Dziadek w przedszkolu, czyli blaski i cienie późnego ojcostwa

Czy w ojcostwie obowiązuje zasada znana z branży winiarskiej – im starszy tatuś, tym lepszy? Życzyłbym sobie tego, ale sporo czynników jest przeciwko mnie. Jednak nie zamierzam się nimi przejmować…

„Ojcem zostać łatwo, znacznie trudniej nim być” – głosi stare porzekadło, któremu najwyraźniej hołduje coraz liczniejsze grono Polaków, którzy coraz później decydują się na dziecko. Świadczą o tym statystyki. W 2001 r. średni wiek statystycznego tatusia wynosił 29 lat, a już 12 lat później – 31. Bardzo szybko przybywa mężczyzn witających potomka po przekroczeniu magicznej „50-tki” (na początku XXI wieku było ich około 1,5 tysiąca rocznie, natomiast w 2013 r. dwa razy więcej).

Rok temu dołączyłem do grupy, która na Facebooku mogłaby nosić nazwę „Późne ojcostwo”, choć osobiście wolę jednak określenie „dojrzałe”, nie niosące za sobą zakamuflowanego komunikatu głoszącego: „bardzo długo z tym czekałeś”. Filipek przyszedł na świat dwa miesiące po moich 43. urodzinach. Mógłbym długo wyliczać powody, dla których zdecydowałem się na dziecko dopiero teraz: bo musiałem do tego dorosnąć, poczuć gotowość, ustabilizować życie, przemyśleć to i owo, a przede wszystkim znaleźć właściwą kobietę, dającą pewność, że będzie doskonałą matką dla mojego pierworodnego. Kiedyś o tym wszystkim pewnie napiszę, ale teraz nie będę zagłębiał się w przyczyny, ale skutki tej decyzji.

Po powrocie z pierwszych wakacji spędzonych we trójkę pochwaliłem się na Facebooku zdjęciem prezentującym naszą roześmianą rodzinkę na bałtyckiej plaży.

Wśród licznych komentarzy pojawił się zabawny wpis kumpla, którego znam od czasów podstawówki. „Jest mama, dziecko i dziadek, ale gdzie ojciec?” – zapytał, złośliwie nawiązując do mojego wieku i srebrzystych włosów na skroniach.

Nawet mnie to wówczas rozbawiło, odpowiedziałem jakimś równie żartobliwym tekstem, ale niedługo później usłyszałem historię, która nawiązywała do tamtej wymiany zdań i – nie ukrywam – dała mi do myślenia.

Dotyczyła innego znajomego, także należącego do grupy „późne/dojrzałe ojcostwo”. Jego pociecha zaczęła niedawno uczęszczać do przedszkola. Zazwyczaj synka odbiera mama lub babcia, ponieważ ojciec jest człowiekiem nad wyraz zapracowanym, opuszczającym dom o świcie i powracającym na łono rodziny późnym wieczorem. Jednak pewnego razu okoliczności zmusiły go do wizyty w przedszkolu. Gdy tylko się tam pojawił, uradowany junior rzucił mu się na szyję. Uśmiechnięta opiekuna skomentowała wówczas: „Adrianku, widzę, że dziś przyszedł po ciebie dziadek?”.

Gdy poznała prawdę, zawstydzona zaczęła przepraszać mojego znajomego, tłumacząc się, że zmyliły ją siwe włosy. Jednak facet mocno się zamulił i trwał w tym stanie dość długo, nawet opowiadając mi to zdarzenie nie sprawiał wrażenia, jakby traktował je tylko jako zabawną w sumie anegdotę. „Skoro już teraz wyglądam jak dziadek Adriana, to co będzie, gdy on pójdzie do szkoły, na studia, pozna dziewczynę, ożeni się? A może nawet tego nie doczekam?” – zadał w końcu dramatyczne pytanie, które pozostawiłem bez reakcji, bo przecież nikt, może oprócz tego sędziwego pana w niebiosach, nie zna precyzyjnej odpowiedzi na pytanie o naszą przyszłość.

Jednak ta historia także mnie zmusiła do pogłębionej refleksji oraz poszukiwania zalet i wad późnego/dojrzałego ojcostwa. Po namyśle doszedłem do wniosku, że – cytując złotoustego Lecha Wałęsę – plusy dodatnie zdecydowanie przeważają nad ujemnymi. I choć nigdy siebie o to nie podejrzewałem, w tym miejscu muszę nawet przyznać rację Ryszardowi Kaliszowi, który pierworodnego syna doczekał się w wieku 56 lat. Swoim entuzjazmem polityk podzielił się w rozmowie z magazynem „Viva!”, twierdząc, że przyjście na świat dziecka jest dla dojrzałego ojca przeżyciem głęboko intymnym, z niczym nieporównywalnym. „Na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci uczestniczyłem aktywnie w najważniejszych momentach politycznych, społecznych, publicznych i adwokackich. Wtedy emocje były inne, z innej sfery osobowości. Pięć minut po urodzeniu Ignacego spojrzałem mu w oczy. Miałem świadomość, że oto przyszła na świat najbliższa mi osoba i jest właśnie na moich rękach” – emocjonował się Kalisz.

Czułem dokładnie to samo, w chwili narodzin Filipa, a także w kolejnych godzinach, dniach, tygodniach i miesiącach. Gdy po raz pierwszy wziąłem do ręki zawiniątko kryjące malutkiego i bezbronnego człowieczka, który w opinii otoczenia miał być do mnie podobny, a ja widziałem w nim bardziej kosmitę. Gdy po raz pierwszy wiozłem go samochodem i w tylnym lusterku zauważyłem ulewające się z juniora mleko, co od razu wywołało przerażające wizje duszącego się niemowlaka. Gdy po raz pierwszy kąpałem to maleńkie ciałko i okazało się, że z wrażenia zapomniałem wszystkiego, co pilnie trenowałem na lalce w szkole rodzenia. Gdy po raz pierwszy zostałem z nim sam na sam i modliłem się, by nie zaczął płakać, a on oczywiście rozryczał się w chwilę po wyjściu Ewy z domu.

Taka wyliczanka mogłaby trwać długo, bo odkryłem, że ojcostwo to nieustające pasmo „pierwszych razów”. Wymagających, trudnych, a niekiedy nawet lekko przerażających.

Jednak znacznie łatwiej się z nimi zmierzyć, gdy dziecko jest zaplanowanie i wyczekane. Dojrzały mężczyzna potrafi obdarzyć je bezwarunkową miłością,  z czym bywa różnie u młodych facetów, którzy często traktują potomka jako „wpadkę”. Nieprzypadkowo sprawcami regularnie upublicznianych przez media przypadków pobić czy nawet zabójstw maluchów są zwykle 20-, góra 30-letni ojcowie. Oczywiście wynika to też z faktu, że statystycznie jest ich po prostu znacznie więcej niż dojrzałych tatusiów, ale to nie jedyne wytłumaczenie.  Moim zdaniem tych drugich łączy silniejsza więź z dzieckiem. Potrafią poświęcić mu więcej uwagi, dzięki zdobytemu doświadczeniu życiowemu są bardziej wyrozumiali i cierpliwi, a to cechy bardzo pożądane u osób zmagających się z malutkim człowieczkiem, który stara się jak może, by wyprowadzić rodziców z równowagi.

Późny/dojrzały tatuś ma jeszcze jedną zaletę.

Zwykle jest już na takim etapie kariery zawodowej, że może zapewnić córce lub synowi bezpieczne i spokojne dzieciństwo, a także odpowiednie wychowanie i wykształcenie.

„Będę go na pewno zabierał w różne miejsca na świecie, żeby mu je pokazać. Na szczęście dzisiaj w Polsce mamy takie możliwości. Mój tata takich możliwości nie miał i zawsze żałował, bo też lubił podróżować” – tłumaczy Kalisz we wspomnianym już wywiadzie. Wprawdzie, nikomu nie zaglądając do portfela, daleko mi do majętnego polityka lewicy, widywanego za kierownicą luksusowego jaguara, ale też staram się Filipowi zapewnić jak najwięcej atrakcji. W swoim kilkunastomiesięcznym życiu widział już morze, chodził (raczej był noszony) po górach, a za kilka miesięcy będziemy spacerować wśród oliwnych gajów i pływać w cieplutkim Adriatyku. Gdyby urodził się kilka lat wcześniej nie jestem pewien, czy mógłbym sobie pozwolić na zapewnienie mu tego wszystkiego. Czyli znów plus dla dojrzałości!

Jakby tego było mało, w sukurs późnym tatusiom przychodzą też naukowcy. Według badaczy z amerykańskiego Northwestern University dzieci starszych ojców mają szansę na dłuższe życie, ponieważ otrzymały od rodzicieli solidniejsze telomery, czyli struktury DNA odpowiedzialne za ochronę materiału genetycznego. To jest mocny argument, nieprawdaż?

Jednak byłbym ślepcem (a jestem tylko krótkowidzem), by nie dostrzegać również ciemniejszej strony późnego ojcostwa, także tej biologicznej.

Naukowcy amerykańskiego Uniwersytetu Indiana oraz szwedzkiego instytutu Karolinska przeanalizowali przypadki blisko 2,5 mln osób i sprawdzili, jak wiek ojców (brano pod uwagą 24- i 45-latków) wpływa na zdrowie i zachowanie ich potomków. Okazało się, że dzieci starszych mężczyzn są trzykrotnie bardziej narażone na autyzm, 13-krotnie zwiększa się u nich ryzyko wystąpienia ADHD, a w przyszłości dwa razy częściej mają problemy z uzależnieniami i podejmują próby samobójcze. Z innych badań wynika, że wadliwe mutacje genetyczne mogą zwiększać niebezpieczeństwo zachorowania potomka na schizofrenię. To wszystko na pewno należy brać pod uwagę czekając z ojcostwem.

Wracając do historii kolegi, który został wzięty za dziadka własnego syna – nie da się ukryć, że sprawienie sobie dziecka po 40-tce niesie także za sobą ryzyko, iż w przyszłości dojrzałemu tatusiowi zabraknie po prostu energii na dotrzymanie kroku dorastającemu potomkowi. Czy taki scenariusz może zrealizować się u Natorskich? Nie sądzę, choć gdy Filip wkroczy w wiek nastolatka będę już grubo po 50-tce.

Po pierwsze tetryczenie nie leży raczej w mojej naturze, a gdy patrzę na mojego tatę, który mimo 82 wiosen na karku nie potrafi usiedzieć w miejscu i regularnie odbywa kilkukilometrowe spacery, mogę założyć, że genetycznie jestem zaprogramowany na utrzymywanie wysokiego poziomu aktywności życiowej. Biegam, jeżdżę na rowerze, pływam i nie mogę doczekać się, kiedy zagram w piłkę z synkiem. W porównaniu do wielu rówieśników nie dostaję zadyszki po wejściu na pierwsze piętro, a gdy wyjeżdżam nad morze nie szukam rozpaczliwie kwatery przy samej plaży, bo przeraża mnie wizja codziennych spacerów. To pozwala mi wierzyć, że dotrzymam Filipowi kroku jeszcze przez ładnych parę lat.

Dojrzały ojciec musi się liczyć z jeszcze jednym zagrożeniem. Niewykluczone, że z czasem między nim a dzieckiem zacznie narastać konflikt międzypokoleniowy, spowodowany kłopotami ojca w zrozumieniu i akceptacji zmieniającego się świata. Szczególnie, jeśli stanie się upierdliwym facetem prawiącym potomkowi wyświechtane morały i narzekającym, iż za jego czasów młodzież słuchała lepszej muzyki czy oglądała mądrzejsze filmy.

Jednak jestem jakoś wyjątkowo spokojny i pewny, że nas ominą tego typu zawieruchy i bez większego problemu zrozumiem dorastającego Filipa.

Skąd bierze się ten hurraoptymizm? Uważam się bowiem za osobę otwartą i ciekawą świata, fascynuje mnie odkrywanie nowości, w różnych dziedzinach życia – od technologii po szeroko rozumianą kulturę, czy nawet popkulturę. Lubię gry komputerowe, potrafię odróżnić Arianę Grande od Rihanny, z zapartym tchem śledzę kolejne sezony„Gry o tron”, nie wspominając już o serialu „Ash kontra martwe zło”. Wiem, kto gra w finale NBA, chętnie oglądam snookerowe mistrzostwa świata i potrafię zarwać noc, by obejrzeć walkę Andrzeja Fonfary, z którym zresztą przeprowadziłem wywiad, gdy dopiero pukał do bram świata wielkiego boksu. Jestem na bieżąco z najzabawniejszymi memami czy filmikami rozśmieszającymi internautów. Potrafię rozszyfrować popularne wśród małolatów skróty YOLO czy LOL, czasem nawet używam określenia „sztos”, które – jak się niedawno dowiedziałem wygrało plebiscyt na Młodzieżowe Słowo Roku zorganizowany przez PWN.

Tak, będzie ze mnie zajefajny ojciec… Obiecuję Filipku.

Rafał

 

7