Dlaczego kibicuję bykowi

Może coś ze mną jest nie tak, ale pasjami uwielbiam oglądać filmiki przedstawiające triumf  byka nad matadorem. I odczuwam niemałą satysfakcję, gdy oszalałe z przerażenia zwierzę bierze na rogi pyszałkowatego gogusia w złotym kostiumie i różowych getrach.

Niedawno internetowe portale znów dostarczyły mi sporą dawkę emocji. Smakowite były już same tytuły: „Przerażające sceny podczas korridy”, „Masakra na korridzie”, „Potworny wypadek podczas hiszpańskiej korridy”. Klikałem bez najmniejszego wahania, by poznać szczegóły dramatycznego zdarzenia, do którego doszło w czasie widowiska zorganizowanego na arenie w Sewilli.

Publiczność miała być świadkiem triumfalnego powrotu słynnego matadora Romana Collado, wracającego po wykaraskaniu się z ciężkich obrażeń doznanych kilka miesięcy temu w starciu z rozwścieczonym bykiem. Jednak i tym razem coś poszło nie tak, czego dowodem jest krążący po sieci filmik przedstawiający pląsającego tanecznym krokiem przed potężnym zwierzęciem faceta w tandetnym pozłacanym stroju i równie gustownych, różowych getrach, który drażni stworzenie czerwoną płachtą, by po chwili leżeć na ziemi, taranowany i szturchany rogami.

Collado trafił do szpitala z ogromną raną w nodze. Na razie nie wiadomo, czy będzie mógł kontynuować karierę. I tak miał sporo szczęścia, zważywszy na statystyki, z których wynika, że w ciągu ostatnich 300 lat na hiszpańskich arenach życie straciło blisko pół tysiąca profesjonalnych matadorów i pewnie kilka razy więcej amatorów.

Taki los spotkał w ubiegłym roku Ivana Fandino, jednego z najsłynniejszych pogromców byków. Podczas festiwalu Aire-sur-l’Adour chciał spektakularnie zakończyć pojedynek z pewnym czworonożnym kolosem, jednak ten nie zamierzał potulnie czekać na zaszlachtowanie i błyskawicznie zaszarżował, wbijając róg w klatę piersiową mężczyzny. Fandino zmarł w drodze do szpitala. Miał 36 lat.

Oczywiście oglądałem jego ostatni występ, podobnie jak wiele innych triumfów byka nad matadorem. Nie ukrywam, że dostarcza mi to sporo satysfakcji, w czym zresztą nie jestem chyba odosobniony, o czym świadczą komentarze internautów. W większości brzmią tak: „Dla mnie matador to morderca zwierząt, czym wojujesz od tego giniesz”, „Sprawiedliwości stało się zadość”, „Każdy w życiu ma to, na co sobie zasłużył”, „Brawo stary byku”, „1:0 dla byka, tak trzymać!”.

Naprawdę trudno znaleźć równie głupią i barbarzyńską rozrywkę jak korrida.

Aż nie chce się wierzyć, że w XXI wieku, gdy banki oferują zakładanie kont zwierzętom domowym, a występ wielbłąda w cyrku wywołuje masowe protesty, w cywilizowanym europejskim kraju dopuszcza się krwawą jatkę, której brutalne reguły niewiele zmieniły się od czasów średniowiecza.

Cenię tradycję. Pokusiłbym się nawet o wyznanie, że w kwestii poszanowania dziedzictwa historycznego czy kulturowego jestem dość zasadniczym konserwatystą. Jednak idei korridy nie da się obronić nawet najpiękniejszymi argumentami, w tym spuścizną kulturową, na którą powołał się niedawno Hiszpański Trybunał Konstytucyjny, odwołując zakaz organizowania tego typu widowisk w Katalonii.

Nie przekona mnie również fakt, że korrida przez wieki inspirowała najwybitniejszych twórców i zawdzięczamy jej wspaniałe grafiki Francisco Goi, porywające opowiadania Ernesta Hemingwaya czy arię torreadora w operze „Carmen”  Georgesa Bizeta.

Nie kupuję tłumaczeń miłośników korridy, że ten spektakl ma charakter przede wszystkim symboliczny, a byk odzwierciedla niszczycielskie siły natury zagrażające człowiekowi, które ten od wieków próbuje ujarzmić.

Według mnie głównym celem korridy nie jest zabicie byka, ale jego upokorzenie, na każdym z uświęconych tradycją etapów.

Najpierw toreadorzy drażnią oszołomione zwierzę, prowokując je do ataków za pomocą żółto-różowych płacht. Następnie pikador, czyli jeździec na koniu obłożonym materacami, wbija lancę w unerwiony garb na karku byka, a piesi banderilleros wtykają w to samo miejsce krótkie włócznie. Jakby tego było mało, na powodujących cierpienie prętach zawiesza się kolorowe wstążki, które mają dodatkowo drażnić stworzenie.

Kiedy byk jest już wystarczająco umęczony, na scenę wkracza gwiazdor, czyli matador. Tańczy wokół zwierzęcia, unikając jego rogów, aż wreszcie – ku uciesze gawiedzi – wbija szpadę w kark byka. „Fachowiec” potrafi za pierwszym razem przerwać rdzeń kręgowy i uśmiercić rywala, mniej doświadczeni matadorzy często dźgają zwierzę kilka razy, zwielokrotniając jego cierpienia.

Przerażające. Dlatego w tym nierównym pojedynku zawsze będę kibicował bykowi, który w starciu z korridową machiną ma do dyspozycji tylko siłę, rogi i kopyta. Cieszę się, że czasem to wystarczy. Chcecie zobaczyć? Proszę bardzo, choć ostrzegam, że bywa hardcorowo…

 

 

 

 

 

Rafał

Fot. Pixabay

3

  • Angelika | myikultura.pl

    Chore, barbarzyńskie i smutne. Nie rozumiem jak w dzisiejszych czasach, gdzie naprawdę dużą uwagę poświęca się trosce o zwierzęta (nie tylko te domowe ale też hodowlane czy dzikie), można w taki sposób wyrządzać zwierzęciu krzywdę. Jak można mówić, że to byk jest zły, bo uderzył człowieka rogiem skoro człowiek sam straszy to biedne zwierzę i prowokuje do takich zachowań 🙁 Mnie jeszcze poraża ludzka głupota w trakcie takich akcji kiedy wypuszcza się byki goniące ludzi po ulicach miasta. Nie wiem jak to się nazywa, ale ludzka głupota nie ma granic.

  • Klaudia Sikorska

    Dla mnie to straszne. Męczyć, a potem zabijać zwierzę dla rozrywki. Nie dość, że giną zwierzęta to giną także ludzie. Może mają rację Ci, którzy mówią „Kto mieczem wojuje ten od miecza ginie”

  • Anetta Braciszewicz

    Kibicujemy tej samej stronie. Dorzuciłabym również polowania. Radość z zabijania?… Przerażające. Alicja na Wyspie