Dlaczego się sprzedałeś Papciu, czyli Tytus w krainie mamony

Papcio Chmiel przez 70 lat starał się uczłowieczyć Tytusa de Zoo, by w końcu oddać go do reklamy, w dodatku głupiej. Pod ciężarem kasy upada właśnie kolejna legenda…

Zaczęło się nawet całkiem intrygująco. Przez kilkanaście dni na fanpage’u znanej sieci sklepów z artykułami RTV i AGD (dla ułatwienia dodam, że oferuje produkty „nie dla idiotów”) pojawiały się dziwne i niezrozumiałe wpisy, brzmiące mniej więcej tak: „Hskagds znak lahxhs idzie lawgjz zzutfffffff”. Niedługo później zamieszczono oświadczenie, iż był to efekt „chwilowego przejęcia kontroli nad profilem przez osoby niepowołane”, a firma powołała specjalny zespół do wyjaśnienia zaistniałej sytuacji.

W końcu zagadka została rozwiązana i poinformowano, że był to początek nowej kampanii reklamowej z udziałem tytułowych bohaterów kultowej serii komiksów Henryka Jerzego Chmielewskiego, znanego powszechnie jako Papcio Chmiel. „Na przygodach Tytusa, Romka i A’Tomka wychowały się całe pokolenia. Bohaterowie stali się symbolem dobrej zabawy i szukania innowacyjnych rozwiązań. Ich niezwykłe przygody, bawią zarówno starszych odbiorców, jak i dzieci. Pozwalają przenieść się w świat pełen przygód, gdzie nie ma miejsca na nudę” – tłumaczyła jedna z dyrektorek sieci, dlaczego wybrano takich właśnie ambasadorów marki.

„Precz z nudą” – brzmi hasło kampanii, która z impetem zaatakowała telewizję, radio oraz internet. Na przekór zamierzeniom reklamy są jednak przeraźliwie nudne, a Tytus, Romek i A’Tomek sprawiają wrażenie, jakby odbywali kolejną podróż po Wyspach Nonsensu (fani serii na pewno będą wiedzieli o co chodzi, pozostałych odsyłam do XIII księgi przygód tej niezwykłej trójki przyjaciół). Już nie wspomnę o tym, że komercyjna wersja Tytusa wcale nie przypomina komiksowego pierwowzoru, zarówno graficznie (ponoć Papcio Chmiel nie miał z nim nic wspólnego, a nawet nazwał go „nieudacznikiem z klawiaturą fortepianową zamiast zębów, bez brwi, gałek ocznych, z talerzami zamiast uszu i w nędznych trampkach”), jak i charakterologicznie, bo rzuca żarty na poziomie Karola Strasburgera rozpoczynającego „Familiadę”.

Zastanawiam się, kto tak naprawdę ma być targetem tej kampanii.

Jeśli jej twórcy celowali w moje pokolenie, perfidnie licząc na wzbudzenie sentymentalnych emocji u potencjalnych klientów, którzy w dzieciństwie biegali z wywieszonym językiem od księgarni do księgarni i od kiosku do kiosku, licząc na łut szczęścia, by upolować najnowszą księgę przygód Tytusa, srodze się zawiodą. Świadczą o tym komentarze internautów, na przykład:

„Żenada, moi ulubieni bohaterowie dzieciństwa sprzedani do sklepu dla idiotów. Papciu, dlaczego?!”

„Nic niestety nie można poradzić, ale kompletnie mi to nie pasuje. Jakby ktoś wrzucał śmieci do mojego prywatnego świata, przykre”

„Twórcy tych reklam chyba nie przeczytali nawet jednej księgi. Strasznie to toporne i prymitywne. Szkoda tylko legendy”

Ten przekaz tym bardziej nie trafi do przedstawicieli młodszych roczników. Cytując jeszcze jeden internetowy komentarz: „próba dotarcia do współczesnej generacji wychowanej na smartfonach przy pomocy ekipy Tytusa przypomina trochę próbę rozkręcenia dyskoteki utworami Mieczysława Fogga”. Jestem głęboko przekonany, że zdecydowana większość małolatów nie ma zresztą bladego pojęcia, kim jest występująca w reklamach małpa, już o jej towarzyszach nie wspominając. Tej niewiedzy obecna kampania na pewno nie rozproszy.

Szkoda, ponieważ Tytus (ale ten prawdziwy, który „z tuszuś powstał, w tusz się obróci”) zasługuje na zainteresowanie także fanów mangi czy historii spod znaku Marvela.

To bowiem prawdziwa legenda, która ujrzała światło dzienne dokładnie 70 lat temu, w 1957 roku, na łamach popularnej wówczas gazety „Świat Młodych”. Autorem historii o dwóch przyjaciołach-harcerzach, Romku i A’Tomku, próbujących uczłowieczyć gadającą i niesforną małpę – Tytusa de Zoo, był Henryk Jerzy Chmielewski, znakomity grafik i uczestnik powstania warszawskiego (nosił pseudonim „Jupiter”), który rysował obrazki nawet pod niemieckim ostrzałem.

W 1966 r. przygody Tytusa, Romka i A’Tomka ukazały się po raz pierwszy w wersji książkowej. Do dziś Papcio Chmiel wydał już ponad 30 albumów, które sprzedały się w blisko 11-milionowym nakładzie. Dla mojego pokolenia jest to po prostu klasyka. W latach 80-tych na każdą kolejną księgę czekało się z utęsknieniem, ale także pewną dozą fatalizmu, gdyż trzeba było brać pod uwagę duże prawdopodobieństwo, że nie uda się jej zdobyć, gdyż w zamierzchłych czasach PRL-u komiksy rozchodziły się jak świeże bułeczki. Nikomu nie przeszkadzało, że w ramach oszczędności drukowano w kolorze tylko jeden arkusz, przez co strony były na przemian barwne i czarno-białe. Farciarz, który posiadł najnowszego „Tytusa” od razu wskakiwał na wyższy poziom hierarchii społecznej, a utrzymywanie z nim dobrych stosunków dawało nadzieję na wypożyczenie albumu do domu, choćby na parę godzin.

Papcio Chmiel zawsze trzymał przyzwoitą formę, ale do niektórych ksiąg wracało się chętniej, co w moim wypadku oznaczało, że były przeglądane codziennie, a nie raz w tygodniu.

Uwielbiałem Tytusa na olimpiadzie, dzikim zachodzie, w Bieszczadach i na wspomnianych już Wyspach Nonsensu (swoją drogą kraina papierolubków, w której wszystko podlega skomplikowanym procedurom biurokratycznym okazała się proroctwem, urzeczywistniającym się w dzisiejszych czasach). Kibicowałem mu, gdy musiał przygotowywać się do poprawki z geografii oraz kiedy zdobywał prawo jazdy.

Wciąż pamiętam kultowe teksty bohaterów, np.:

„Wyrzucasz jedzenie? Już mi niepotrzebne. Najadłem się strachu”

„Dwa bilety szkolne i jeden nienormalny, proszę”

„Dyliżans kursuje co dwa lata oprócz niedziel i świąt. Dopuszczalne spóźnienie – jeden miesiąc”

„Precz z preczem”

„Czytałeś Norwida? A kto go napisał?”

„Aby dzieci nam się nie czepiały rakiet”

„Udało mi się kupić bilety na „Strzały znikąd”. Dozwolony jest od 7, a fajny jak od 14”

W komiksach Papcia Chmiela nigdy nie brakowało absurdalnego poczucia humoru, ale także walorów edukacyjnych. W czasach PRL-u bohaterowie zajmowali się ochroną przyrody czy zabytków, w ostatnich opowieściach są uczestnikami ważnych wydarzeń historycznych, m.in. powstania warszawskiego, ale także… walczą z otyłością. W VIII księdze pojawił się kultowy profesor T. Alent z Instytutu Niezwykłych Wynalazków, dostarczyciel niesamowitych pojazdów dla bohaterów. Chyba każdy chłopak w moim wieku marzył kiedyś, by przelecieć się wannolotem czy slajdolotem, już o skorzystaniu z aparaciku do przenoszenia się w przeszłość nie wspominając.

Potężna dawka purnonsensu i humoru sprawiały, że czytelnik przymykał oko na pewne propagandowe wtręty, które biedny Papcio Chmiel musiał upychać do swoich historyjek, by mogły ujrzeć światło dzienne. Dlatego, gdy Tytus ma pisać klasówkę i nic nie umie, to podpowiada mu radziecki kosmonauta, a podczas pobytu na plaży w Miami chłopcy ratują czarnoskórego obywatela przed rasistowskim atakiem (wiadomo, w Ameryce przecież biją Murzynów). Kiedy bohaterowie trafiają do wojska, okazuje się, że nasza armia jest świetnie przygotowana do odparcia wrogów, w domyśle kapitalistycznych najeźdźców. Co ciekawe, w 1998 r. ukazał się album, w którym umundurowany Tytus wita wstąpienie Polski do NATO. Ot, znak czasów…

Każdy komiks Papcia Chmiela był pełen niuansów, dlatego historyjki można opisywać i analizować na wiele sposobów. Co z tego trafiło do najnowszych reklam? Nic. Dlatego jestem wściekły, że tak brutalnie ogołocono jedną z najważniejszych postaci mojej młodości. „Myślałem i wymyśliłem bezmyślnik. Stawiać się go będzie przed zdaniem nie mającym sensu” – stwierdził kiedyś Tytus. Ja stawiam bezmyślnik przed pomysłem tej kampanii.

Rafał

grafika: materiały prasowe Media Markt

2

  • Nie podobają mi się te reklamy z bohaterami komiksu z mojego dzieciństwa. Uwielbiałam je czytać, ale w kampanii Media Markt średnio pasują – druga rzecz, że same reklamy nie są zachwycające.