Dwa sposoby na dziadków

Oto rzecz, którą każda młoda mama musi wiedzieć: nawet jeśli wydaje ci się, że jesteś dobrą matką i nieźle sobie radzisz z macierzyństwem, konfrontacja ze starszym pokoleniem z pewnością utwierdzi cię w przekonaniu, że wcale tak dobrze ci nie idzie.

Istnieje pewna zależność – młodzi myślą, że starzy nie idą z duchem czasu i kierują się zasadami rodem ze średniowiecza, natomiast starzy uważają, że to, co robią młodzi, to współczesne wymysły, z góry skazane na porażkę. I jedni, i drudzy mają rację. Nie wiem, jaka będę na stare lata, dziś wiem natomiast, jak wypada konfrontacja młodego pokolenia (ja) z pokoleniem moich rodziców.

Mój tata zastanawiał się ostatnio – i robił to na głos – kogo kocha się bardziej: własne dzieci czy wnuki. Doszedł do wniosku, że o ile obie miłości są różne, to uczucie do wnuków jest bezwarunkowe i czyste. Nie ukrywajmy, własne dziecko czasem cię wkurza. Czasem nawet bardzo. Z wnukami, uznał mój tata, jest inaczej. Spędza się z nimi parę godzin dziennie; nie ma awantur, nieprzespanych nocy, nerwów. Wnuki są do kochania i rozpieszczania. To uczucie nieporównywalne z niczym innym.

Nic więc dziwnego, że gdy w rodzinie pojawia się nowy człowiek, dziadkowie mają tysiąc rad na każdą okazję.

Nie dotyczy to tylko mojego domu – u mnie i tak nie jest źle, nie mogę narzekać. Z autopsji, rozmów z innymi mamami i obserwacji można jednak wysnuć ciekawe wnioski. Jakie rady od dziadków najczęściej słyszymy?

– Załóż mu/jej czapeczkę – z tą czapką to jest, przyznaję, obłęd. Natrafiłam kiedyś na artykuł, w którym pisano, po czym Brytyjczycy rozpoznają polskie rodziny na Wyspach – bo nasze maluchy o każdej porze roku noszą czapeczkę. Rozumiem sens w otulania główki noworodka. Ale po co czapka starszemu dziecku, gdy pogoda piękna, nie ma wiatru, a jego główka pozostaje w cieniu? Niejednokrotnie przekonałam się jednak, że starsze pokolenie ma na punkcie czapki obsesję. Dziękuję, postoję. Po czterech miesiącach wiem, kiedy mojemu dziecku czapeczka naprawdę jest potrzebna, a kiedy spokojnie można z niej zrezygnować.

– Czy nie jest mu/jej za zimno? – trzymam się zasady, że nie należy dzieci przegrzewać. Piecuszenie jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. W ubieraniu naszego synka staramy się być rozsądni, ale odkąd Filip przestał być noworodkiem, wychodzimy z założenia, że skoro nam jest w długich spodniach czy skarpetkach za gorąco, to Filipkowi też będzie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że starsze pokolenie najchętniej widziałoby maluchy w grubym becie, sweterku, czapce, skarpetach i rękawiczkach (ostatnio w środku lata usłyszałam od cioci, że mojemu czteromiesięcznemu dziecku trzeba założyć… wełniane buciki).

– Podaj mu/jej glukozę – kolejny obłęd, z którym konsekwentnie walczę. Nie, nie daję swojemu dziecku glukozy, bo to cukier, którego nie potrzebuje. Im dłużej nie zna tego smaku, tym lepiej. Moje dziecko karmione piersią pięknie przybiera na wadze. Ale starsze pokolenie jakby zdawało się tego nie rozumieć. W kółko słyszę rady o przepajaniu, najczęściej właśnie glukozą albo… słodzoną herbatką. Gdy moje argumenty trafiają jak grochem o ścianę, powołuję się na lekarzy, którzy od podawania glukozy odeszli, choć i tutaj zdarza mi się usłyszeć, że „współcześni lekarze się nie znają”.

– Wyjmij mu/jej te paluszki z buzi – że kilkumiesięczne maluszki uwielbiają wkładać własne palce do buzi, wie każdy rodzic. Sprawa sporna jest zwłaszcza z ssaniem kciuka. Nie uważam jednak, by rodzicielstwo oparte na zakazach, strofowaniu i upomnieniach było najlepszym modelem wychowawczym. Tymczasem odkąd mój syn zaczął interesować się swoimi dłońmi, nieustannie widzę jego dziadków pochylających się nad wózkiem i wyciągających mu paluszki z buzi. A przecież właśnie w ten sposób dziecko poznaje swoje ciało! Jasne, gdy Filip wpycha sobie całą rękę do ust, reaguję. Ale nie dajmy się zwariować.

Dziadkowie lubią także zmuszać malucha do siadania; widziałam już próby podpierania trzymiesięcznego biedaka poduszeczką. Na porządku dziennym jest również sugerowanie, że dziecko chce jeść za każdym razem, gdy zapłacze („A nie jest głodny? Kiedy ostatnio jadł?”). Szczególnie w tym drugim przypadku intencje są dobre, ale sprawiają, że czujesz się jak wyrodna matka, która „zapomniała” nakarmić własne dziecko. Dziadkowie uwielbiają rady typu: „Zostaw go, niech się wypłacze, nic mu nie będzie, musi trenować płucka”. I chyba najchętniej widzieliby małe dziecko 24h na dobę w małym pokoiku – podróże z takim maluchem, a zwłaszcza zagraniczne, nie mieszczą im się w głowie!

Co więc począć, drodzy młodzi rodzice? Myślę, że w tej sytuacji są tylko dwie metody warte uwagi: uśmiechać się i… robić swoje. Przykład: gdy babcia pyta, czy przypadkiem dziecko nie jest za cienko ubrane, odpowiadacie: „Nie, sprawdzałam/em, karczek ma ciepły”. Obowiązkowo z uśmiechem. Ważne, by dziadkowie czuli, że nie lekceważymy ich rad i nie pozjadaliśmy wszystkich rozumów. Ten mały trik powinien zamknąć niewygodny temat, a wam zapewnić święty spokój.

Jest jednak sytuacja, gdy trzeba stanowczo interweniować – gdy dziadkowie łamią nasze zasady wychowania.

Ostatnio znajoma opowiadała mi o swojej teściowej, która nie uznaje jedzenia ze słoiczków i za ich podawanie przy każdej okazji krytykuje moją koleżankę, wspomniana teściowa nie ma natomiast najmniejszego problemu z podaniem kilkumiesięcznemu dziecku słodkich ciastek, do przygotowania których posłużyła cała tablica Mendelejewa.

Znam również przypadki, gdy rodzice nie chcą podawać maluchom słodyczy, co dziadkowie także uznają za wymysł i absurd, próbując za plecami młodych wciskać maluszkom czekoladki i częstując je ciastkami z kremem. O tym, co przeżywają rodzice-wegetarianie, którzy nie chcą karmić swoich dzieci mięsem, nie wspomnę… A już przekonanie, że grube dziecko równa się zdrowe dziecko woła o pomstę do nieba! Nie daj Boże, żeby wasza pociecha była chudzinką i niejadkiem. Możecie być pewni, że dziadkowie zadbają o odpowiednią kaloryczność posiłków waszego dziecka.

Co wtedy? Obawiam się, że w takich przypadkach sam uśmiech może nie wystarczyć. Nie zmienia się jednak to, że trzeba robić swoje. I ewentualnie uśmiechnąć się na koniec stanowczej prośby, by nie naginać raz ustalonych zasad.

Najgorszy, najbardziej wkurzający, absurdalny tekst dziadków to: „Kiedyś tego nie było i dzieci były zdrowe”, ewentualnie w wersji: „Kiedyś tego nie było, a wychowały się całe pokolenia”. Czy były zdrowe, nie nam oceniać – zwróćmy jednak uwagę, że długość życia sukcesywnie się wydłuża, wiele chorób utonęło w oceanie zamierzchłej przeszłości, a liczba komplikacji podczas ciąży oraz przy porodzie diametralnie zmalała. Jak reagować w takiej sytuacji? Znaną nam metodą: uśmiechając się. Tyle wystarczy. Bo co tu powiedzieć?

Ideałem byłoby stworzyć z dziadkami wspólny front w wychowaniu dzieci. Ostatecznie dziadkowie chcą dla naszych szkrabów tego samego co my – ich szczęścia. Życzę zatem sukcesów i wytrwałości.

1