzywianie rzeczywistości.