bieganieEuforia biegacza, czyli w pogoni za endorfinami

Nie biegam dla zdrowia, pokonywania własnych słabości, bicia rekordów czy rywalizacji z innymi wyznawcami kultu wysportowanego ciała. Dlaczego zatem co kilka dni wyciskam z siebie siódme poty?

Jestem trochę jak Forrest Gump. No, może z odrobinę wyższym ilorazem inteligencji (przynajmniej taką mam nadzieję), ale przygodę z bieganiem rozpocząłem niczym bohater kultowej powieści Winstona Grooma, czyli dość spontanicznie… „Tego dnia, tak bez przyczyny, postanowiłem trochę pobiegać. Pobiegłem do końca drogi, a kiedy tam dotarłem, pomyślałem, że pobiegnę na koniec miasta. A kiedy tam dotarłem, pomyślałem sobie, że przebiegnę przez hrabstwo Greenbow. A skoro dotarłem aż tak daleko, dlaczego miałbym nie przebiec przez cały stan Alabama?” – wspominał genialny głupek. W ten sposób Forrest pokonał całe Stany Zjednoczone, a kiedy dotarł do brzegów oceanu postanowił zawrócić i… biec dalej.

Był niedzielny, styczniowy poranek 2015 roku, gdy ja też postanowiłem trochę pobiegać, choć przez całe dotychczasowe życie nie cierpiałem tej formy aktywności fizycznej.

Poszaleć na rowerku? Jak najbardziej. Poharatać w gałę? Z przyjemnością. Popływać na basenie? W każdej chwili. Ale bieganie już od czasu sprawdzianów na sto metrów w podstawówce, gdy wypluwałem płuca ponaglany okrzykami bestialskiego nauczyciela WF-u, kojarzyło mi się z niczym nieuzasadnioną katorgą.

A jednak tamtego dnia wybiegłem z domu, a dokładniej wybiegliśmy, ponieważ towarzyszyła mi kochana Ewi, z którą już od jakiegoś czasu rozmawialiśmy o wspólnym bieganiu, jednak na gadaniu się kończyło. Aż nagle nastąpiła koniunkcja rozmaitych sprzyjających okoliczności i dość niespodziewanie dla samego siebie rozpocząłem przygodę z bieganiem, choć jest to określenie trochę na wyrost dla opisu pierwszego treningu, czyli tak naprawdę marszobiegu w ślimaczym tempie na kompromitująco krótkim dystansie, w zbyt grubej polarowej bluzie i butach kompletnie nienadających się do uprawiania jakiegokolwiek sportu.

Wróciłem zdyszany i zlany potem, z lekko bolącym kolanem oraz mocnym przeświadczeniem, że… chcę biegać dalej. Jednak postanowiłem działać bardziej metodycznie. Przede wszystkim zainwestowałem w profesjonalne obuwie. Warto bowiem pamiętać, że konsekwencją joggingu w trampkach czy tenisówkach jest szybciej pojawiające się uczucie zmęczenia, otarcia stóp, uszkodzenia paznokci, bóle nóg i stawów (a czasami także kręgosłupa) czy kontuzje, zwłaszcza ścięgna Achillesa – jego nadwyrężenie lub uszkodzenie może skutkować koniecznością unieruchomienia nogi nawet na kilka tygodni.

Planując rozpoczęcie przygody z bieganiem, pierwsze kroki powinniśmy skierować do sklepu sportowego, by wybrać odpowiednie buty.

Nie sugerujmy się marką, wyglądem czy kolorem. Najważniejsza jest bowiem wygoda, funkcjonalność i dopasowanie do stopy. Komfort treningu zapewnią też inne elementy garderoby dedykowane biegaczom – wykonane z „oddychających” materiałów spodnie, koszulki czy bluzy.

Jeśli chcemy, by trening dostarczał większej przyjemności, a przede wszystkim był maksymalnie efektywny, nie możemy zapominać o rozgrzewce. Rozgrzane mięśnie są mniej narażone na kontuzje, lepiej przystosowane do wysiłku i bardziej elastyczne, natomiast serce czy płuca pracują wówczas sprawniej. Natomiast po zakończeniu biegu warto poświecić 10-15 minut na ćwiczenia rozciągające. Dzięki prawidłowo wykonanemu stretchingowi przyspieszymy regenerację mięśni, a także zmniejszymy ryzyko urazów czy kontuzji.

Dwa lata temu, uzbrojony w taką wiedzę teoretyczną oraz ubrany w sportowy strój, wyruszyłem na biegowe trasy i do dziś staram się z nich nie schodzić. Trenuję 2-3 razy w tygodniu, przemierzając osiedlowe alejki i leśne ścieżki, choć najbardziej fascynuje mnie odkrywanie nowych szlaków podczas urlopowych wyjazdów. Bieganie na krawędzi klifu w Jastrzębiej Górze, wspinanie się na pienińską górę czy trucht po wiedeńskim parku zostawiają po sobie niezapomniane wspomnienia. We wrześniu zamierzamy odwiedzić ostrogę „włoskiego buta”, czyli przepiękny półwysep Gargano. Już nie mogę doczekać się przebieżki wśród oliwnych gajów…

Nie jestem i nigdy nie będę wyczynowcem. Jednorazowo pokonuję zazwyczaj 6-10 kilometrów, zaledwie raz udało mi się przekroczyć 15 km.

Nie mam ambicji, by wystartować w maratonie, choć nie ukrywam, że chciałbym zmierzyć się z dystansem o połowę krótszym – rozważam udział w tegorocznym Półmaratonie Radomskiego Czerwca ’76, ale bez wielkiej napinki. Jeśli się nie uda, to nie będę z tego powodu rozpaczał, bo nie biegam dla rekordów czy rywalizacji.

Oczywiście byłbym hipokrytą, gdybym usiłował ściemnić, że nie czuję satysfakcji, gdy pokonam dłuższy dystans albo gdy licznik zanotuje prędkość wyższą niż zwykle. Jednak naprawdę nie stanowi to motywacji do biegania.

Może zatem troska o zdrowie? Zalety joggingu można długo wyliczać. Bieganie poprawia kondycję i samopoczucie. Pozwala uwolnić się od stresów czy stanów lękowych. Uaktywnia pracę całego organizmu, usprawnia funkcjonowanie serca, płuc, mięśni kończyn dolnych i obręczy biodrowej. Poprawia krążenie krwi i ukrwienie całego organizmu. Obniża poziom złego cholesterolu, zapobiega rozwojowi osteoporozy. Ostatnio media cytowały wyniki badań naukowców z uniwersytetu stanowego Iowa, którzy wspólnie z uczonymi ze słynnego Instytutu Coopera w Dallas doszli do wniosku, że w porównaniu z osobami niebiegającymi biegacze żyją średnio o trzy lata dłużej, nawet jeśli biegają powoli lub sporadycznie, a przy okazji palą papierosy, piją alkohol lub mają nadwagę. Co ciekawe, inne formy aktywności fizycznej, pływanie czy jazda na rowerze, nawet jeśli wymagają takiego samego wysiłku, aż tak znacząco nie wydłużają życia.

Czy zatem biegam dla zdrowia? Chyba niekoniecznie. Przyznaję, że dzięki regularnym treningom lepiej śpię, a kręgosłup już tak boleśnie nie przypomina o swoim istnieniu, gdy przez kilka godzin siedzę przy komputerze. Nie mam zadyszki, taszcząc wózek z Filipem po schodach. Jednak zwyczajnie uznaję to za przyjemne efekty uboczne moich wysiłków. Podobnie zresztą jak bardzo powoli znikającą oponkę na brzuchu, bo akurat ją najtrudniej zgubić podczas zwykłego joggingu. Poza tym nie biegam, żeby schudnąć.

Jak wielokrotnie tłumaczyłem żonie, męczę się właśnie po to, by bez wyrzutów sumienia napić się później piwa czy zjeść dobre, kaloryczne ciacho. Wystarczy mi świadomość, że nie dopuszczam do przesadnego zachwiania bilansu między wchłanianiem a spalaniem posiłków.

Może zatem moja chęć do biegania ma swoje korzenie w naturze, która stworzyła człowieka do pokonywania długich dystansów? Wprawdzie możemy tylko pomarzyć o prędkościach uzyskiwanych np. przez geparda, ale na wielokilometrowej trasie potrafimy prześcignąć niemal każde zwierzę. Nieprzypadkowo dysponujemy długimi kończynami dolnymi, wykształconymi w czasach, gdy homo sapiens zamieszkiwał bezkresne sawanny. Dzięki temu w czasie truchtu organizm zużywa mniej energii niż podczas szybkiego chodu.

Do biegania przystosowane są również nasze stopy. Ułożenie dużego palca u nogi pozwala zachować stabilność postawy podczas biegu. Krótkie, w porównaniu z innymi naczelnymi, kości pozostałych palców powodują mniejsze straty energii. Joggingowi sprzyja również rozbudowany mięsień pośladkowy oraz rozwinięte ścięgno Achillesa.

Jeśli faktycznie jesteśmy stworzeni do biegania, dlaczego tak późno odkryłem przyjemność z szybkiego pokonywania dystansu na własnych nogach? Być może dlatego, że dopiero niedawno zrozumiałem, czym jest mityczna euforia biegacza. Odpowiadają za nią endorfiny, nieprzypadkowo nazywane hormonami szczęścia. By zrekompensować ból i wysiłek podczas treningu, przysadka mózgowa znacząco zwiększa ich produkcję, co sprawia, że zaczynamy odczuwać wszechogarniającą przyjemność. Naukowcy porównują ten mechanizm z efektem wywoływanym przez narkotyki i nie ma w tym wielkiej przesady, ponieważ heroina czy morfina łączą się z tymi samymi receptorami, co endorfina.

I tutaj dochodzimy do odpowiedzi na pytanie, dlaczego pokochałem bieganie.

Po treningu (który musi trwać przynajmniej pół godziny, ponieważ dopiero po takim czasie organizm zaczyna produkować zwiększoną dawkę endorfin) czuję się jak na haju, a nie potrzebuję do tego żadnych dopalaczy, narkotyków czy alkoholu.

Wystarczy kilkukilometrowy bieg, najlepiej w pięknych okolicznościach przyrody, by zniknął stres i czarne myśli. Mocno dotleniony mózg zaczyna wówczas pracować na zwiększonych obrotach, dlatego podczas treningów wpadam zazwyczaj na najlepsze pomysły, zarówno życiowe, jak i zawodowe.

„To nie jest sport, to sposób na życie i to fajny sposób na życie, bo właściwie wystarczy tylko założyć buty i można biegać. Nawet na golasa” – przekonuje w jednym z wywiadów jeden z moich ulubionych aktorów Marcin Dorociński. Nic dodać, nic ująć, choć nie mam jeszcze doświadczeń związanych z bieganiem na golasa. Może czas spróbować?

Rafał

4

  • Michał Nowotnik

    Najlepsze takie bieganie bez specjalnego spinania pośladków. Zajrzałem na Państwa blog, bo przeglądam sobie blogi wybrane w plebiscycie radomskim. Zachęcam do spróbowania darmowych zajęć Biegam bo Lubię, które odbywają się każdą sobotę o 9:30 na boisku treningowym Energetyka (ul. Limanowskiego, niedaleko ronda). Bardzo przyjemne zajęcia prowadzone przez znanych radomskich trenerów lekkoatletycznych: pana Leszka Trzosa i Karolinę Kołodziejczyk. To zajęcia dla każdego, przychodzą i mali i duzi, i bardziej doświadczeni i mniej. Trenerzy pokazują ciekawe ćwiczenia.

    • Ewa

      Bardzo dziękuję za zaproszenie, chętnie skorzystam z doświadczenia takich fachowców. Pozdrawiam

    • Rafał Natorski

      Panie Michale, bardzo dziękuję za zaproszenie, chętnie skorzystam z wiedzy i doświadczenia takich fachowców. Pozdrawiam