Dlaczego politycy przyprawiają mnie o mdłości

Fakt, to dość śmiałe wyznanie jak na absolwenta nauk politycznych szacownego Uniwersytetu Warszawskiego, ale między innymi wiedza wyniesiona z murów tej uczelni sprawia, że patrzę na polską politykę z rosnącym obrzydzeniem.

„To oni wytyczyli granice, to oni zbudowali mur, to oni podzielili nas, to oni patrzą na nas z góry” – napisał Tomasz Lipiński w 1981 r., ale słowa kultowego utworu Tiltu „Nie wierzę politykom” wciąż są niepokojąco aktualne. Szczególnie dotkliwie można to odczuć w okresie kampanii wyborczych, a kolejna z nich właśnie się rozgrywa. Jeszcze kilka, no może kilkanaście lat temu, jako człowiek zafascynowany zjawiskiem zwanym polityką, śledziłbym zmagania kandydatów z fascynacją. Dziś przyprawiają mnie zwykle o mdłości.

Powodów jest kilka. Wkurzam się zwłaszcza na traktowanie Polaków jak idiotów. „Ciemny lud to kupi” – stwierdził kiedyś w przypływie szczerości Jacek Kurski, tłumacząc się ze słynnej wrzutki dotyczącej dziadka Donalda Tuska, który miał rzekomo na ochotnika wstąpić do Wehrmachtu. Dzisiaj jako prezes Telewizji Polskiej twórczo wciela tę ideę w życie, o czym można przekonać się oglądając choć przez chwilę „Wiadomości”, dystansujące nawet „Dziennik Telewizyjny” z czasów największej propagandy sukcesu.

Cóż z tego, że na świecie szaleją tajfuny i wojny. Czołową informacją w „Wiadomościach” i tak będzie przecięcie wstęgi przez premiera Mateusza Morawieckiego podczas otwarcia odcinka drogi łączącej Zadupie i Wolę Zadupską. Oczywiście w materiale nie zabraknie wypowiedzi szefa rządu przypominającego, że poprzednicy zamiast budować autostrady wydawali kasę na ośmiorniczki i ostrygi. Jeśli dziwnym trafem o tym nie wspomni, szatańskim Tuskiem na pewno postraszy autor materiału.

Jednak założenie, że Polacy to łatwa do zmanipulowania i skretyniała masa, jest ponadpartyjne. I nie dotyczy tylko liderów ugrupowań politycznych.

Z rosnącym przerażeniem obserwuję trwającą kampanię przed wyborami samorządowymi w moim mieście. Na przykład urzędujący prezydent udaje, że jest bezpartyjny i powołuje Koalicję na rzecz Zmian. Logicznie analizując, taka nazwa idealnie pasowałby raczej do opozycji marzącej o wykopaniu go ze stołka. Chyba, że potrzebę zmiany uznamy za efekt głębokiej autorefleksji i krytycznej oceny własnych dokonań, o co jednak nie podejrzewam żadnego polityka. W każdym razie prezydent konsekwentnie prezentuje plan poprawy życia mieszkańców, udając, że ostatnich czterech lat wcale nie spędził w najważniejszym gabinecie magistratu.

Jego główny kontrkandydat intensywnie peregrynuje zaś po kolejnych dzielnicach miasta i co chwila organizuje konferencje prasowe (w takich chwilach błogosławię fakt, że już nie pracuję w lokalnych mediach), by obiecywać, iż, niczym za dotknięciem magicznej różdżki, zmieni miasto w krainę mlekiem i miodem spływającą. W dziedzinie abstrakcyjnych pomysłów nie doścignął jeszcze pewnego (na szczęście już zapomnianego) posła, który zapowiadał budowę toru Formuły 1, ale aż strach pomyśleć, co wydarzy się na finiszu kampanii…

Walka polityczna rządzi się swoimi prawami – może ktoś powiedzieć. Jasne, tylko oczekiwałbym od jej uczestników czegoś więcej niż pustych haseł oraz demagogicznych obietnic. I tu mamy poważny problem, bo w szeregach współczesnych partyjniaków panuje totalna bezideowość.

W tym momencie wracam wspomnieniami do sal wykładowych Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie wybitni uczeni, chociażby prof. Jan Baszkiewicz, odsłaniali przede mną idee, które przez wieki kształtowały myślenie polityczne ludzkości: koncepcje Platona, Arystotelesa, Machiavellego, Locke’a, Monteskiusza, Rousseau czy Marksa. Nawet jeśli historia wiele z nich wypluła jako niestrawne, na studiach nauczyłem się, że mądrość rządzących powinna wykuwać się w starciu różnych poglądów, a nadrzędnym celem musi być troska o dobro wspólne.

Jak śmiesznie to brzmi w konfrontacji  z realiami polskiego podwórka, a właściwie grajdołka, masowo zasiedlonego przez różnej maści cwaniaczków, którzy kierują się tylko jedną ideą: żądzą władzy. Notabene nieświadomie wpisując się w definicję polityki stworzoną przez Maksa Webera, choć przecież nawet nie mają pojęcia, kto to jest.

Niestety, w większości przypadków są to ludzie pozbawieni szerszego horyzontu myślowego i nieskomplikowani intelektualnie. Nasza polityka stanowi bowiem owoc negatywnej selekcji społecznej – zabierają się za nią osoby nie mające lepszego pomysłu na życie lub te, którym nie powiodło się w innych dziedzinach, na przykład biznesie. Dzięki podpięciu się pod właściwy szyld partyjny lub prominentnego działacza dostają w pakiecie poczucie władzy, a przede wszystkim całkiem przyzwoitą kasę (oprócz pensji posła czy radnego po każdych wyborach do obsadzenia jest przecież mnóstwo stanowisk w firmach państwowych czy urzędach).

Polska polityka nie promuje ludzi myślących samodzielnie, odważnych i chcących zmieniać świat, ale lizusów i karierowiczów. Kariera staje się udziałem tych, którzy do perfekcji opanowali umiejętność płynięcia z prądem, zwłaszcza w mętnej wodzie.

Efekt? Podczas oglądania rozmów z politykami w wielu polskich domach rozlega się westchnienie: co za kretyn…

Tymczasem w cywilizowanych krajach za działalność publiczną zabierają się zwykle osoby, które osiągnęły już sukces w innych dziedzinach (zwłaszcza biznesie) i po prostu mają ochotę zrobić coś dla świata. Choćby po to, żeby uciec przed marazmem czy nudą. Dzięki temu minimalizuje się ryzyko podatności na lobbing i łapówki. W Polsce, gdy obserwuję działalność wielu polityków odnoszę wrażenie, że najbardziej ekscytującym momentem w ich życiu staje się zalogowanie na konto bankowe w dniu przelewu wynagrodzenia za wciskanie kolorowych guzików w ławie sejmowej.

Jeszcze całkiem niedawno ogarniał mnie egzystencjalny niepokój, gdy nie obejrzałem „Faktów” czy „Wiadomości”. Dziś omijam je z coraz większą premedytacją, ponieważ czuję psychiczne ukojenie nie oglądając, a przede wszystkim nie słuchając Kaczyńskiego, Schetyny, Nowackiej czy Biedronia. Wolę włączyć starą płytę Tiltu…

Rafał

Grafika: Pixabay

 

 

1