Dlaczego Ed Sheeran nie broni polskich sądów

Ed Sheeran miał dwie szanse, by – wzorem starszych kolegów po fachu, Micka Jaggera czy Rogera Watersa – upomnieć się o niezawisłość polskich sądów. Zmarnował obie. Czyżby nie zależało mu na naszej demokracji?

Wydawało się, że współczesny show-biznes nie potrafi mnie już niczym zaskoczyć. A jednak… W ostatnich miesiącach okazało się bowiem, iż gwiazdy światowej muzyki, oprócz niekwestionowanych walorów artystycznych, posiadają również imponującą wiedzę na temat meandrów polskiego systemu prawnego.

Mick Jagger, nieśmiertelny frontman The Rolling Stones, podczas niedawnego warszawskiego koncertu wyznał: „Polska, co za piękny kraj! Jestem za stary, by być sędzią, ale jestem dość młody, by śpiewać”, co zostało odebrane za czytelną aluzję do zmian wprowadzonych przez PiS do ustawy o Sądzie Najwyższym.

Natomiast Roger Waters, współtwórca legendarnego zespołu Pink Floyd w trakcie gdańskiego występu paradował w koszulce z napisem „Konstytucja!”, na ustawionym za nim telebimie pojawiało się wezwanie: „Uwolnić sądy!”, zaś późnej wyświetlono także listę współczesnych polityków – „neofaszystów”, na której obok Donalda Trumpa i Władimira Putina zagościł Jarosław Kaczyński.

Nic dziwnego, że teraz na każdym koncercie światowej gwiazdy spodziewamy się jakieś politycznej deklaracji, mniej lub bardziej zakamuflowanej.

W miniony weekend gościł nad Wisłą Ed Sheeran, bez wątpienia jedno z najgłośniejszych nazwisk współczesnej muzyki rozrywkowej. Utalentowany rudzielec z Irlandii wystąpił dwukrotnie na wypełnionym po brzegi Stadionie Narodowym i… ani słowem nie wspomniał o sądach, konstytucji czy demokracji. Jedynym propolskim gestem artysty było założenie koszulki z orzełkiem.

Czyżby Ed Sheeran nie wiedział, że przyjechał do kraju, w którym panuje terror i bezprawie, a partia rządząca skutecznie wycisza kolejne punkty oporu, zamykając usta wolnym mediom i opozycji, nasyłając policję na niewinnych demonstrantów, brutalnie gwałcąc sędziowską niezawisłość i gmerając przy ordynacji wyborczej, by zapewnić sobie rządy do końca świata? Do kraju, gdzie strach wyjść na ulicę, bo w każdym kącie panoszą się faszyści i nacjonaliści, a w najlepszym razie uzbrojeni po zęby terytorialsi.

Cóż z tego, że w repertuarze piosenkarza są przede wszystkim bezpretensjonalne piosenki o miłości? Jagger też nie śpiewa wstrząsających protest songów, a jednak potrafił się ująć za prześladowanymi polskimi sędziami. Przynajmniej według większości analizujących jego wystąpienie. „Mick Jagger dołączył do chóru krytyków, którzy uważają, że zmiany w sądownictwie są sprzeczne z demokratycznymi standardami” – donosiła agencja Reutera. „Mick Jagger nawiązał do kontrowersyjnego remontu systemu sądownictwa w Polsce podczas koncertu Rolling Stones” – przekazał „The New York Times”.

Choć trzeba przyznać, że pojawiły się też zgoła odmienne interpretacje słów legendarnego wokalisty. „Mick Jagger poparł przenoszenie sędziów SN w stan spoczynku i zachęcił prof. Gersdorf do śpiewania na emeryturze” – przekonywał prezenter TVP Krzysztof Świątek, zaś poseł PiS Dominik Tarczyński podsumował na Twitterze: „Mick Jagger potwierdza zasadność ustawy w kwestii wieku sędziów”.

Występ Rogera Watersa także rozgrzał internet do czerwoności. Jak było do przewidzenia zachwycił opozycję („Koncert był połączony z jednoznaczną demonstracją polityczną. Artysta stanął po stronie niezależnych sądów i mediów. Opowiedział się przeciwko autorytarnym tendencjom w świecie” – relacjonował rozemocjonowany senator Bogdan Borusewicz), zaś zażenował prawą stronę sceny politycznej („Serio totalni się grzeją poparciem Watersa? Przecież to kliniczny oszołom, m. in. ma jako antysemita zakaz wjazdu do Izraela i Niemiec odkąd wypuścił na koncercie świnię-balon z gwiazdą Dawida i okrwawionymi racicami. Taki sojusznik raczej kompromituje niż pomaga” – skomentował Rafał Ziemkiewicz).

Ed Sheeran stracił szansę, by wywołać podobne emocje. I całe szczęście.

Tak naprawdę polityczne happeningi w wykonaniu gwiazd są trochę groteskowe, a fascynowanie się nimi świadczy niestety przede wszystkim o tym, że mentalnie wciąż pozostajemy zakompleksionym zaściankiem. Podniecamy się, że Jagger rzucił coś o sędziach, chociaż prawdopodobnie piosenkarz nie ma najmniejszego pojęcia o szczegółach PiS-owskiej rewolucji w sądownictwie i pewnie niespecjalnie go zresztą ona obchodzi, zaś wyuczone na pamięć zdanie wyrzucił z głowy już na pokładzie samolotu wiozącego Stonesów na kolejny koncert, gdzie znów trzeba było podlizać się widowni paroma zdaniami w lokalnym języku.

Watersa też nie podejrzewam o to, by zarywał noce przed występem w Gdańsku i wczytywał się w polską konstytucję i ustawy. Choć bez wątpienia twórca Pink Floyd jest artystą znacznie bardziej zaangażowanym społecznie i politycznie niż Jagger, to już wielokrotnie udowodnił, że myli pojęcia i fakty, czego najlepszym przykładem stały się jego antysemickie występy sprzed kilku lat, gdy w czasie koncertu Watersa nad publicznością unosił się balon w kształcie świni z Gwiazdą Dawida umieszczoną obok faszystowskich symboli.

Zabrzmię teraz jak ksenofob, ale jeśli ktoś ma krytykować polską rzeczywistość, niech to będzie rodzimy artysta.

Daje to chociaż cień szansy, że wie, o czym mówi lub śpiewa, a krytyka dotyczy spraw, które – w mniejszym lub większym stopniu – bezpośrednio dotyczą także jego.

„Nawet Justin Bieber może nas krytykować. A my będziemy robić swoje” – kpił na Twitterze Joachim Brudziński, minister spraw wewnętrznych, w odpowiedzi na wcześniejszy wpis dziennikarki VOX FM Marty Kiermas, wyliczającej zagranicznych artystów, od których „PiS dostał po uszach” (na tej liście był także Bono, na koncercie w Amsterdamie krzyczący do mikrofonu: „Mam przesłanie miłości i wolności dla naszych braci i sióstr w Polsce, którym zabiera się ich wolność! Jesteśmy z wami!”).

Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Bieber faktycznie wystąpił kiedyś w obronie niezawisłości polskich sądów, choć pewnie miałby kłopot ze zlokalizowaniem naszego kraju na globusie. Jednak osoby zachęcające gwiazdy do takich akcji (bo przecież artyści nie czynią tego spontanicznie, z powodu wielkiej troski o losy demokracji nad Wisłą) muszą uważać, by nie przekroczyć cienkiej granicy oddzielającej  zaangażowane wystąpienia, nawet wynikające z dobrych intencji, od zwykłej śmieszności.

Czym to się kończy, mogliśmy niedawno przekonać się oglądając przedziwny spot, w którym Mike Tyson, z biało-czerwoną opaską na ramieniu, opowiadał światu o Powstaniu Warszawskim, dukając tekst czytany z promptera. Zaangażowanie do takiej akcji byłego boksera (niewątpliwie wybitnego, sam zarywałem noce, by podziwiać jego spektakularne nokauty), który po zakończeniu kariery słynie głównie z trwonienia majątku (przehulał ponoć blisko pół miliarda dolarów), konfliktów z prawem (siedział za gwałt) i skłonności do narkotyków, należy uznać za – łagodnie pisząc – kontrowersyjne. Nawet jeśli prawdą jest – według zapewnień pomysłodawcy projektu  – iż „Żelazny Mike” prywatnie bardzo interesuje się historią Polski, w co akurat wierzę tak, jak w to, że Mick Jagger przeczytał ustawę o Sądzie Najwyższym.

Rafał

fot. materiały prasowe

4

  • Dla mnie absolutnie nienaturalne jest w ogóle poruszanie tego tematu. Muzycy to nie politycy, ani znawcy tematu i nawet zdanie tych polskich mnie nie interesuje, więc czemu wyrażenie opinii na ten temat osób z zagranicy miałoby? 😀

  • Świetny i chwytliwy tytuł, sama złpałam się na FB i z bulwersem spieszyłam, żeby bronić Edka 😉
    Osobiście uważam, że koncerty muzyczne (jeśli nie jest to konkretny, tematyczny festiwal) nie są od tego, żeby artyści raczyli innych swoimi poglądami politycznymi. Jeśli ktoś ma taką nieodpartą potrzebę to Facebook i Twitter czekają otworem.

    Poza tym, zgadzam się z tym, że sytuacje polityczną w danym kraju powinni ewentualnie komentować rodzimi artyści. Każdy lubi narzekać na rząd i polityków, ale jak ktoś powie złe słowo to stajemy w obronie! To trochę jak z narzekaniem na rodziców – gdy jesteśmy młodzi to gęby się nam nie zamykają, ale niech tylko kolega coś na nich powie!

    A tak na prawdę, to nie uważam że każdy powinien się w ogóle w takich tematach wypowiadać publicznie. Zastraszająco mało ludzi na prawdę zna się na tym co mówi… Osobiście chętniej wysłuchałabym Bono z U2 niż (bez obrazy) Maryli Rodowicz 😉

  • Anastazja Chmiel

    Moim zdaniem bezsensowne byłoby to, gdyby Ed wspomniał coś o konstytucji i sędziach, na jego koncercie były praktycznie same nastolatki, które miały gdzieś to co mówił, ale ważne było, że w ogóle się odzywał. A co do konstytucji, jeśli mogę się wypowiedzieć, bo nie jestem za żadną partią, gdyż wszyscy dla mnie są śmieszni, ale konstytucję najzwyczajniej w świecie należy zmienić. Jest za długa, ma mnóstwo błędów i niedomówień. I mówię to jako człowiek, który ją analizował..