Za co dziękuję Wojciechowi Pokorze

Dopiero jego śmierć uświadomiła mi, jak wiele zawdzięczam temu genialnemu aktorowi. Zawsze będę wracał do wykreowanych przez Wojciecha Pokorę bohaterów kultowych filmów i seriali, także po to, by uciec od miernot pchających się dziś na ekrany.

Wieść o jego odejściu dopadła mnie, gdy wracaliśmy z krótkiego zimowego urlopu w Tatrach. Właśnie przedzieraliśmy się przez zakorkowaną zakopiankę, gdy w radiu padły słowa: „dotarła do nas smutna informacja”, tradycyjnie zwiastujące komunikat o śmierci znanej osoby i – podobnie jak u każdego z was (nawet jeśli nie chcecie się do tego przyznać), zawsze powodujące u mnie nagły wzrost czujności i zaciekawienia. Kto tym razem na zawsze zamknął oczy?

Spiker poinformował, że zmarł Wojciech Pokora, jeden z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich aktorów komediowych. Przypomniał o kultowej roli Marysi z filmu „Poszukiwany, poszukiwana”, po czym nastąpił szybki przeskok do codzienności, czyli popowej papki zalewającej ramówki mainstreamowych rozgłośni.

Nie mogłem jednak przestać myśleć o usłyszanym przed chwilą „njusie”. Pozostali członkowie wyprawy, czyli żona i synek, smacznie spali, a ja przywoływałem w głowie kolejne role Wojciecha Pokory.

Z każdym pokonanym kilometrem trasy uświadamiałem sobie, że ten niezwykły aktor w mniejszym lub większym stopniu odcisnął swoje piętno na większości produkcji, które w moim prywatnym rankingu trafiły do katalogu „kultowe”.

Wojciech Pokora był niewątpliwie komediowym gigantem. A także dinozaurem z zamierzchłych czasów, gdy twórcy filmowi nie musieli z palpitacją serca śledzić box office’ów oraz zastanawiać się, jak przypodobać się szerokim masom, by zapewnić zwrot kosztów produkcji. Z czasów, gdy nikomu nie przychodziło nawet do głowy, by z celebryty i beztalencia uczynić aktora. Z czasów, gdy nie zadawano pytania: za ile, ale raczej: po co. Z czasów, gdy to wszystko miało jakiś sens, dzięki czemu oglądam po raz setny „Alternatywy 4” czy „Karierę Nikodema Dyzmy” i wciąż niezmiennie mnie bawią, w przeciwieństwie do wielu współczesnych gniotów, o których zapominam chwilę po wyjściu z kina czy wyłączeniu telewizora.

W ostatnich latach Wojciech Pokora był niemal nieobecny w polskim filmie, epizodycznie pojawił się w kilku zaledwie produkcjach. Nie wiem, czy ta absencja wynikała z braku ciekawych propozycji czy może zabranych przez wiek sił, ale mogę się tylko cieszyć, że ten wielki aktor nie rozmienił się na drobne. Wybaczam mu tę jedną wpadkę, czyli uczestnictwo w koszmarnej próbie wskrzeszenia legendy serialu „Alternatywy 4”, nazwanej proroczo „Dylematu 5” (chcę wierzyć, że zmagał się z dylematem, gdy przeczytał scenariusz).

Na szczęście w mojej pamięci pozostały tylko świetne role Wojciecha Pokory, bo tych była zdecydowana większość. Panie Wojciechu, z całego serca dziękuję za:

hrabiego Żorża Ponimirskiego,

który w swoim słodkim szaleństwie jako jedyny odkrył prawdziwe oblicze Nikodema Dyzmy, wyśmiał elitę wprowadzającą tego prostaka na szczyt drabiny społecznej i przypomniał do dziś aktualną prawdę, że „chamy honoru nie mają”;

docenta Zenobiusza Furmana,

nieszkodliwego karierowicza, który snuł fantasmagorie na temat polowań, choć ani razu nie wystrzelił z dubeltówki, próbował bezskutecznie poderwać laskę Majewską, by ostatecznie wpaść w sidła upierdliwej nauczycielki Lewickiej i był wielkim fanem półgodzinnej audycji publicystycznej „Minuta prawdy” (która notabene odniosłaby pewnie spory sukces w dzisiejszej telewizji „publicznej”);

inżyniera Mieczysława Gajnego,

szefa Madzi Karwowskiej, beznadziejnie zadurzonego w swojej podwładnej, który w przypływie szczerości wyznał, że „mężczyzna nigdy nie jest na tyle dorosły, żeby nie potrzebował bezinteresownego uczucia”, czemu bez wątpienia trudno zaprzeczyć;

subiekta Lisieckiego,

największego antysemitę w sklepie Stanisława Wokulskiego, który przekonywał, że niektórzy Żydzi prowadzą dom na sposób chrześcijański, gdyż „korzystniej jeść macę z kiełbasą aniżeli samą”, zaś na zarzut spóźnienia ze strony Ignacego Rzeckiego odpowiadał sarkastycznie: „pański zegarek zawsze spieszy się z rana, a późni wieczorem”.

i Stanisława Marię Rachowicza vel Marysię, przy którym/ej Dustin Hoffman w „Tootsie” wygląda jak zwykły przebieraniec.

Rafał

fot. TVP

9

  • Pawel Komosa

    przypomnialbym jeszcze role Dyrektora z Kabaretu, oberleutnanta von Nogaya z „C.K. Dezerterów”, również te z przedstawień Teatru Telewizji: Edmunda z „Dam i huzarów” czy Żewakin z „Ożenku”