„Dunkierka” – film, który wcisnął mnie w fotel

„Wojen nie wygrywa się dzięki ewakuacjom” – podsumował zakończenie akcji pod Dunkierką brytyjski premier Winston Churchill. Jednak reżyser Christopher Nolan dzięki niej wygrał wojnę. Wojnę o widza…

Podobno Nolan wpadł na pomysł tego filmu już 20 lat temu, podczas podróży maciupeńką żaglówką przez kanał La Manche, płynąc z angielskiego portu Dover do Dunkierki. Choć trasa liczy niespełna 100 kilometrów, pokonanie jej zabrało reżyserowi blisko 19 godzin, ponieważ morze okazało się bardzo niespokojne, a wiatr silny i okrutnie zimny. Po zakończeniu wyprawy Nolan stwierdził, że przeżył koszmar, a przecież „nie był w strefie wojny i nikt na niego nie zrzucał bomb”, nawiązując do dramatycznych wydarzeń sprzed 77 lat.

Podczas tego rejsu zaczął kiełkować w jego głowie pomysł filmu opowiadającego o „Operacji Dynamo”, dość mało znanym epizodzie z okresu II wojny światowej, gdy na przełomie maja i czerwca 1940 roku Dunkierka (najbardziej wysunięte na północ francuskie miasto), stała się pułapką dla 400 tysięcy alianckich żołnierzy, przede wszystkim brytyjskich i francuskich, zepchniętych na plaże Morza Północnego przez nacierające jak burza wojska niemieckie. Ewakuacja takiej masy wojaków wydawała się zadaniem niemal niewykonalnym, nawet władze w Londynie zakładały, że do ojczyzny w najlepszym razie wróci co dziesiąty. Tymczasem w efekcie spektakularnej operacji udało się przetransportować na Wyspy Brytyjskie 338 tys. żołnierzy.

Wydarzenia w Dunkierce zafascynowały Nolana, który uznał, że to wymarzony temat na film.

Problemem okazały się jednak pieniądze, bo reżyser zaplanował dzieło pełne rozmachu, a jego budżet mogły udźwignąć tylko wielkie hollywoodzkie wytwórnie, które początkowo przyjęły projekt bez większego entuzjazmu.

Nic dziwnego, Amerykanie traktują historię bardzo wybiórczo, jest ciekawa tylko wtedy, gdy traktuje o ich bohaterstwie i heroizmie, tymczasem na francuskiej plaży na próżno było szukać Jankesów. W efekcie Nolan bezskutecznie pukał od drzwi do drzwi bossów Fabryki Snów.

Dopiero gigantyczne sukcesy kolejnych jego produkcji, czyli trylogii o Batmanie („Batman – Początek”, „Mroczny Rycerz”, „Mroczny Rycerz powstaje”), „Incepcji” i „Interstellar” sprawiły, że to wytwórnie zaczęły zabiegać o to, by utalentowany reżyser zechciał z nimi współpracować, a Warner Bros bez wahania wyłożyło ponad 150 milionów dolarów na zekranizowanie opowieści o tysiącach żołnierzy uwięzionych na plaży, między morzem a siłami wroga. Księgowi z Hollywood chyba nie żałują tej decyzji, bo „Dunkierka” podczas premierowego weekendu zarobiła w amerykańskich kinach 50,5 mln dolarów, wcześniej  tylko jeden film wojenny miał trochę lepsze otwarcie, był to „Pearl Harbor”, gdzie amerykańskich żołnierzy jest pod dostatkiem.

W Polsce najnowsze dzieło Nolana także zadebiutowało na pierwszym miejscu zestawienia Box Office, do czego przyczyniliśmy się razem z Ewą i nie żałuję ani jednej złotówki wydanej na bilet. „Dunkierka” to obraz wybitny, po powrocie z kina, na popularnym portalu filmowym przyznałem mu zresztą najwyższą notę „10”, dzięki czemu zajął zaszczytne miejsce wśród moich osobistych arcydzieł, m.in. drugiej części „Ojca Chrzestnego”, „Chłopców z ferajny” czy „Ziemi obiecanej”.

Nolanowi udało się stworzyć opowieść wciągającą widza od pierwszej sceny, w której grupka brytyjskich żołnierzy przemyka opustoszałymi ulicami Dunkierki, a z nieba spadają na nich, niczym wielkie płatki śniegu, propagandowe ulotki zrzucane przez Niemców, zniechęcające do oporu i wzywające do poddania się.  Kilka minut później jedyny ocalały z tego oddziału dociera do plaży, a jego oczom ukazuje się przejmujący widok – tysiące odzianych w mundury facetów stojących karnie w długich kolejkach sięgających morza, bezskutecznie oczekujących na pojawienie się statków, które zabiorą ich do domu.

„Dunkierka” to film wyprany z tak charakterystycznego dla hollywoodzkich superprodukcji wojennych patosu.

Nawet bohaterowie dokonujący heroicznych czynów są tutaj zwykłymi facetami, którzy po prostu robią to, co nakazuje im sumienie czy poczucie odpowiedzialności. Najlepszym przykładem jest pan Dawson, kapitan niewielkiej łodzi turystycznej, który razem z setkami właścicieli innych małych jednostek: żaglówek, kutrów rybackich czy holowników portowych wyrusza w desperacką misję ratunkową, ryzykując życiem i ścigając się z czasem, aby ocalić choć garstkę żołnierzy. Niemłody już gość w sweterku i krawacie bardziej przypomina księgowego niż wilka morskiego, a na jego twarzy często maluje się strach przed tym, co zastanie na drugim brzegu kanału La Manche. Ale pruje do przodu, bo przecież tak trzeba.

Grający pana Dawsona Mark Rylance stworzył najlepszą kreację w filmie, w którym tak naprawdę aktorzy odgrywają drugorzędne znaczenie. W obsadzie znalazło się wprawdzie sporo gwiazd, m.in. Tom Hardy, Kenneth Branagh czy Harry Styles (członek zespołu One Direction i ponoć bożyszcze kobiet, co uświadomiła mi żona, bo dla mnie był totalnie anonimową postacią), jednak znikają w tłumie bezimiennych statystów wcielających się w alianckich żołnierzy tłoczących się na plaży i z przerażeniem wypatrujących na niebie bombowców z czarnym krzyżem. Na szczęście w „Dunkierce” zabrakło miejsca dla typowych herosów z hollywoodzkich filmów wojennych, co to pożartują, zapalą fajkę, napiją się piwa, a następnie z uśmiechem na ustach rozwalą cały szwabski pułk.

Tutaj każdy marzy tylko o tym, by przeżyć, a pierwszy Niemiec pojawia się dopiero w jednej z ostatnich scen, i to rozmyty.

W dziele Nolana dialogów jest niewiele, a sceny z poszczególnymi bohaterami zmieniają się jak w kalejdoskopie, przez co trudno ich polubić czy znienawidzić. Braku rozbudowanych portretów psychologicznych nie traktuję, jak zarzut, bo chłód emocjonalny to jeden z największych atutów tego filmu. Podejrzewam, że towarzyszył on większości żołnierzy grzęznących w dunkierskim piasku, obładowanych poczuciem niepewności, kląski, ale i wstydu z powodu panicznej ucieczki przed wojskami Hitlera, który notabene uchronił aliantów przez totalną rzezią, gdyż – z do dziś niewyjaśnionych powodów – osobiście zatrzymał dywizje pancerne, idące na Calais i Dunkierkę, prawdopodobnie wciąż licząc na zawarcie pokoju z Wielką Brytanią.

Chłodem wieje również z genialnych zdjęć Hoyte Van Hoytema, który współpracował już z Nolanem przy „Interstellar”, a teraz znów zafundował widzom wizualny majstersztyk. Kadry, m.in. dzięki specjalnym kamerom umożliwiającym tworzenie filmów dla kin IMAX, są dopieszczone do perfekcji, każdy  z nich mógłby stać się ilustracją do plakatu reklamującego „Dunkierkę”. Świetnie zrealizowano sceny pojedynków lotniczych między pilotami RAF-u a lotnikami Luftwaffe, choć dla mnie największe wrażenie zrobiły jednak obrazy tłumu przerażonych żołnierzy tłoczącego się na molo w chwili nalotu niemieckich bombowców. Gdy dołożymy do tego świetny montaż, z którego słyną filmy Nolana, otrzymujemy widowisko, które dosłownie wciska w fotel.

Muszę też wspomnieć o przejmującej i posępnej muzyce autorstwa innego długoletniego współpracownika Nolana, Hansa Zimmera, kompozytora ścieżki dźwiękowej do „Incepcji” i  „Interstellar”, ale również „Gladiatora” czy „Króla Lwa”, za którego zresztą dostał Oscara. Dzięki niemieckiemu twórcy jeszcze długo po wyjściu z kina w głowie rozbrzmiewał mi pulsujący nerwowo, jednostajny odgłos przypominający tykanie zegara, odmierzający czas, który dla żołnierzy sterczących na dunkierskiej plaży wlókł się niemiłosiernie, za to dla płynących im na ratunek uciekał jak szalony.

Niedawno skarżyłem się żonie, że już dawno nie widziałem filmu na tyle dobrego, by chciało mi się o nim rozmawiać. O „Dunkierce” mógłbym dyskutować (i pisać) bez końca. Chyba o czymś to świadczy?

Rafał

Fot. Warner Bros. Entertainment Polska

 

 

2
  • Karo S

    Nie lubię filmów historycznych ale ten obejrzałam i zachwycił mnie. Pozdrawiam 😛

  • Twoją recenzję przeczytałam jednym tchem; nie ma wątpliwości, że obejrzę ten film. Nolana szanuję ogromnie za jego twórczość, właściwie każdy z jego filmów oglądam całą sobą – a raczej zapominam wręcz o swoim istnieniu. Myślę, że „Dunkierka” też może być takim filmem. Jedyne, czego się obawiam, to brutalne lub ‚obleśne’ sceny – czy można się czegoś takiego spodziewać?

  • Beata Gałuszka

    Świetna recenzja! Miałam trochę wątpliwości czy wybrać się na ten film i szukałam jakiejś wiarygodnej, fajnej recenzji. Twoja mnie przekonała więc dzięki! 😉